quickly
03.02.04, 02:39
"Sukces" to jest taki artykul specjalnie dla wielkich milosnikow Ameryki...
Przed roboczą wizytą w USA dwór prezydenta Kwaśniewskiego, no i oczywiście
sam prezydent, zapewniali buńczucznie, że jadą do Ameryki, ponieważ sprawy w
Polsce na tyle dojrzały, że należy je bezzwłocznie w Waszyngtonie
przedstawić. Odgrażali się, że twardo i konkretnie powiedzą Bushowi, co nas
boli i jakie są oczekiwania Polski względem Ameryki. Ponoć dzień 27.01.2004
był wymarzony na taką odważną, szczerą i braterską w każdym calu i
centymetrze rozmowę. Prezydent Kwaśniewski nie ukrywał, a wręcz z dumą
podkreślał, że cyt: „Stosunki z USA są tak dobre, że lepsze być nie mogą”. Po
takim oświadczeniu umiłowanego przywódcy Narodu polskiego łzy szczęścia i
wzruszenia napłynęły nam do oczu, uśmiech radości rozpromienił nasze lica, a
z gardeł spontanicznie wyrwała się prosta jak nasza emigracja pieśń „To jest
Ameryka, to słynne USA, to jest kochany kraj, na ziemi raj”. Mając tak
idealne stosunki z Wujem Samem, byliśmy święcie przekonani, że robocza wizyta
Kwaśniewskiego musi zakończyć się orgazmem (używając języka dyplomacji),
pełną satysfakcją i całkowitym sukcesem. Cieniem na nasze znakomite
samopoczucie położyła się nieco informacja, iż w organizacji roboczego
szczytowania Kwaśniewskiego z Bushem maczała swoje paluchy najzabawniejsza
pałacowa blondynka Siwiec. Należy on niestety, z grubsza rzecz biorąc, do
tych farciarzy, których nie wolno wysłać nawet po pół litra, bo na bank zgubi
pieniądze albo zbije flaszkę, a co dopiero wysyłać go do Ameryki, by
organizował szczyt!? Ale prawdę mówiąc, tylko przez moment przejmowaliśmy się
tym zabawnie nadętym, nic nie znaczącym prezydenckim pajacem.
Im było bliżej spotkania, tym w mediach podniecenie większe. Wreszcie
nadszedł dzień przez Naród tak oczekiwany! Dwie godziny roboczej wizyty, po
których świat nie miał być już taki sam! Może z tym światem trochę
przenawoziliśmy, ale Polska zmienić się miała nie do poznania. Miało odmienić
się oblicze ziemi, tej ziemi. Wróć! To ostatnie akurat już przerobiliśmy, już
się oblicze odmieniło i jak na taki niezbyt duży kraj, ten jeden raz nam
wystarczy. W końcu zasiedli dwaj mężowie, by porozmawiać. Kwaśniewski z mety
poinformował Busha, czego Polacy, wierni przyjaciele, posłuszni agresorzy i
lojalni okupanci chcą od Ameryki: 1. zniesienia wiz, 2. irackich kontraktów,
3. offsetu, 4. sprzętu wojskowego. Bush słuchał i uśmiechał się, po czym –
jak na Wielkiego Pana przystało – załatwił nasze postulaty od ręki. I tak: 1.
jeżeli chodzi o upokarzające Polaków wizy, to w najbliższych latach zawiąże
się zespół mieszany (ma się rozumieć amerykańsko-polski), który natychmiast
wytyczy mapę wizową, zaznaczy szlak promesowy i wybuduje promenadę
konsularną. 2. kontrakty na odbudowę Iraku przez Polaków – tym zajmie się
speckomisja mieszana (ma się rozumieć...), która opracuje, w miarę
możliwości, mapę kontraktową, doprecyzuje ścieżkę szybkiego dostępu i
skonstruuje plan perspektyw na przyszłość. 3. w sprawie offsetu w ogóle nie
ma o czym gadać, gdyż praktycznie od dwóch lat intensywnie pracuje zespół
mieszany (ma się rozumieć...), który już kończy opracowanie offsetowej mapy
sztabowej, wyznacza drogi bezkolizyjnego dostępu do nowin technologicznych
oraz tworzy trakty długofalowych inwestycji. I wreszcie 4. – no, tu jest
pełen sukces. Nie trzeba żadnych map, gdyż mamy zagwarantowaną po Anglikach
większą ilość lotniczego złomu.
PS Ale co tam udane biznesy, co tam dyplomatyczne sukcesy... Najważniejsze,
że Amerykanie nas i naszego prezydenta tak szanują!
(Artykul z kabaretu Klika)