faszyna
12.06.11, 13:37
Skoro los i praca rzuciły mnie ostatnio do Gdyni, to nie omieszkałam w wolnym czasie wpaść na kilka festiwalowych pokazów. W tym roku niewątpliwie było warto, co niniejszym spróbuję opisać. A czemu "serialowo"? Bo to seriale stoją za Gdynią. :)))
Zacznę od zwycięzcy, który wydał mi sie trzecim odcinkiem serialu o tych, co uciekali. Najpierw w niemieckim "Jak daleko nogi poniosą" uciekał z sowieckiej niewoli niemiecki żołnierz, potem uciekał Farell i spólka w "Niepokonanych", a teraz ucieka nam Gallo z mazurskiej niewoli granej przez norweskie otchłanie. Film ze wszechmiar polski, czego dowodzi kopia pokazana w Gdyni: po angielsku i z angielskimi tłumaczeniami tych niewielu polskich wypowiedzi, jakie padają w tym filmie.;)) A nie uczyli nas przypadkiem, że Polacy nie gęsi.....? ;))) Zeby jednak nie było, że się laureatem nie zachwycam, to musze tu pochwalic twórcę za śmiałe zapożyczenie w kultowej "Twierdzy szyfrów". Toz to scena przeniesiona z serialu w proporcji prawie 1:1 ta zimowa kąpiel zbiega w jeziorze. Wykąpał sie i przeżył na mazurskim mrozie: czyż nie jest to aby reinkarnacja naszego ulubionego Szpieka? ;))
"Londyczycy" zapunktowali, chciałoby sie powiedzieć: dwie nagrody za role (Gąsiorowska za fajną "Ki" i Dziedzięl) i zauwazeni rezyserzy (Zglinski, Smarzowski). No a jak Smarzowski, to i "Brzydula", a jak "Brzydula", to i "Pszemko" Braciak tym razem jako fajnie pokazany Kresowiak ze skłonnosciami do naduzycia. No ale do czasu, gdy się przekonał, ze w warunkach władzy ludowej na Mazurach picie szkodzi zdrowiu (jakze wychowacze są te nasze filmy!).
"PwS" moze serial denny, ale za to Kulesza w Gdyni prima sort. Sroga Aneta z pierwszych odcinków PwS to inna odsłona wrednej mamuśki z "Sali"; ta druga mocno zapada w pamięc. No i Bobek obsadzony "po warunkam" czyli jako etatowy juz "ładny mężczyzna" w polskim kinie. Wcześniej robił za takiego etatowca w "Szalonych dziewicach", teraz przyszła pora na debiut kinowy, a jesienią też kino i premiera "80 milionów", gdzie Bobek znowu w roli najprzystojniejszego (opozycjonisty). Mam nadzieję, że jednak nie tylko zagra tam twarzą, ale i mową. ;))
Pierwszy odcinek kultowej "Stawki" konczył sie sławnym "J23 znowu nadaje". Do tego to stwierdzenia nawiązuje "Róża" (to refleksja specjalnie dla pożądających kontynuacji "1920-ego"), po której chce się zakrzyknąc: Lubos znowu gwałci! Ach, jak ten aktor gwałci! ;))) Niedługo dziennikarze zamiast pytać: "gdzie pan obecnie gra?", bedą pytac: "gdzie pan obecnie gwałci?" To tak a propos inwencji naszych rezyserów w obsadzaniu aktorów nie wedle szuflady. ;))))
Krytycy czepiali sie Dorocińskiego za zagranie zakochanego w "Tancerzach" w wersji "zakochany sopel lodu", a tu proszę niespodzianka, zagranicznemu jury to sie spodobało. A moze i nie tylko to, może to raczej zadziałała charakteryzacja Dorocińskiego w finale "Róży", do której na szczęscie nie wynajeto tak okrzyczanego "hollywoodzkiego" Pokromskiego, odpowiedzialnego za lichej jakosci przemianę Ważki w pierwszym odcinku "Twarzą w Twarz". To zresztą ciekawy problem naszej filmowej rzeczywistosci, a może nie tylko filmowej, to ustawiczne potwierdzanie "cudze chwalicie, swego nie znacie". No jak mamy swoje znać, jak głowną nagrode w narodowym festiwalu dostaje film może dobry, może z uniwersalnym przesłaniem, ale przeciez dla nas zupełnie niewazny? A "Róża", film świetny i bardzo ważny, wpisujacy sie w polski serial o naszej bolesnej historii, rozpoczety "Popiołem i diamentem" poprzez "Człowieka z marmuru", "Katyń" czy "Czarny czwartek", tej nagrody nie dostaje? Oto jest pytanie....
"Róża" to film mimowolnie głeboko aktualny politycznie i wielka szkoda, że na premierę przyjdzie poczekac do stycznia. Bo to film jak znalazł na kampanię wyborczą. To taki głos w dyskusji o centrum wypędzonych i dziadkach z Wehrmachtu. Powiedzmy szczerze, gdyby nie pewność, ze zagraniczni jurorzy raczej do pisu nie należą, to bym sie tu pokusiła o spiskową teorię, ze ten wczorajszy werdykt pisem pachnie. :))))
I jeszcze z tej polityczno-serialowej półki, rzuciłam okiem na niemieckiego "Zimowego ojca", który oczywiscie w oryginale nazywa się "Zimowa córka" (ach, ta poetyka naszych tłumaczeń!), aby zobaczyc, jak robi zagraniczną karierę nasza Brzydula. No powiedzmy szczerze, za rozgłaszanie wiesci, ze jakaś nasza aktorka gra w zagranicznym filmie, powinni karac tiurmą.;) Rola sprowadzajaca sie do kilkuminowej obecnosci na ekranie w roli listonoszki rozwożącej po porcie pocztę, to nie rola, a wypadek przy pracy.;)) A sam film jest kuriozalny: dofinasowanie z miasta Gdynia poszło na pokazanie Gdyni odgrywającej rolę Gdańska, a stereotyp goni stereotyp (Polacy kradna samochody, dobre szosy konczą sie na granicy, a potem juz tylko jednopasmówki, nawet ta z Gdańska do Olsztyna, z brakiem zasiegu komórki- pomysł nawiązujący do "PwS", w którym to serialu szosa z widokiem na światła Pałacu Kultury zagrała kompletne zadu....).
I tyle już może na teraz. :)