czarny357
01.06.07, 23:43
...tych rowerowych, rzecz jasna ;-)
Jak zaczynaliście przygodę z jednośladem? Wczesne dzieciństwo, czy też
bakcyla złapaliście - powiedzmy - kilka lat temu dopiero?
Na początku, kiedy grzdylem byłem jeszcze, rodzice kupili mi trójkołowca, z
taczką, na którym za cholerę nie mogłem się nauczyć jeździć. Potem - klasyka -
"Reksio". Służył mi do czasu, aż za duży się zrobiłem na niego. Przeżyłem na
nim wiele, m.in. pamiętny "romans" z asfaltem, kiedy przy upadku zdarłem
sobie połowę twarzy.
Następnie był "Diadem"-składak. Ten z kolei długo mi nie posłużył. Z racji
moich wyczynowych zapędów w ciągu półtora roku trzykrotnie spawany był, aż
wylądował na śmietniku.
Potem "Wigry-3", zielone, na które ktoś połasił się i przywłaszczył na stałe.
Przykrym było słyszeć po powrocie ze szkoły słowa matki już w
drzwiach: "Synu, ukradli rower"....(od tamtej pory nie trzymam nic na klatce).
Na kilka lat potem odpuściłem sobie jeżdżenie, nim nie zdecydowałem się w
końcu za pierwsze zarobione pieniądze kupić najzwyklejszego "makrokesza",
któy wystarczy przeciętnie na 2 tygodnie jazdy :-P Ale o dziwo ten wytrzymał
ze mną aż 4 lata z hakiem, dopóki ośka tylnia w końcu nie pękła. Standardowe
zmęczenie materiału.
Potem kolejny przestój... Aż do 3 lat wstecz, kiedy dorobiłem się swojego
pierwszego porządnego roweru, Authora, na którym do dziś jeżdżę.
Cykloza mnie dopadła krótko po tym, jak za namową kumpla wybrałem się po raz
pierwszy w maju 2006 r. [bodajże] na Masę. Od tamtej pory też staram się
trzymać zasady: "Dzień bez roweru jest dniem straconym" ;-)