pautadar
07.06.07, 12:47
tak się czuje, od zawsze
zawsze w cieniu, krok za kimś, jako tło, nigdy jako centrum czy najwazniejsza
postac obrazu.
tak mnie rodzice wychowali- tłumienie przejawów własnej woli, zakaz
indywidualności, "to należy- tamtego nie wolno- koniec", bez -chcę pragnę mam
plany i je realizuję,.. brak pieniędzy nadmiar obowiązków i tkwienie w domu
rodzinnym przy sprzątaniu lub przed tv, gdy równolatkowie spotykali się dla
zabawy ja myslałam tylko o tym że muszę wracać do domu by tam być i pomagać
rodzicom.
w pracy jestem ceniona- bo cięzko pracuję nie dopominając się o podwyżkę, bo
jestem odpowiedzialna, nieproblematyczna, niekonfliktowa, obowiązkowa
pracoholiczka na której mozna polegać, ktorej mozna dac każdą pracę a ja
wykonam sumiennie nawet gratis po godzinach.
ale nie zmienie charakteru by byc kims kogo słuchają inni.
nie potrafie tak zorganizowac zycia by to inni pracowali dla mnie, ciagle
tkwie w zaleznosci ja pracuje dla innych. potrafie walczyc o cudze interesy
ale nie o swoje.
jakis strach, nieumiejętność postawienia się, lęk by się nie wychylic z
szeregu, głupio się czuję gdy mnie chwalą, nie nawiazuję znajomości
towarzyskich z kims lepiej ustawionym ode mnie, najlepiej mi wychodzi rola
pocieszycielki, koleżanki, której się wypłakuje w ramie gdy maja problemy np
sercowe, i zapomina gdy problemy znikają,
albo do ktorej sie dzwoni gdy zabrakło innych atrakcjii i towarzystwa a
samemu się nudzi.
utrzymuje znajomosci z tymi z ktorymi "z musu" sie poznalam, np wspolne
mieszkanie na stancji, i te kolezanki mnie lubią i mimo uplywu lat znajomosci
są podtrzymywane i cenne.
ale widze, ze mam straszny problem poznawac nowych ludzi i angazowac sie w
nowe znajomosci. ludzie lubią kogos wyrazistego a nie tło...
i nawet nie chodzi tu o facetów, mam za soba zwiazki ktorych nie żałuję,
wktorych bylam wazna.
ale brakuje mi ludzi, kolegow, przyjaciol, z ktorymi mozna w taki dzień jak
dzisiaj wyjśc na spacer, pogadać przy kawie. i czuje, ze to wina mojego
pasywnego wycofującego się charakteru.
kolezanki mężate i dzieciate, nie potrzebuja pocieszenia, spedzaja wolny
dzien z rodzinami lub kochankami lub na atrakcyjniejszych wyjazdach.
a ja starajac sie przez lata robic dobrze innym a nie sobie (bo tło nie jest
wazne)- stałam się mało atrakcyjna - czasu mało, nawał, pracy gdy inni się
bawią, brak samochodu i duzego domu z ogrodem gdzie by można wpaść na grila..
nie wiem?
a ja mam jakąś wadę-nie umiem zapoznawac nowych ludzi. nie potrafie
wybierac, "o ,to fajny czlowiek chyba, zagadam z nim moze sie umówimy"...
zawsze czekam by to ktos mnie wybral i przekonal do tego żebym z nim
utrzymywala kontakt lub wprowadzi mnie do swojego towarzystwa... a to nie te
czasy, nikomu nie bedzie na tym przeciez zalezec, kazdy dba o siebie...tym
bardziej jesli sama nie czuję się atrakcyjna, czasem nudna, ... po prostu
zawsze bylam bardzo niesmiala. nawet jak ktoś obcy mnie zauważa to nie
zawsze przyjmuję jego otwartość na mnie. mam chyba marne poczucie własnej
wartości "towarzyskiej" i wydaje mi się ze nie zasluguję na bycie zauwazona
mimo, że tego sama bardzo pragnę. brak poczucia bezpieczenstwa, chęć by ktos
wziął mnie za ękę i przeprowadził przez drzwi, pokazał co robić, nigdy tego
nie miałam jako dziecko i widze jak mi tego teraz brak.
jak w sobie zmienic ten niedobry wyniesiony z domu rodzinnego
schemat "przymusu marazmu i tkwienia tam gdzie ci każą"?
znajomi mi mówią- marnujesz sie sama, jestes inteligentna, atrakcyjna, masz
ogromny potencjał..
źle znosze wszelkie przejawy odtracenia, sama tez nie potrafie odmówić
egoistycznej znajomej która mnie po prostu wykorzystuje gdy jestem jej
potrzebna, nie ucinam tej znajomosci mimo ze mi szkodzi.
jak myslicie, czy to można zmienic? jakimis malymi kroczkami?
zbudowac sobie nowe towarzystwo, poznawac nowych ludzi, nie bac się otworzyc
na nich, na swiat, nie bac się nowego, nieznanego, nie bac sie ryzyka?
Jak nie przegapic przemykajacego obok mnie świata?