Akcja „Wózek”. Czy Niemcy znali jedną z największych tajemnic polskiego wywiadu?
ciekawostkihistoryczne.pl/2020/11/24/akcja-wozek-czy-niemcy-znali-jedna-z-najwiekszych-tajemnic-polskiego-wywiadu/
Akcja „Wózek” – wykradanie niemieckiej poczty jadącej do Gdańska i Królewca – była w latach 30. XX wieku jednym z najbardziej spektakularnych sukcesów Oddziału II Sztabu Generalnego. To dzięki niej zgromadzono większość informacji o niemieckiej armii. Czy jednak Niemcy faktycznie niczego nie podejrzewali? A może po prostu dezinformowali Polaków?
Szef Ekspozytury nr 3 Oddział II, kapitan Jan Henryk Żychoń, lubił działania niekonwencjonalne, czasem nawet… niezgodne z prawem. Dla niego liczyły się efekty, a w wywiadowczej walce z Niemcami nie miał skrupułów. Gdy w 1930 roku objął kierownictwo bydgoskiej ekspozytury polskiego wywiadu, której praca ukierunkowana była na najważniejsze rejony Prus Wschodnich, Pomorza, Gdańska, a nawet Berlina, wpadł na pomysł, by włamywać się do niemieckich pociągów tranzytowych, choć zgodnie umowami międzynarodowymi miały one prawo przejeżdżać przez polskie terytorium.
Idea nie była zupełnie nowa. Wiadomo, że już w połowie lat 20. XX wieku krakowska ekspozytura Oddziału II przechwytywała pocztę adresowaną do niemieckiego konsulatu w Katowicach. Co ciekawe, Żychoń tam wówczas pracował. Nie jest do końca jasne, czy on był pomysłodawcą akcji, ale na pewno był obecny przy jej opracowywaniu. Wtedy przechwytywanie poczty nazywano „ciotkowaniem”.
Wbrew umowom międzynarodowym
W 1930 roku Żychoń zainicjował akcję „Ciotka” na Pomorzu. Wydał odpowiednie rozkazy i polecił zorganizowanie grupy, która przejmowałaby niemieckie listy w pociągach. Jeździły one kilkoma trasami, m.in. przez Tczew, Chojnice i Wejherowo. Kursowało tamtędy wiele rodzajów składów – i do każdego z nich należało obmyśleć inną technikę.
Pociągi osobowe i pośpieszne z wagonami pocztowymi na granicy otrzymywały polską lokomotywę oraz załogę konduktorską, ale niemieccy funkcjonariusze pocztowi jechali w wagonach Deutsche Reichspost. Specjalna umowa zapewniała też przewożenie pasażerów bez konieczności kontroli paszportowej.
Inaczej było z pociągami towarowymi, które czasem przewoziły sprzęt wojskowy, a nawet żołnierzy. Republika Weimarska miała prawo do określonej liczby takich transportów – w zaplombowanych wagonach. Zgodnie z umowami międzynarodowymi żołnierze musieli złożyć broń w wyznaczonym miejscu i nie mogli opuszczać składu.
Przewożenie poczty regulowały też inne porozumienia. Państwa należące do Światowego Związku Pocztowego gwarantowały uczciwość w dostarczaniu przesyłek tranzytowych. A II RP była jednym z nich.
Wspomniane umowy ułatwiały Niemcom transport przez terytorium polskie, a jednocześnie otwierały szerokie możliwości przed żądnym sukcesów Żychoniem. Plan zakradania się do wagonów z niemieckimi przesyłkami był jednak ryzykowny – w razie wpadki Warszawa naraziłaby się na słuszną krytykę. Tego na pewno nikt nie chciał.
Wódka i gęsi w służbie Oddziału II
Jedno to mieć pomysł, a drugie – go zrealizować. Opracowywanie akcji trwało kilka miesięcy. Przede wszystkim należało zwerbować polskich kolejarzy i pocztowców. Mieli zaprzyjaźnić się z niemieckimi funkcjonariuszami. Agenci Oddziału II, zwani od teraz kunami pocztowymi, zabierali więc ze sobą na czas przejazdu gęsi, kury, kaczki czy też masło „na które urzędnicy niemieccy byli bardzo łasi” – jak opisywał później Witold Langenfeld, jeden z podkomendnych Żychonia. I dodawał: „Nierzadko odbywał się w czasie jazdy poczęstunek kolegów niemieckich wódką »polską czystą«”.
