debest3
26.12.08, 12:17
Zbliża sie koniec roku,więc człowieka nachodzi zawsze jakaś ochota na
refleksje związane z wydarzeniami które mniej lub więcej zapadły w
pamięć.Świetnym sposobem na wywołanie tychże jest "krówka" do której czasem
warto dołączyć"cielaczka" a jak starczy ochoty to i "bombka"
pęknie.Niezorientowanym wyjaśniam iż "krówka"jest to 0,7 BRT , "cielaczek" 0,5
BRT a "bombka" 0,2 BRT.Po takim załadunku na nasz kontenerowiec wprawdzie nikt
nie jest w stanie zbytnio utrzymać sie na nogach(nie wiem,przemęczenie
chyba)ale za to świetnie wychodzi konwersacja.Osoby które raczej nie gustują w
takich zabawach tawernianych ,raczej słabo odczuwają ich klimat,bo siedząc z
boku widzą tylko zgraję wzajemnie przekrzykujących sie"wilków morskich"..ale
starzy wyjadacze świetnie sobie dają radę w tym tumulcie.Jest to jednak sposób
nieco kosztowny i wymagający pewnych poświęceń ze strony naszej
wątroby.Lepszym i tańszym sposobem na wywołanie refleksji jest np.wypadek
samochodowy.Podobno w ostatnich chwilach,przed oczami przelatuje nam całe
nasze życie.Niestety i ten sposób posiada poważne wady,po prostu można go
zastosować tylko raz.
Nie wiem czemu tak uparcie próbuję rozpamiętywać miniony rok.Zapewne chciałbym
uniknąć w przyszłości tych błędów które już popełniłem.Tak brzmi przynajmniej
wersja oficjalnasmileBo jeżeli chodzi o niektóre rzeczy to człowiek wie ze źle
się kończą a i tak lezie jak ciele na rzeź.Pierwszy przykład z brzegu,za
każdym razem po imprezie obiecuję sobie że już"ani grama więcej"i że już"nigdy
w życiu kieliszka chleba do ust nie wezmę" lub też"po co człowiek pije?durny
taki no" a mimo tych pożytecznych przysiąg i obietnic...przy pierwszej okazji
i tak się opompuję jak rozeschnięty kalosz.
Odnośnie świąt..Polska to jest bardzo dziwna kraaaj,jak to mówił Zulu Gula.W
listopadzie nie widać jeszcze żadnych oznak szczególnego ożywienia,może tylko
markety wywalają znicze do magazynu a stawiają choinki.Ludzie jednak jakoś tak
powoli oswajają sie z myślą o świętach.Właściwie to na czym polegają te
polskie święta?Kiedyś,w epoce kiedy nie było jeszcze PiSu i Ojca Rydzyka(tak
tak,były takie czasy)dwa razy w roku świnia w łeb dostawała,raz przed
Wielkanocą,drugi raz przed Bożym Narodzeniem,czyli rok można było podzielić
właściwie na dwa ważne okresy.Pierwszy w którym świnię się hodowało i drugi
kiedy się ją zjadało.Młodszym Polakom trudno dziś uwierzyć że były czasy kiedy
szynka smakowała mięsem i miała zapach jałowca,a kiełbasa mogła sobie
miesiącami wisieć w spiżarce i nie zakwitnąć wszystkimi kolorami z przewagą
zieleni.Chleb był pieczywem a nie mieszaniną tajemniczych proszków zespolonych
w piecu gazowym.
Święta były nieco biedniejsze,ale wydaje mi sie ze chyba....weselsze.Zjeżdżała
sie rodzina,zasiadała do stołu i gadulec do rana.Teraz to tylko
"wizyty"zapowiadane z góry pół roku wcześniej polegające głównie na obżeraniu
sie tym,co wyprodukowały przetwórnie dla marketów.Tak sobie myślę że jedyną
przeszkodą dla której jeszcze owe kombinaty dodają do wyrobów mięso,jest to że
nie wynaleziono sposobu jak można uwędzić wodęsmileAlkohole też już nie takie jak
kiedyś,gdzież ta "miodóweczka"na spirytusiku roboty wujka,śwagra czy
teścia?Teraz to tylko w jęzor szczypie,w głowie nic a na drugi dzień uczucie
jakby sie starego buta połknęło z dużą zawartością chińskiej melaminy.Całe
szczęście że piszący te słowa nie zna uczucia zwanego"kacem"..los na loterii
po prostusmile
Tradycje związane z polskim świętami też są godne wzmianki.Taka niby głupia
rzecz,puste nakrycie przy stole dla niespodziewanego gościa.Piękna
tradycja,taka humanitarna...Nieważne że zaraz po zastawieniu stołu jadłem,pani
domu krzyczy do mężą"Heniu!weź tam dobrze zamknij drzwi,żeby mi tu jakaś
cholera nie wlazła"..liczy sie jednak gest nie?A pasterka?..Obowiązkowy punkt
programu..kiedyś tylko jedna o północy.Teraz namnożyli ich jak mrówków,dla
młodzieży,dla dzieci itd.itp.Te mnożenie nie ma nic wspólnego z próbą
mnożenia"walorów"?Pasterka kojarzy mi się raczej z ferią zapachów ..a
właściwie odorów krążących w powietrzu w kościele.Bo to przecież każdy zdrowy
Polak musi przed pójściem sobie golnąć"grzańca"coby w tych grubych murach z
zimna nie uświerknąć.Niektórzy golą mniej inni więcej,szczęście jak sie trafi
na takiego który w ogóle nie goli,wtedy można jakoś te pasterkę
przetrwać.Miałem już kiedyś taki przypadek że rodak nie dość że ział mi prosto
w nos jak smok wawelski po zjedzeniu tego sławetnego barana,to jeszcze
niemiłosiernie wydzierał gębę fałszując każdą kolędę.Ha ha,z tymi kolędami to
też ciekawa sprawa,większość śpiewających przeważnie zna tylko kilka
wersów,szczęście jeżeli całą zwrotkęsmilePrzeważnie brzmi to tak...np."Bóóóóóóg
sie rooooooodzi,moc truchleeeejeeee..mmmm mmmmmmm mmmmm mmmm" hehe..takie
mruczando .Wiadomo po co sie uczyć tekstów jak każdy ma w domu sprzęcior i
płytęsmileTylko jeszcze w kościele ci niepostępowi księża każa na "żywca"papę
wydzierać,zamiast z plejbeka coś zasunąć.
