Forum Sport Rowery
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Wspomnień czar...

    01.06.07, 23:43
    ...tych rowerowych, rzecz jasna ;-)
    Jak zaczynaliście przygodę z jednośladem? Wczesne dzieciństwo, czy też
    bakcyla złapaliście - powiedzmy - kilka lat temu dopiero?
    Na początku, kiedy grzdylem byłem jeszcze, rodzice kupili mi trójkołowca, z
    taczką, na którym za cholerę nie mogłem się nauczyć jeździć. Potem - klasyka -
    "Reksio". Służył mi do czasu, aż za duży się zrobiłem na niego. Przeżyłem na
    nim wiele, m.in. pamiętny "romans" z asfaltem, kiedy przy upadku zdarłem
    sobie połowę twarzy.
    Następnie był "Diadem"-składak. Ten z kolei długo mi nie posłużył. Z racji
    moich wyczynowych zapędów w ciągu półtora roku trzykrotnie spawany był, aż
    wylądował na śmietniku.
    Potem "Wigry-3", zielone, na które ktoś połasił się i przywłaszczył na stałe.
    Przykrym było słyszeć po powrocie ze szkoły słowa matki już w
    drzwiach: "Synu, ukradli rower"....(od tamtej pory nie trzymam nic na klatce).
    Na kilka lat potem odpuściłem sobie jeżdżenie, nim nie zdecydowałem się w
    końcu za pierwsze zarobione pieniądze kupić najzwyklejszego "makrokesza",
    któy wystarczy przeciętnie na 2 tygodnie jazdy :-P Ale o dziwo ten wytrzymał
    ze mną aż 4 lata z hakiem, dopóki ośka tylnia w końcu nie pękła. Standardowe
    zmęczenie materiału.
    Potem kolejny przestój... Aż do 3 lat wstecz, kiedy dorobiłem się swojego
    pierwszego porządnego roweru, Authora, na którym do dziś jeżdżę.

    Cykloza mnie dopadła krótko po tym, jak za namową kumpla wybrałem się po raz
    pierwszy w maju 2006 r. [bodajże] na Masę. Od tamtej pory też staram się
    trzymać zasady: "Dzień bez roweru jest dniem straconym" ;-)
    Obserwuj wątek
      • dro77nar Re: Wspomnień czar... 01.06.07, 23:55
        Hehe :) dobry temat ;)

