czyli ku przestrodze
ktoś dał wam zlecenie za całkiem przyzwoitą sumkę, zlecenie jest
duże, w grę wchodzi jakiś tydzień roboty po 3 godziny dziennie.
pierwsze co robicie: tydzień? nooooo siła czasu, zacznę trzy dni
przed terminem, będzie w sam raz.
zaczynacie więc zgodnie ze swoim marnym planem raźno i ochoczo, ale
w głowie juz wam świta odkrywcza myśl, że w trzy dni ni ch. tego nie
zrobicie.
oczywiście, nie przychodzi wam do głowy, żeby poprosić o
przedłużenie terminu, w końcu za wyznaczenie terminu odpowiada
zleceniodawca-ciemiężca i głupek w jednej osobie, który łyknie każde
najdurniejsze tłumaczenie, wy jako szary podwykonawca zlewacie
wszystko i wszystkich równo ciepłym strumieniem.
przychodzi termin, tak zwany deadline. dead może za niedługo
oznaczać, że jak nie zrobicie, będziecie martwym trupem, należy to
wziąć pod uwagę, zwłaszcza jeśli zleceniodawca posiada zezwolenie na
broń.
dedlajn sredlajn, roboty nie oddajecie, a nuż widelec nikt się nie
zorientuje?
wieczorem otrzymujecie baaardzo uprzejmego maila od zleceniodawcy z
pytaniem, czy będziecie w stanie dotrzymać terminu. oczywiście, nie
odpowiadacie. jak przyjdzie co do czego, powiecie, że maila takiego
nigdy nie widzieliście na oczy, musi błąd jaki na łączach, winna
tepsa.
wkurwiony zleceniodawca dzwoni do was następnego dnia i pyta gdzie
robota, która miała być na wczoraj.
macie przemożną ochotę odpowiedzieć, że w dupie, ale z przyuczonej
przez matkę i ojca uprzejmości dziwicie się: jak to? wczoraj???
przecież termin jest dzisiaj!
[jest to znany zabieg, mający spowodować u zleceniodawcy udar mózgu,
na co gorąco liczycie. niestety, zleceniodawca jest zdrowy jak byk,
na dodatek zna te wszystkie triki jak własną kieszeń, głównie
dlatego, że przeszedł fazę ich stosowania, jak był młody i głupi,
czytaj: dawno i nieprawda]
koniec końców: kajacie się do upadłego, trzymając jedną ręką
słuchawkę, i środkowy palec drugiej ręki wyciągnięty na baczność w
kierunku sufitu. umawiacie się na wieczór.
wieczorem nic nie oddajecie, bo oczywiście jesteście w lesie z
robotą, do czego nie mieliście odwagi się przyznać.
wreszcie, po wyczerpaniu wszystkich uników, nie macie wyjścia: o
godzinie piątej rano, po całej nocy nadganiania, przestawiacie zegar
systemowy na godzinę 19.38, otwieracie plik, aby ostatnie zmiany
zapisały się o tej właśnie godzinie, i wysyłacie maila, żeby
zmieścić się w powszechnym rozumieniu słowa "wieczorem". mail
dochodzi w przepisowej godzinie, mimo że do północy zleceniodawca na
niego czekał jak kania na deszcz.
z dumą możecie powiedzieć, że kolejny raz się udało, prawda?
otóż, niezmiernie mi przykro, ale nie udało się, bo kolejnego razu
nie będzie, przynajmniej nie z tym zleceniodawcą.
z harcerskim pozdrowieniem
wasz zleceniodawca