arnold17
13.03.04, 15:50
Żartują: wystarczy mieć w rodzinie owczarka niemieckiego, by starać się o
obywatelstwo
Czerwone paszporty
- U nas na podwórku sąsiadka wołała: Walter! Johann! Do domu! Haupmann Kloss
leci!
Wołała, nie wołała, dziś tego nie sprawdzisz, ale mieszkańcy Złotowa
takich wspomnień mają wiele.
- Tu jeszcze w latach siedemdziesiątych mowę niemiecką na ulicy się
słyszało - mówi inżynier Leszek Drwęcki. Przy Wojska Polskiego (przed wojną
Szkolna, jedna z ważniejszych w mieście) ma sklep optyczny. Nad półkami z
okularami - rząd dyplomów i medali. Za uczestnictwo w maratonach. Berlin,
Praga, Wrocław, Paryż... Przebiegł już 23.
Do Złotowa przyjechał w 1976 roku, z Bydgoszczy. I - jak mówi - nigdy by
już stąd nie wyjechał, tak go miasto urzekło od pierwszego wejrzenia. Trudno
nawet powiedzieć, czym? - Ludzie? Wygląd? Atmosfera? - zastanawia się. - Nie
wiem. Pewnie wszystko razem.
Leszek Drwęcki nie jest jedynym, który od razu dał się miastu oczarować.
Tygiel narodów
Złotów, po niemiecku Flatow, na północ od Piły, na Krajnie. Przed wojną
miasto niemiecko-polskiego pogranicza, ale po niemieckiej stronie. Silna
polska mniejszość z niemieckim obywatelstwem z racji miejsca urodzenia. Tu
mieściły się władze V Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech - Rodło.
Pierwsza fala powojennych wyjazdów mieszkańców to przełom 1944 i 1945.
- Władze niemieckie zarządziły, że złotowianie muszą opuścić miasto, bo
front się zbliża - pamięta Wiktor Więcek, prezes dzisiejszego Rodła. - Pani
Steinbach co innego twierdzi. Więcek jest złotowianinem z dziada pradziada.
Do dziś mieszka w domu, który jego ojciec wybudował w 1935 roku. - Tam była
cała dzielnica rodłacka - podkreśla. Tak tu się mówi na działaczy i członków
przedwojennego Rodła.
Z prawie 8-tysięcznego miasteczka przed wojną zostało w 45. około 2
tysięcy mieszkańców.
Jedni wyjeżdżali, drudzy nadciągali. Z Nakła, Sępólna, Bydgoszczy. Z
Ukrainy, Białorusi, Wilna. Z Małopolski, Kielecczyzny, spod Warszawy.
Opuszczone domy i gospodarstwa obejmowali żołnierze wracający z Berlina.
Tygiel narodów się tu zrobił. Autochtoni, jak nazywano miejscowych, znowu
byli w mniejszości.
Ziemie obiecane
Fakt, coś Złotów w sobie ma. Zadbane domy, odnowione przedwojenne wille,
urzędy. Ratusz z zewnątrz stylowy, w środku nowoczesny. Ulice z perspektywą.
Dużo sklepów, a rzadko który pusty i do wynajęcia. Towar na przynajmniej
przeciętną, a nie ubogą kieszeń. Nawet przy niewyremontowanych jeszcze
ulicach domy się zmieniają. Stare mury nikną pod ociepleniami, kolorowymi
tynkami. Odnowiony w ubiegłym roku rynek - jak to zwykle bywa - nie wszystkim
się podoba. Bo bruk, bo ciasno, bo nawet drzewka okolono takimi samymi
żelaznymi płotkami, jak przed wojną.
A do tego starego, ale przemyślanego planu miasta, jak pięść do nosa
pasują bloki wzdłuż alei Piasta.
- Tam kiedyś były ogrody i działki. Pamiętam je - wspomina Grażyna
Komorowska. - Istniały już wszystkie ulice, które teraz są. Nowe wytyczono
później tylko na obrzeżach miasta.
Komorowska, na co dzień urzędniczka miejska, urodziła się w powojennym
Złotowie. Jej rodzice trafili tu w ramach "wędrówki ludów". Ojciec, Polak
spod Tarnopola, doszedł z wojskiem do Berlina. Wrócić nie miał gdzie, bo jego
Tarnopol był już w ZSRR. Mama przyjechała z rodzicami spod Warszawy.
Dziadkowie gospodarstwo zostawili jednemu dziecku i wyjechali na te Ziemie
Obiecane.
W mieście nie widać biedy ani bezrobocia. Burmistrz, Stanisław Wełniak,
mówi wprost: - Gdyby nie praca w Niemczech, poziom życia byłby niższy.
Czerwony paszport jest w cenie.
Rozmówki polsko-polskie
W Złotowie zderzyły się dwa żywioły. Tyle tylko, że miejscowi zwani
autochtonami, zostali wrzuceni do jednego worka: i Niemcy, bo przecież nie
wszyscy wyjechali, i Polacy. Prawdę mówiąc, traktowano ich trochę jak
obywateli gorszej kategorii. Choć konfliktów między napływowymi a miejscowymi
nie było.