        Ja swoją przygodę z rowerem zacząłem też w dzieciństwie - najpierw jakiś trójkołowiec plastikowy, ale z tego okresu nic nie pamiętam. Później był Orlik bodajże. Byłem przekonany, że produkują go na sąsiednim osiedlu (Orlik właśnie) ;) Na tym rowerze przeżyłem mój jedyny poważny wypadek, kiedy to jeżdżąc po kałużach straciłem panowanie nad kierownicą i wyrżnąłem głową w murek. Potem wizyta w szpitalu i chyba jakieś szwy...
        Po Orliku przyszła pora na Wigry 3 po moim bracie ;) Ale którąś zimę rower spędził na balkonie i na wiosnę nie było się za co zabierać... Gdy miałem jakieś 12 lat dziadek oddał mi swoją kolarzówkę. Super była :) Miała rogi, trzy przerzutki no i wielkie wąskie koła :) Niestety, któregoś razu tata zabrał ją do pracy żeby coś tam naprawić i tyle ją widziałem. Usłyszałem tylko, że kolarzówka nie służy do jeżdżenia po podwórku... i tak na 13 lat pozostałem bez roweru. Dopiero pod koniec maja br nabyłem Krossa Trekking i tegoż samego miesiąca zadebiutowałem na masie :) Co prawda na razie uzbrajam się w niezbędne akcesoria rowerowe, ale już czuję, że złapałem cyklozę, bo jak nie pojeżdżę choć trochę, to źle się czuję :) Dobrze, że Narzeczona też ma rower, to często razem jeździmy :) Np. jutro ma masę na autyzm :)
        • ms-kola Re: Wspomnień czar... 02.06.07, 00:50
          Faktycznie dobry wątek....
          Jak byłem kajtek i chowałem się u Babci to jedynym wypasionym sprzętem rowerowym była Ukraina. Piękna, czarna z potężnymi 28" kołami, grubaśnymi oponami i takimi oporami toczenia, że brak hamulca nie sprawiałby istotniejszych problemów.... cóż to był za sprzęcior.... jeździć na tym oczywiście nie potrafiłem, ale za hulajnogę służyło wyśmienicie.... Była jeszcze damka Ciotki, ale ta często na niej śmigała do okolicznych koleżanek zatem damka raz nie była dostępna, a dwa byłem niedopuszczany do niej zbytnio, co by nie zepsuć tam czegoś... Damka była oczywiście Romet-owska.
          Potem pojawiło się Wigry 3, damka poszła w niełachę, a ja przestałem sie już chować u Babci ;). No ale obowiązkowo każdy weekend i wakacje i ferie do Babci jeździłem, jednk zafacynował mnie wtedy bardziej Ursus C-330 i C-360. Aż do czasu jak odkopałem w krzaczorach damkę i w końcu naumiałem się korzystać z roweru w sposób określony przez instrukcję, znaczy się z pupskiem na siodle a nogami na pedalach a nie na asfalcie.... i tak pod koniec 7 klasy podstawówki Mama zakupiła mi sprzęcior o nazwie Jubilat :))) ahhh... był czerwony i miał dynamo i błotniki i ogólnie był jakiś taki nawet solidny.... ale cały czas mu czegos brakowało, więc zacząłem dozbrajanie... zostało mi to do dziś ;DDD dozbrjama wszystko, auto, kompa, sprzet fotgraficzny, audio no i oczywiście rower.... dozbrajanie polegalo na montowaniu coraz to nowych rzeczy i dokonywaniu przeróbek, założyłem drugi hamulec, drugie dynami, zmieniałem zębatkę z tyłu, założyłem kupę nowych lampek, zrobiłem kierunkowskazy i światła stopu, lusterka (lewe i prawe), choragiewki.... Opory toczenia były spore, ale radziłem sobie z tym dużą ilościa smaru ŁT-4 :))) ale jeszcze czegoś mi tam brakowało, a ponieważ nie było już miejsca co by cos przymontować to jak zobaczyłem w sklepei przyczepkę, no to zaraz musiałem ją mieć.... i miałem... i też miła lampy i własne dynamo.... no.... to już razem 3 ;))) dobrze, że zwarcia nie było.... tak w połowie technikum rower poszedł w zapomnienie, został przejęty przez Wujka bo ukraina kompletnie odmówiła posłuszeństwa a pofalowane koło nie mieściło się w widelcu..... Jubilat został odchudzony dokumentnie, przez co opory toczenia znacznie zmalały i śmiagł całkiem całkiem.... potem to już praca, auta i ich dozbrajanie, knkretnie maluszki :))) wycieraczki na tylnej szybie, halogeny i takie tam rożne ;)))
          W 98 roku wpadlem na pomysł, że fajnie byłoby znowu pośmigać na rowerku.... Jakoś tak wtedy wypadła promocja w Selgrosie na rower macrokeszowy ;))) no ale wyglądał przyzwoicie... no to nabyłem... z tyłu 6 przełożeń, z przodu trzy, manetki takie zwykłe obracane wokół osi kierownicy, nic w nim nie chodziło jak trzeba.... koszmar.... dobrze, że łańcuch nie spadał, biegi skakały same, kaseta przeskakiwała no straszna porażka..... zniecheciłem się do tego potwornie i tak wylądował na strychu i stoi tam do tej pory..... znowu rower mi przeszedł.... zaraz potem ślub, pierwsze dziecię i dom, praca, rodzina.... az do 2003 kiedy zobaczyłem fajne rowerki KROSS'a z dwoma amorami i w ogóle i hamulce tarczowe.... jexdziłem, szukałem, ale ciągle był problem z wielkością ramy... wiecznie za małe..... tu zatęskniłem za rozmachem pamiętnej "Ukrainy". Aż trafiłem do hurtowni w Wesołej... Pn miał wprawdzie KROSS'y ale tak popatrzył i stwierdził, że t da mnie za mały i nieodpowiedni sprzęt..... i pokazał mi ślicznego GIANTA Bouldera Aluxx FS/1. Dozbrajanie zacząłem już w sklepie :))) (dobry znak)... sztyca podsiodłowa wymieniona na amortyzowaną, wymiana siodła na siodło od trekingowca, a właściwie od city ;) tysz gianta... licznik, lampki.... i takie tam..... no rowerek był cacy!!! chodził jak marzenie... styłu Shimano Alivio, z przodu wprawdzie C050 ale chodziło jak należy, no i znowu niewiele pojeździłem, bo to zaraz remont chałupy, potem pasqdna jesień a potem się poczęło drugie dziecię ;)))) raptem zrobiłem nim od nowości do poczatku tegorocznego maja 300 km..... dopiero majowka w Bialowieży i możliwośc zabrania roweru bo dziecki starsze.... sprawila, że wreszcie poczułem na nowo smak jazdy rowerkiem..... codziennie przynajmniej 10 - 15 km wokol Siemianowki i dwa wypady jeden na 65 km wokol puszczy (oczywiście nie całej) i drugi na 50 wokól zalewu i po groli kolejowej..... i jak wróciłem to już nie ma zmiłuj się..... kiedy tylko się da - na rower.... oczywiście Masa już jest rozpisana w kalendarzu do paxdziernika włącznie - tzw. dzien święty, nienaruszalny..... I dalej dozbrajam!! ;DDDDD
          • stary_bej Re: Wspomnień czar... 02.06.07, 20:55
            a u mnie bylo tak:)