Zapomniałbym o tak ważnej rzeczy jak ubieranie choinki.No tak ale żeby ją
ubrać to trzeba ją najpierw mieć.No i tutaj znów następują w narodzie
podziały,na tych "śtućnych"czyli takich odpowiedników"tekstylnych"na plaży dla
nudystów i na "naturalnych" którzy mają jeszcze swoje podgrupy czyli,tych co
to chojak stoi w donisi i po świętach sadzi sie toto byle gdzie(przeważnie i
tak usycha)i na takich co to chojak jest wprawdzie żywy ale "łurżnięty",co
wiąże sie z problemem utylizacji padliny po świetach.Przeważnie odbywało sie
to w ten sposób że trupa wyrzucało sie przez balkon,jak najdalej,najlepiej pod
sąsiedni blok,coby nie daj Boże podejrzenie nie padło na nas.Chojaka
żywego"łurżniętego"zdobywało sie mniej więcej podobnie jak Wołodyjowski z
kompaniją"towarzyszów"podchodził Tatarzyna na Dzikich Polach..trzeba było mieć
odpowiednią taktykę.Brałem Ci ja udział w kilku takich wyprawach.Za pasem
dyskretnie ukryta siekierka,zrelaksowana mina,że niby to na spacer.Dodać
należy że parę dni jako rasowy "zagończyk" należy dokonać rekonesansu.Czyli
mieć należy upatrzonego chojaka.Potem tylko mały spacer o zmierzchu i...kilka
krótkich uderzeń siekierką.Po jakiejś godzinie chojak już stoi w chałupie.Jest
to jednak sposób związany z pewnym rydzykiem..znaczy ryzykiem.Można wpaść na
leśniczego,któremu trudno jest wytłumaczyć że właśnie tego chojaka sie
znalazło i niesie się co by oddać,bo już z tymi paskudnymi kłusownikami
wytrzymać nie idzie.Ale za to ileż emocji i ten smak krwi w ustach mmm...No
przecież nie sztuka badyla nabyć pod sklepem i to jeszcze..to srebrny,to
syberyjski..tamuj to zielone to kanadyjski itd.
Kiedy chojak już się świeci i ubrany(ubierało sie w Wigilię,ale teraz nie jest
to już żaden rygor)można przystąpić do kolejnego punktu a który także jest
nierozłącznie związany ze stołem wigilijnym,czyli zamordowania z zimno krwio
tego bidnego karpia coby go potem na różne sposoby przerobić.Zakupu karpia
należy dokonać z rozmysłem w odpowiednim czasie.Nie posiadający wanny w
domu,muszą kupować go w przeddzień.Posiadający wannę najwyżej przez tydzień
będę pozbawieni kąpieli,ale cóż to jest odór nieświeżego ciała w porównaniu ze
smakowitym mięchem na stole.Zauważa sie jednak ostatnio spadek liczby
mordujących.Widocznie jest to efekt szerokiej kampanii prowadzonej przez
miłośników wszelkich żyjątek.Którym dobro naszej rybki leży wybitnie na
wątróbce.Nie wiem wg.nich człowiek ma trawę wcinać i zagryzać korzonkami?
Jeżeli jednak już ktoś ma miękkie serce nie musi tego karpia naparzać
tłuczkiem osobiście.W tym roku widziałem już przy niektórych stoiskach
morderców zawodowych,co to za psi grosz nam tego karpia oprawią nawet na
naszych oczach.Ma to tę zaletę ze kupujący wie co bierze.Bo karp który jest
już oprawiony i leży na półce,to mam wrażenie że raczej odbywała sie tam
sekcja zwłok.To tyle..odnośnie refleksji światecznychsmile)Smacznego Karpiasmile