Komorowska: - Myślę, że po wojnie spotkało ich wiele krzywd. Niektórzy
do końca życia nie nauczyli się dobrze mówić po polsku albo nie chcieli.
Jakaś zadra musiała w nich tkwić.
Rozmówki polsko-polskie do dziś opowiadane są jako anegdoty. Zwłaszcza
ta, o pewnej starszej pani, która nagle zasłabła i trafiła do szpitala. Męża
w domu nie było, więc napisała dla niego wiadomość: Kochany Koniu, ja leżeć w
szpitalu krank, ty mi przysłać geld. Jej mąż miał na imię Conibert.
Albo to:
Przychodzi autochton do sklepu: - Dwa bułki proszę.
Sklepowa go poucza: - Nie mówi się dwa bułki tylko trzy bułki.
- To poproszę trzy bułki i jedna prek (weg)
Albo taki:
Spotykają się dwie sąsiadki. Jedna się przechwala, że kupiła koguta,
który waży 15 kilo. Druga, że to niemożliwe.
- Ale to był nemecki kogut.
- Tedy jo, tedy może być.
Niepewni w czasie "W"
Przez wiele lat po wojnie ludzie ciągle nie byli pewni: zostanie miasto
przy Polsce? Czy wróci do Niemiec? Nic się nie budowało. Za to w latach 50.
wyjechali ci, którzy nie zdążyli tuż po wojnie albo dopiero odczuli potrzebę.
Potem zaczęły się nieśmiałe przyjazdy w rodzinne strony zza Łaby, a później
przyszedł stan wojenny i Niemcy, zwłaszcza byli złotowianie, zaczeli
przyjeżdzać z pomocą. W latach 90. tama się otworzyła. Był taki okres, że w
złotowskich szkołach po kilkoro dzieci w miesiącu ubywało.
I za każdym razem, wyjazd przynajmniej niektórych rodzin, był
zaskoczeniem. Jak to?! Rodzice polscy działacze, dzieciaki tu wykształcone, a
teraz wyjeżdząją, bo są Niemcami?!
Złotowianie mówią, że na co dzień nie było ważne, kto Polakiem, a kto
Niemcem. O to się nie pytano. Z czasem wszystko tak się wymieszało, że w
ogóle nie było wiadomo, kto jest kto.
Może pozornie tak było. Pod skórą chyba pulsowało co innego. W mieście
najpierw powstało stowarzyszenie Rodło (1982 rok, stan wojenny), a później
zorganizowała się mniejszość niemiecka. Wiktor Więcek mówi, że Rodło miało
bronić przedwojennych polskich mieszkańców Złotowa i powiatu przed władzami
polskimi. Na własnej skórze odczuł, że on, złotowianin, i jego rodzina
zostali szczegółowo "prześwietleni" przez wiadome służby. Potem na własne
oczy przekonał się, że rodowici mieszkańcy tych ziem w ewidencji wojskowej
figurowali jako "niepewni w czasie W".
Z widokiem na browar
Dziesięć lat po Rodle powstało stowarzysznie niemieckie. Przeszło bez
większego echa. Najwyżej uśmiechano się nad niektórymi nazwiskami, których
właściciele raptem przypomnieli sobie o niemieckim rodowodzie.
- Czuło się, że ludzie niemieckiego pochodzenia byli na uboczu - uważa
Gerard Wojciechowski, z zarządu Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-
Kulturalnego w Złotowie. - Wreszcie uwierzyli, że nastąpiła odwilż, można się
przyznać do pochodzenia. Do Stowarzyszenia należy około 140 osób.
Jednak Wiktor Więcek, ten z Rodła, myśli, że niemieckie stowarzyszenie,
podobnie jak ich, powstało dla odreagowania przymusowej izolacji. Wreszcie
mogą się legalnie spotykać, wyjeżdżać, pomóc. Ale - przyznaje nieśmiało - ma
wiele niepewności, że to jakaś nieczysta sprawa ci Niemcy tutaj. - Tego z
Niemców nikt nie zdejmie, jak z Vaterlandu z gospodarstw wyganiali ludzi,
żeby swoich wprowadzić. I jak potem słyszę taką panią Steinbach, to ...
"Wypędzeni" z Flatow najliczniej zatrzymali się w Grifhorn. To teraz
partnerskie miasto Złotowa i powiatu. Wojciechowski: - Odwiedzają nas, ale o
sprawy prawne nie pytają. Roszczeń nie zgłaszają.
Ani do burmistrza, ani do urzędu w żaden sposób nie dotarło, by ktoś
rozpytywał, sprawdzał w sądach. - Jakieś resentymenty? Pretensje? Nic z tych
rzeczy - zapewnia burmistrz. Za to zdarza się, że poprzedni właściciele
dogadują się z obecnymi i - na przykład - pomagają dom wyremontować.
Jak choć