            w odmetach mojej pamieci pojawil sie pierwszy rower. Mały taki, kółka chyba 14
            cali, reksio lub inny, niepamietam dokladnie. byl niebieski i mial biale
            dokrecane kółka pomocnicze:) jezdzilem, katowalem, w koncu za pomoca dziadka i
            przymocowanego kija od szczotki pojechalem na dwoch kolkach:)

            potem byl skladak flaming, rower mojej mamy. wypasny, ciezki jak
            stopiendziesiat, z dynamem, bagaznikiem i torpedo:) kurde, szczyt moich marzen,
            usiasc na sprezynowe siodlo:) i stalo sie:) wyszedlem po raz pierwszy na
            podworko i *bach*. pierwsza jazda i swiatelka przedniego nie ma:)

            nastepnie jako dziecko z katolickiej rodziny mialem komunie a co za tym idzie
            rower komunijny:) niebieski makrokesz, 18 biegow, pełen wypas. skladak flaming
            poszedl w odstawke:) fajniej bylo sie bawic i jezdzic na duzym, "prawdziwym"
            rowerze gorskim. i jaki lans:) oczywiscie nalepialem na niego pokemony i inne
            cuda bajery ;)

            niestety, makrokesz ulegl polamaniu, pekla rama i niestety zostal schowany w
            piwnicy. renesans przezywał flaming. niestety bylem juz duzy i sie wstydzilem
            jezdzic na skladaku, wiec poszedl w niedalekim czasie w odstawke...

            tu znajduje sie pewna luka, spowodowana klopotami finansowymi rodzicow i nie
            mialem roweru:( zastepowaly mi go łyżworolki:) calkiem dawaly rade, ale powoli
            dorastalem i czulem niedobor (?) rowerowania.

            i w koncu! moj nowy, wymarzony rower! 21 biegow, szerokie opony 26 cali, SILVER
            BIKE od sklepu śp. Geant. wtedy pojawila sie chec wiekszej adrenaliny:) zjazdy z
            wysokich gorek, zeskoki z kraweznikow i takie tam... by w koncu dowiedziec sie
            od babci ze ukradli mi go z klatki...

            tu pojawia sie najdluzsza, 4 letnia prawie przerwa w rowerowaniu. bylem bez
            roweru, w buntowniczym nastroju konczenia gimnazjum, olewalem wszystko, rodzice
            byli wkurzeni na stary rower ze ukradli mi i wogule. powiedzili "synu jak chcesz
            rower to zarob sobie na niego. bedziesz wiedzial jak ciezko pracowalismy by
            mogli ci ukrasc rower" wiec obrazilem sie na rowerowanie...

            w koncu, w sierpniu ubieglego roku, wykosztowalem sie po calomiesiecznym tyraniu
            na ulotkach na moj pierwszy markowy rower - MONGOOSE villain, na osprzecie
            odysay... teraz spelniam na nim moje potrzeby adrenaliny, skaczac coraz wyzej i
            dalej, by smielej pokonywac przeszkody wspolczesnego miasta...

