betelka
27.02.06, 22:20
Największe w Afryce i jedno z największych na świecie Jezioro Wiktorii
wysycha. Podczas tegorocznej pory suchej poziom wody spadł do najniższego od
stu lat
- Rok temu w miejscu, gdzie stoimy, woda sięgała mi do szyi - mówi Hobart
Senoga, przyglądając się, jak jego synowie wybierają ryby z łodzi, którą
przed chwilą przypłynął z nocnego połowu. W ciągu 12 miesięcy poziom wody
w Jeziorze Wiktorii opadł o półtora metra.
Noc Senogi
Kiedyś pływały tu ryby, dziś pasą się kozy. Jeszcze rok temu Senoga
wypływał wieczorem łodzią ze swojej wioski Kasenyi, zastawiał sieci,
wracał na noc do domu i dopiero o świcie wypływał ponownie, aby zebrać
połów i sprzedać ryby kupcom z targowisk z Kampali, którzy na plaży czekali
na powrót rybaków. Teraz Senoga zostaje na jeziorze przez całą noc.
- Jezioro ucieka, a ryby razem z nim. Aby je łowić, musimy teraz płynąć
dużo, dużo dalej. Potrzebujemy motorowych łodzi i dużo paliwa - opowiada
rybak. - Nie stać już nas na to, by wracać na noc.
Ale nawet dalekie wyprawy łodziami motorowymi nie gwarantują zysku. - Kiedyś
wypływaliśmy na znane nam łowiska. Wiedzieliśmy, gdzie szukać ryb - mówi
Senoga. - Teraz łowimy na nieznanych wodach. Czasami połów się udaje, a
czasami wracamy z pustymi rękami.
Z Jeziora Wiktorii żyje prawie 30 mln rybaków, rolników i pasterzy z Ugandy,
Tanzanii i Kenii. Już kilka lat temu zauważyli, że woda w jeziorze zaczęła
opadać. Ani w Kampali, ani w Nairobi, ani w Dar es Salaam nikt się jednak tym
nie przejął, podobnie jak nie przejmował się coraz rzadszymi deszczami, ani
rabunkowym wyrębem okolicznych lasów, które zatrzymywały wodę, nie
pozwalając polom i pastwiskom przeradzać się w pustynie.
Dopiero gdy z tafli jeziora wyrosły podwodne dotąd skały, a promy
pasażerskie przestały dopływać do wysychających portów - w ugandyjskim
Luziro na przybywających z Kenii podróżnych czekają tragarze, którzy najpierw
łodziami, a potem na własnych plecach taszczą ich z promów na brzeg - rząd
Ugandy uznał wysychające jezioro za katastrofę żywiołową zagrażającą
rozwojowi kraju.
Mniej wody, mniej prądu
Wraz ze zmierzchem Kampala pogrąża się w mroku. Światła palą się tylko w
tych hotelach i restauracjach, które stać na własne generatory.
Tydzień temu władze miasta wprowadziły reglamentację prądu wytwarzanego
niemal wyłącznie w elektrowniach wodnych. Teraz prąd włączany jest co drugi
dzień. Oszczędności wymusiło wysychające Jezioro Wiktorii i opadający poziom
wody w zbiornikach elektrowni wodnych na wypływającym z jeziora Nilu
Białym.
Ugandyjski minister informacji Nsaba Buturo przekonuje, że jedyną przyczyną
kłopotów z prądem - przejściowych, ma się rozumieć - oraz wysychania Jeziora
Wiktorii jest straszliwa susza, jaka tego roku spadła na całą wschodnią i
środkową Afrykę, ściągając groźbę głodu na 11 mln ludzi od Somalii po
Zanzibar.
Hydrolodzy ONZ, którzy przybyli z Nairobi, by zbadać przyczyny wysychania
Jeziora Wiktorii, orzekli jednak, że susza jest tylko w połowie przyczyną
nieszczęścia. Równie winne ich zdaniem są ugandyjskie władze, które na
potrzeby hydroelektrowni, a także ukochanego przez prezydenta Yoweriego
Museveniego przemysłu ciężkiego, upuszczają z jeziora i Nilu Białego więcej
wody, niż przewidują to międzynarodowe umowy dotyczące ochrony jeziora oraz
podziału pochodzącej z niego wody.
Na potrzeby gwałtownie rozwijającej się gospodarki ugandyjski rząd
wybudował nowe zapory wodne, by wytwarzać więcej prądu dla hut i fabryk. W
dodatku, nie mogąc nastarczyć prądu z powodu wysychającego Jeziora Wiktorii,
rząd chce w najbliższym czasie zbudować jeszcze jedną tamę na Białym Nilu.
Minister gospodarki Ezra Suruma twierdzi, że bez tego nie będzie możliwy nie
tylko dalszy rozwój gospodarczy kraju, ale choćby powstrzymanie rosnącej
biedy. Słowa ugandyjskiego ministra wywołały popłoch w zależnych od wód
Nilu Sudanie i Egipcie.
Ugandyjska dziennikarka Stella Kigozi ostrzega, że w wyniku rabunkowej
gospodarki i koszmarnego lekceważenia środowiska naturalnego nie tylko
Jezioro Wiktorii, ale wiele innych afrykańskich jezior przerodzi się w
cuchnące bagna. Tak właśnie w ciągu ostatniego półwiecza wyschło jezioro
Czad, niegdyś jedno z największych na świecie.
- Według pesymistycznych prognoz za następnych 50 lat wody zabraknie dla
kilku miliardów ludzi w 60 krajach. Według optymistów z brakiem wody borykać
się będą tylko 2 miliardy w 48 krajach - mówi Stella Kigozi - To prawdziwe
zagrożenie dla bezpieczeństwa świata. A świat zajęty polityką i wojną z
terroryzmem odkłada tę sprawę na później. Ale o ile do sporów politycznych
można zawsze wrócić, to wyschniętych rzek nie da się już napełnić wodą, a
pustyń zamienić na pastwiska i lasy.
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34180,3184021.html