Polacy zabawiali Niemców rozmową, a ci, gdy pociąg zbliżał się granicy, by nadrobić czas, prosili ich potem o pomoc przy sortowaniu poczty. To właśnie wtedy „kuny” mogły podebrać wyglądające na wartościowe przesyłki – trafiały one do oficera Oddziału II jadącego tym samym pociągiem, który fotografował korespondencję, a następnie przywracał przesyłkę do stanu pierwotnego. Przejrzane listy i paczki wracały do wagonu pocztowego, ale już w kolejnym składzie. Polacy wiedzieli, że Niemcy numerują tylko worki z przesyłkami, więc nie zorientują się, jeśli nieewidencjonowany list przyjdzie kilka godzin później.
Na wypadek, gdyby nakryto polskich pocztowców na wykradaniu kopert, Żychoń zalecał, aby przyłapani agenci zeznawali, że szukali listów z pieniędzmi. Inaczej groziła im kara za szpiegostwo, a tak „tylko” za kradzież. „Najczęściej przejmowaliśmy w ten sposób korespondencję między niemieckimi stoczniami a admiralicją dotyczącą budowy okrętów, względnie korespondencję między stoczniami lub innymi fabrykami przemysłu wojennego. Korespondencja taka przedstawiała dla wywiadu znaczną wartość. Czasami też wpadała w nasze ręce tą drogą poczta wojskowa” – wspominał major Janusz Rowiński, jeden z ludzi Żychonia, który jeszcze jako kapitan nadzorował akcję.
Niemcy co jakiś czas udoskonalali sposób ochrony przesyłek. Z początkiem roku 1931 Reichswera zaczęła wszystkie swe listy wysyłać jako polecone i zabezpieczone lakiem. Ich otwarcie i ponowne zamknięcie bez śladów zajmowało więcej czasu. Innym razem na trasie Strzebielino–Malbork Polacy natknęli się na plombowane worki – to przerwało operację na około pół roku, do momentu gdy dzięki współpracy z pocztą w Chojnicach udało się zdobyć niemieckie plomby.
Mikropalniki, skalpele, gips
Nie ograniczano się jednak wyłącznie do wykradania poczty w trakcie imprez z Niemcami. Niekiedy po prostu włamywano się do wagonów. Za to odpowiedzialni byli agenci – „ciotkarze”. Sama akcja wyglądała następująco – po przekroczeniu polskiej granicy, kiedy w pociągu nie było już niemieckich kolejarzy, współpracujący z Oddziałem II maszynista zwalniał bieg. W tym momencie zjawiali się „ciotkarze”, którzy po wejściu do wagonów przeglądali ich zawartość. Bywało, że interesującą dla wywiadu część poczty po prostu… wyrzucali na zewnątrz.
W czasie przejazdu przez polski odcinek, który liczył niewiele ponad sto kilometrów, należało zerwać plomby, wykraść, co trzeba, i ponownie zaplombować przesyłki. Wymagało to sprawnej koordynacji wielu czynników. Żychoń nie cofał się przy tym przed zatrudnianiem złodziei – ci wszak najlepiej umieli włamywać się i kraść, nie zostawiając śladów. Konieczna była też dobra znajomość niemieckiego oraz wiedza o niemieckim wojsku. Historyk prof. Wojciech Skóra pisze:
Po włamaniu do wagonów można było wykonać fotokopie ważniejszych dokumentów lub nawet zatrzymać pakiety korespondencji i podrzucić je do worków w następnym pociągu. Przewożone w dużych ilościach wyposażenie wojskowe, na przykład maski gazowe, mundury, sprzęt optyczny czy fragmentu uzbrojenia, można było po prostu wykraść.
„Zdobyto w ten sposób między wielu innymi rzeczami niemiecki karabin lotniczy, pociski armatnie, części wyposażenia niemieckiego żołnierza, a nawet bagaże żołnierzy wyjeżdżających względnie wracających z kursów wojskowych, w których to bagażach znajdowały się nieraz bardzo cenne zapiski i notatki z tychże kursów” – opowiadał Rowiński.
Największym problemem były plomby. Ale i na to znaleziono sposób – nauczono się je podrabiać. W dokumentach ekspozytury bydgoskiej można znaleźć prośbę Żychonia do szefostwa Oddziału II o sprzęt potrzebny do pracy „ciotkarzy”: tryskawki kompletne, grzejniki elektryczne 220 v, mikropalniki, skalpele, gips wyciskowy, porcelanę porowatą, rękawice gumowe a nawet oliwę, alkohol, watę i aceton.