            przygoe z masa zaczalem w sierpniu 2006, wiec "niedlugo" minie roczek jak jezdze
            z masa:)

            pozdrawiam,
            beju
      • roweroraffi To i moje... 03.06.07, 17:02
        U mnie zaczęło się od małego. Pierwszy był trójkołowy TURBO, oczywiście zielony,
        bo z tego co pamiętam, wtedy tylko takie były... rowerek był półpoziomem z
        wygodnym siodełkiem, nieco bardziej wysuniętym w przód suportem i (co ciekawe)
        miał ostre koło, a właściwie to dwa, bo napęd był na tył, na sztywną oś. Kółka
        rowerek miał plastykowe. Z tego okresu jednak nie pamiętam wiele, więc przejdźmy
        dalej ;-)

        Kolejnym moim rowerkiem był, a jakże, nieśmiertelny Reksio. Fabryczny kolor nie
        utrzymał się na nim długo, z resztą jeździłem chyba na używanym, bo wtedy o
        kupno nowego łatwo nie było. Tatuś dość szybko rowerek pomalował na żółto i
        przygoda się zaczęła.
        Po pierwsze jestem chyba jedyną osobą na świecie, która zgubiła siodełko jadąc
        na rowerze. TAK. ZGUBIŁA SIODEŁKO. Jadąc w terenie wypadło gdzieś, nie wiem
        gdzie, gdy stałem na pedałach. Nie udało się go odnaleźć.
        Drugą rzecz którą pamiętam to moja pierwsza kolizja z samochodem. Zaparkowanym
        na szczęście. Wjechałem w stojącego w niedozwolonym miejscu Malucha, oczywiście
        nei czyniąc mu krzywdy. W Reksiu zgiął się błotnik i do domu zza bloku rower
        musiałem nieść.
        Później zacząłem łapać gumy jedna za drugą, co było wyraźnym sygnałem, że na
        rower ten staję się za duży. Nadszedł więc czas na Bociana - rosyjski rower w
        pieknym niebieskim, metalicznym kolorze. Rower był fajny, tylko z niewiadomych
        przyczyn ciągle gięła się w nim rama, nawet gdy się nie glebiło ani nic. Za to
        jak na ruski sprzet przystało, gwoździe czy szkło na asfalcie nie robiło Mu
        żadnej róznicy. Z racji wagi świetnie też bawiło się nim w autobus (miałem po
        osiedlu kilka tras, którymi jeździłem w kółko, zatrzymujac się niby w celu
        brania na pokład pasażerów) i TIRa. Co ciekawe mniej chętnie bawiłem się w
        policję i złodziei i tym podobne "ściganckie" zabawy na rowerze.

        Później nadszedł czas na komunię i oczywiście nowy rower - BMX. Taka wtedy była
        moda ;-) Mój był biało czerwony, ale co ciekawe nie na torpedo, a na
        jednobiegowym wolnobiegu i hamulcach uruchamianych rękoma. Na tym rowerze
        przejeździłem kilka lat, nauczyłem się naprawiać, psuć, regulować... Z rzeczy,
        które pamietam, a które mogą być istotne, warto wymienić pękający ciagle mostek,
        który po bodajze 11 spawaniach w serwisie Toyoty nieopodal, został wymieniony na
        nowy oraz fakt, że na tym rowerze po raz pierwszy wybrałem się za osiedle po
        ulicy. Miałem wtedy może 12-13 lat i 5km do ronda Starzynskiego i spowrotem (w
        jedną stronę Jagiellońską, w drugą drogą za FSO) był dla mnie wyczynem...
        później przyszły wyjazdy na Tarchomin, Bródno (do Suchej) i... Okęcie ;-)

        Kolejny etap rowerowania to Magnum MG-200. Fajny rower, znowu w pięknym,
        niebieskim, kolorze, z 18 przełożeniami, hamulcami canti i wszystkim tym, co
        "góral" mieć powinien. Na tym rowerze w ciagu pół roku przejechałem zawrotne
        440km, po czym pewnej jesienej nocy został mi skradziony.
        Następnego roku Tatuś kupił mi więc kolejny - Kowalewo Nordstar Whiiz. Czarny w
        zielone pręgi, mozna było schować w trawie i nie było go widać. 3 lata na nim
        jeździłem, aż pewnego dnia, na szlaku Wisły, niedaleko ulubionego baru
        B-rowerzystów, zostałem z niego "zdjęty". Wtedy już woziłem ze sobą klucze, i
        zanim straciłem na chwilę przytomność od uderzenia butelką po piwie, zdołałem
        jeszcze ciężkim rosyjskim kluczem 24 złodzieja trafić w zęby. Rezultat to 4
        które znalazłem na trawniku, co nie zmiania faktu, że zostałem bez roweru. A
        szkoda, bo po ponad 7kkm do Whizza zdołałem się już przyzywczaić ;-)

