ydorius
04.04.11, 15:24
Widzę, że generalnie koegzystencja rowerzysty z kierowcą trudną jest i - upraszczając - ewokuje dwie przeciwstawne postawy. Pierwsza postawa to "zło dobrem zwyciężaj", czyli wyjście z założenia, że nie ma po co na kierowcę sarkać, przeklinać mu w duchu, bądź - gorzej - werbalnie, tudzież doganiać i czynić wyrzutów oraz pokazywać - niewerbalnie - co ewentualnie może ze sobą ów kierowca zrobić, gdy będzie w domowym zaciszu.
Opcja druga obejmuje cały wachlarz starotestamentowych zachowań, z dogonieniem złoczyńcy i zarysowaniem mu karoserii włącznie, tudzież do skłonienia adwersarza do zsunięcia szybki i szybkiej fangi w nos.
Oczywiście, obie strony - tak rowerzyści układni, jak choleryczni - mają swoje argumenta by czynić tak, a nie inaczej. Do rowerzystów typu "dobro za zło" przemawiają między innymi:
- niepogarszanie opinii o rowerzystach wśród kierowców plus utopijne przekonanie, że polityka miłości wyda kiedyś słodkie owoce
- ogólna kindersztuba, zakazująca używania środkowych palców tak do popychania kartofla na talerzu, jak do wyrażania opinii
- przekonanie, że to jak walka z wiatrakami, bo w końcu kto ma te kilkaset kilogramów stali więcej przy sobie? Kierowca, czy rowerzysta?
Ci drudzy, co to oko za łydkę i ząb za rękę, też mają swoją stronę medalu:
- kierowca może nie znać przepisów, trzeba go więc dopędzić i pouczyć, bo następnym razem znów to zrobi
- homo sum, humani nihil ect, więc i adrenalina swoje waży, gdy rozpędzone czinkłeczento, które jedyne co może wyprzedzić to rower, przemknie tuż obok jeszcze z klaksonem na okrasę
- mamy swoje prawa i nie zawahamy się ich wyegzekwować
Oczywiście rzadko kiedy występuje taki rowerzysta w stanie czystym (i nie mam na myśli błota). Każden jeden ma swój własny zestaw narzędzi reagowania na zapuszkowanych użytkowników drogi. Ja na przykład mam tak:
- klnę, gdy przepisowe pół metra skraca się do pięciu centymetrów
- jak się naprawdę wkurzę i mam taką możliwość, to doganiam i albo zająwszy miejsce przed osobnikiem jadę środkiem pasa, by musiał mnie minąć z zapasem, albo gestykuluję
- z zasady nie wdaję się w pyskówki, bo to moim zdaniem nic nie daje, choć ze dwa razy zdarzyło mi się.
Ale oprócz tego:
- przepraszam gestem, jeśli niesłusznie utrudniłem komuś życie
- dziękuję za każdym razem, gdy ktoś ustąpi mi miejsca (co zdarza się dość często)
- informuję mijanych kierowców, o niewłączonych światłach
- nie jeżdżę po chodnikach trąbiąc (bo w ogóle nie mam sygnału dźwiękowego, co jest niezgodne z przepisami).
Wychodzę z założenia, że droga publiczna, jakkolwiek przystosowana do jazdy samochodem, jest miejscem, gdzie spotykają się dwie zupełnie różne kultury - ci, którzy spaliny wdychają z klimatyzacji i ci, którzy wolą pobierać je prosto z powietrza. Bardzo rzadko, ale jednak się zdarza, że kierowca jest złośliwy, bezmyślny, nieuważny bądź wszystko na raz. Wówczas, uważam, trzeba mu uzmysłowić, że nie jest to jego prywatna droga. Najczęściej jednak da się użytkować publiczną przestrzeń nie wymuszając ustępstw od innych, więc jeśli zdarzy się coś ekstraordynaryjnego, należałoby podziękować.
Co o tym sądzicie? I jakie są Wasze kodeksy drogowe? :-)
m,
.y.