        Kolejny rower to oczywiście nieśmiertelna Zadyma. Zielona, żeby watpliwości nie
        było. W 2000 roku zastąpiła skradzionego Whiiza. Miała wypasiony osprzet (acera
        z tyłu, obręcze stożkowe, manetki acera, hamulce V), który do 2001 roku
        uznawałem za cud :-) Później zgadałem się z moim kuzynek - Konradem - na wspólny
        wyjazd dookoła Mazur. Tatuś, jako, że miałem 17,5 roku, puścił mnie bez
        problemu. I tak oto w 2 tygodnie przejechaliśmy ponad 1200km, bijąc wszystkie
        rekordy życiowe. Ponieważ Konrad był bardziej oblatany w sprzecie niż ja,
        wtajemniczył mnie i na koniec 2001 roku rower był już na przerzutkach STX/STX
        RC, hamulcach SRAM7.0, korbie ALIVIO, piastach PARALAX i dynamie NEXUSA). I tak
        ewoluował aż do 2005.

        Owy 2005 rok to praca na Velo, dzięki której zarobiłem na Birię. Pierwszy rower,
        który sam złozyłem. Biria była wypasionym sprzetem, na XT, piastach na
        maszynówkach itp... niestety przejechałem nią tylko nieco ponad 6000km. Została
        skradziona, z kraty. Do łask więc wróciła Zadyma, która złozona ponownie do kupy
        z części uzyczonych mi przez Izę, Sebę, Yarosha, Xuna i kilka innych osób,
        przejeździła ze mną do lata 2006 roku. Do dziś Zadyma ma na koncie prawie
        45000km i jest moim najdłużej trwajacym rowerem. Nawet dziś stoi w kracie i
        czeka na awarię pozioma, by pojechać ze mną po części do niego.

        Zadyma jeździła w 2005r. m.in. wożąc części na kolejny rower. Tym razem twardym
        postanowieniem był to poziom. Własny projekt, własne wykonanie, unikalna
        konstrukcja. Gdyby nie pomoc Bartka, pewnie wciąż tkwiłbym w stercie Aluminium,
        ale się udało. Poziom jeździ. Pierwszą jazdę wykonał 7 lipca 2006 roku o 22 z
        minutami, po ponad 12h poprawek ostatniego dnia. Od tej pory poziom kilkukrotnie
        pokazywał różne niedociągnięcia projektu, łamiąc się i rozpadając. Z oryginalnej
        konstrukcji ramy bez zmian nie zostało się chyba nic. Ostatnio projekt ewoluuje
        w stronę zastąpienia kleju epoksydowego i aluminium - kompozytami. Taki pewnie
        będzie mój nastepny rower. Poziomy, zeby była jasność. Bo na normalnym to już
        jakoś nie to ;-)
        • velogustlik Dobrze, że nie ukradlii weków ;o) 07.06.07, 14:52
          Oj początki widzę mamy z Raffim podobne.

          roweroraffi napisał:

          > U mnie zaczęło się od małego.

          Tyle, że u mnie od kolan;o)).

          Też miałem trójkołowego półpozioma. Nazwy nie pamiętam, ale całkiem możliwe, że było to tosamo bo zielone. Moja wersja miała przyczepkę tzn. skrzyniue załadowczą. Już wtedy mając góra 5 lat robiłem nim wypady na "hałdę" zwiru na drugim końcu świata skąd przewoziłem na pierwszy koniec świata i wysypywałem. Wieczorem ojciec chodził z łopatą i w pół godziny sprzątał, wobec czego natepnego dnia moje końce świata wyglądały znowu tak samo jak dnia poprzedniego;o).
          Kolejny rower to chyba właśnie reksio. Zawsze myślałem, że to reksio, ale teraz nie jestem taki pewien. Miał takie długie siodło przykręcane do tylnych widełek podobnie jak bagażnik. Troche przypominał amerykańskie z lat 50-60. Biały oczywiście.

          Z obydwu rowerów szybko wyrosłem i po katowaniu przechodziły na dwa lata młodszą siostrę, a potem sześć lat mlodszą kuzynkę.

          No i pierwszy rower bez kółek. Prawdopodobnmie Wigry-3. Do dzisiaj wszystkich klonów skladaków nie opdróżniam;o). Pamiętam, że był niebieski i, że łamałem w nim kilka razy ramę i ztarłem tylną oponę do dętki;o). Hamowanie to był wtedy podryw;o). Nauczyłem się nim jeździć w kilka minut ku zdziwieniu sąsiądów którzy myśleli, że będą mieli radość z obserwowania.

          Krótka historia z BMX, którego wszyscy uważali za nie wiadomo co, a ja nigdy nie lubiłem, zwłaszcza te hamulce jakieś pseudo V-brake. Miałem, go przez jedne wakacje. Dostałęm od kuzyna bo gdzieś wyjechał. Niepamiętam.

          No i komunia. Bandy BMX szalały na osiedlu, a ja to miałem w .... Na dwa tygodnie przed komunią pojechaliśmy do Gdańska i kupiliśmy Mustanga Romet (???) z osiemnastoma biegami za 3 950 000zł. Pierwszy na osiedlu;o). Trochę na nim jeździłem. W piątek przed komunią okazało się, że spodnie od garnituru trochę są dla mnie za duże. Po prostu przez te dwa tygodnie nic innego nie robiłem tylko jeździłem i schudłem dwa rozmiary;o). Miała mama problem;o)
          Jakiś czas potem musiałem popsuć coś w wolnobiegu, bo wymienili mi na nowy. Niestety już tylko 5. Wtedy znalazłem sobie fajną zabawę. Miałem bardzo głęboko garaż, do tego blisko płotu. Poza tym żeby zjechać do garażu trzeba było w dół skręcić. Nikt oprócz moich rodziców nie umiał do niego wjechać, a w pierwszych dniach ludzie przychodzili oglądać czy my tam rzeczywiście parkujemy, bo nachylenie było ze 40 stopni. No i ja na tym podjeździe robiłem sobie wjazdy i zjazdy, seriami po 100. Tak kilka dni aż do momentu, kiedy kolejny wolnobieg rozwaliłem i miałem z powrotem 18;o). Do dzisiejszego dnia wszyscy mi o tym mówią, że wtedy był ostatni moment, żeby uratować przed cyklozą;o). Zrobiłem na nim kilka wypraw, m.in. 12 km do Gdańska Morena gdzie jest chyba z 2 kilometrowy podjazd. Normalnie niesamowite. Do tego kilka na Kaszuby po 15km;o) i cała masa wycieczek na Żuławy.
          Pamiętam już wtedy miałem odchyły mieszacza w życiu spokojnej mieściny. Mieliśmy w szkole ogromne patio, nieogrzewane, ale zadaszone. Pamiętam, że bardzo chciałem, żeby można było zostawiać tam rower.
          Na nim miałem też pierwsze sukcesy sportowe. Co roku w czerwcu był wyścig o puchar proboszcza. kategorie były tylko wiekowe. W swojej byłem zawsze w pierwszej dziesiątce;o). Na pudle byli tacy dziwnie ubrani na kolarzówkach w śmiesznych butach;o). Pewnego roku wystartowaliśmy w sztafecie rodziennej, no i mieliśmy 3 miejsce;o)).

          Długo ten rower miałem. Przynajmniej do 12 roku życia. Wtedy zmarłą moja mama i przeprowadziliśmy się do Warszawy. "Przecież tu nie ma gdzie jeździć. Rower zostaje". Przez rok dom był jeszcze wynajmowany. Na wiosne okazało się, że najemcy gdzieś znikneli z moim mustangiem. Siostry kolarki nie ukradli, bo była recznie malowana. Już wtedy ojciec wiedział co robił;o).

          No i Warszawa. Miasto kontrastów, samochodów i tym podobne bzdety. Chciałem tu się przeprowadzić, ale do dzisiaj trochę żałuje, zwłaszcza kiedy pomyślę jak Gdańsk promuje rower. Wolne Miasto Gdańsk;o)!

          Pożyczałem od sąsiadki Wheelera. Rodzice kupili sobie Ital-biki, (które do dzisiaj naprawiam) i tym wszystkim po trochu jeźdiłem. Kombinowałem jak zarobić na rower. Pół swoich rzeczy chciałęm sprzedać z kolekcją znaczków włącznie.

          Dostałem wtedy spadek po dziadku i za 900zł kupiłem X-Pro od pana na Nowowiejskiej. Potem zobaczyłem ten rower w katalogu bikeboardu za 650. Ładny utarg;o(. No ale był na Acerze;o). Wtedy już wiedziałem, że przeżutki są ważne i rama. Była Cr-Mo. To wszystko co w tym rowerze się nadawało do jeżdżenia. Piasty, których lepoeij nie rozkręcać bo trudno będzie złożyć i miękkie jak plastelina blaty. Po prostu koszmar. Po chyba dwóch latach bycia rowerzystą kabackim plus kilku razach gdy jeszcze wtedy na gapę jeździłem z nim metrem i lasem do szkoły w Konstancinie został mi ukradziony. Przez cały sezon stał u mojej sąsiądki w piwnicy. Solidne metalowe drzwi i kłódka. Przez chwilę nie myślałem, że ukradną. Wracając ze szkoły zatrzymała mnie sąsiadka i powiedziała, ze jej strasznie przykro, ale ukradli mi rower. Potem dodała" Dobrze, że weków mi nie ukradli" ;o)))). Wszystkiemu znowu winni rodzice, którzy mieli go wywieźć, a nie mieli czasu.

          Znowu męczarnia z pożyczniem Ital-Bików i zmarł kolejny dziadek. Żartuje;o)) Rok 2003.Dostałem od babci 1600 i stwierdziłem, że wydam 1300 na rower. Wybrałem Gary Fisher Advance. Był wtedy pierwszy raz w promocji za 1199 z 1699. No takiej okazji nie można przepuścić. Kupiłem i do dzisiaj może już, ale długo żałowałem. Do tego kask, który do dzisiaj używam;o)*. Jedyne co zostało z orginału to rama, przednie koło i manetki. Ile na nim mogłem przejechać? Trzy liczniki. Myślę, że około 35000. Wczoraj właśnie doszedłem do 4000 w tym roku. Minął niedawno rok jak zaczałem dzień w dzień, słońce czy śnieżek czy słota, jeździć na uczelnie. 19km w jedną stronę. Most Grota i te sprawy.

          W międzyczasie kolejna przeprowadzka. Kąty Węgierskie koło Legionowa, gdzie nikt nie przypina roweru wchodząc do sklepu czy idąc na msze, a ludzie na rowerach nie jeżdżą niczym górale którzy pytają się ceprów po co łoni w te góry chadzą;o)

          * wtedy też pojechałem na pierwszą masę:
          masa.waw.pl/
          Do dzisiaj nie wiem skąd się o niej dowiedziałem. Może ulotka w Ski Teamie? Niby jeździłem nie tylko turystycznie, bo i czasem do szkoły i wyrzucić makulature na drugi koniec miasta a i czasem na budowe mojego domu, ale to chyba dzięki masonom i masonkom z roweru nie zchodzę nawet gdy jade na egzamin, pogrzeb, czy wesele. Dzięki
          Potem była kolejna masa na której dowiedziałem się, że jest masa w Legionowie. No i tu już długa historia zaczynająca się tym, że na 3 a mojej pioerwszej LMK padał pierwszy śnieg, byłem ja, moja legendarna żółta flaga i Jeżu, która się kończy dzisiaj w momencie gdy sam jestem organizatorem tego "zjazdu pedałów".

          Troche odszedłem od tematu, ale przynajmniej sobie powspominałem;o). Ktoby pomyślał, że z Pruszcza Gdańskiego przeniose się do rownie zakompleksionej dziury tylko, że przy Warszawie.

          Co do rowerów. Mam w tym momencie 6 i pół**:
          - gary (jedyny sprawny)
          - jakaś Polska wersja ukrainy
          - Romet Passat (kolarka, czeka na ostrzenie;o))
          - Avon (jedyny na mazowszu indyjski rower w fatalnym stanie)
          - Romet Nimfa (rozebrany przez moją sioistrę, której zapał do pomalowania znikł gdy oddałem jej wygranego na targach wheelera 600
          - dla dzieci w wieku 6 lat
          -** extrawheel;o)
          Razem w domu jest 11 (słownie:jedenaście) rowerów na 6 osób) co powoduje, że w sezonie tata nie parkuje w garażu;o)

          Pozdrower
          VeloGustlik

          _________________________________________________
          VeloGustlik Legionowska Masa Krytyczna 880120227
          Przedostani Piątek Miesiąca 19:00 Rynek Miejski
          forum.legionowo.org velogustlikWYTNIJTO@gmail.com

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka