Dodaj do ulubionych

dramat, jakich wiele..

01.02.07, 14:23
spotykaliśmy się, było cudownie! zaszłam w ciążę, zaczeły się schody. on
paniczyk, ja klasa średnia. mezlians w leksykalnym tego słowa znaczeniu. kasa
nigdy nie była dla mnie ważna, przynajmniej do tego stopnia, by utrzymała
mnie przy kimś. zarządałam sporządzenie intercyzy, bez tego nie zgodziłabym
się na ślub. wzięliśmy go, choć jego rodzice bardzo oponowali, bo przecież ja
chcę być z nim tylko dla kasy itp. choć jest dorosły niezależny od nich w
żaden sposób, jest jednak bardzo podatny na ich wpływ. mieliśmy "dzięki" nim,
wiele konfliktów. cała ciąża przebiegała była dla mnie jedną wielką
frustracją, uświadamianiem mi, ze nie jestm mile widziana. dziecko owszem,
ale najlepiej, żebym je urodziła, oddała im i zniknęła z ich życia,
pozwalając im zapomnieć o nietakcie, jaki popełniłam pojawiając się w życiu
ich syna.
znosiłam te upokorzenia tylko dla naszego dziecka, gdybym nie była w ciąży,
po pierwszej rundzie starcia z jego otoczeniem, oddałabym rękawice. nie
zrobiłam tego, żeby nasz miał rodzinę, przecież babcia i dziadek mieszkają
daleko, ważna jest mam i tata.. wreszcie się urodził, nasz kochany skarbek!
tylko zaczęły się kłopoty. mały nie do końca był zdrowy. mąż zawiódł w tej
sytuacji na całej linii, odsunął się, nie mogłam na niego liczyć, nie był dla
mnie żadnym wsparciem, a to były najtrudniejsze chwile życia. ważna była
tylko firma, miał jeszcze pretensje, że kiedy przyjeżdża do nas do szpitala,
tam ciągle są łzy, smutek, syf, a co miało być przepraszam na oddziale
intensywnej terapii noworodka, gdy lekarze nie dają żadnych nadzieji????
byłam strzępkiem człowieka, z daleka od domu, bez żadnego wsparcia, jeszcze
musiałam dźwigać frustracje tego "dużego chłopczyka". w końcu powrót do domu.
zostawałam na całe dnie sama, maż wracał dopiero wieczorem, a dziecko wciaż
ryzykowne. byłam przemeczona fizycznie, psychicznie zdewastowana, kompletnie
sobie nie radziłam z tą sytuacją, zaczęliśmy żreć się jak psy. on nawalał na
każdym kroku, wszystko robił bezmyślnie, zupełnie nie tak. miałam słuszne
pretensje i roszczenia, ale nie miałam cierpliwości, zby normalnie, po ludzku
zwracać mu uwagę praktycznie na każdym kroku, zaczelam na niego warczeć (on
oczywiście nie zostawał mi dłużny).
w międzyczasie kupiliśmy mieszkanie. trzeba było poprzestawiać w nim
wszystkei ściany. cały remont i wszelkie zwiazane z nim zagadnienia, były na
mojej głowie (opracowanie nowego układu mieszkania, nadzorowanie prac ekipy
remontowej, dobór materiałów budowlanych), wszystko to z dzieckiem przy
piersi. jego żelazny argument- bo przecież ja nic robię! próbowałam chociaż
zaangażować go w aranżowanie wnętrza, jemu wszystko było obojętne, "zrób jak
uważasz". potem seria awantur, że to wszystko takie bez polotu, najniższymi
kosztami i wogóle nie tak, on to by chciał to i tamto. mówiłam ok, zatem
wybierzmy cośtam, odpowiedź- "takie jak wybierzsz, będzie mi się podobało".
błędne koło.
dawno przestałam liczyć na pomoc jego rodziców, w dotarciu do niego. juz przy
pierwszym zgłaszanym problemie usłyszałam- sama tego chciałaś!
w jakimś 7/8 miesiącu, stan synka się ustabilizował i mogliśmy wreszcie
odetchnąć, nie musieliśmy już bezustannie go obserwować, odetchnęliśmy
psychicznie, mogliśmy już rzestac panicznie bać się wystąpienia złyhv
objawów. w tym samym momencie wprowadziliśmy się też do nowego mieszkania.
wydawałoby się, ze wreszcie jakoś się ułożyło, niestety wcale nie.
może zwyczajnie przewrtościowałąm te okoliczności, optymistycznie oczekiwałam
jakiegoś nowego etapu, nowego życia. nic takiego sie nie nastąpiło. nadal
spędzałam dnie jak samotna matka, on pojawiał się wieczorami i zatapiał się w
komputerze czy telewizorze. długo próbowałam z tym walczyć, w końcu
odpuściłam, bo to próżny trud. po prostu zaczęłam zajmować się swoimi
zajęciami. zaczęliśmy żyć praktycznie obok siebie, cały ten czas byłam
potwornie samotna. o dziwo jednak. chociaz seks mieliśmy udany.
zaczęłam pomagać mu firmie. to było dla mnie bardzo ważne, wreszcie miałam
możliwość nabrania oddechu, zajęcia się czymś konstruktywnym. w zasadzie sama
wdrożyłam projekt sporej na miarę firmy inwestycji. niestety nie doceniał
żadnego z kolejnych etapów realizacji. wkładałam w to tyle energii i
zaangażowania, naprawde się starałam. jednak gdy tylko mieliśmy odrębne w
jakiejś kwestii, chociaż niegdy nie próbowałam się upierać przy swoim
pomyśle, spierać się z nim, czy forsować swojej koncepcji. po prostu z punktu
natychniast słyszałam- jesteś gówniarą, co ty wiesz, jesteś głupia i się nie
znasz itd. sytuacja się nei zmieniała, chociaż niejednokrotnie okazywało się,
ze to ja miałam jednak rację. wielokrotnie chciałam odciąć się od tego
projektu, wtedy wytaczał swój żelazny argument- "przecież itak nie masz nic
do roboty". doprowadziłam więc wdrażanie projektu do końca, jednak potem
zabrakło już zadań mieszczących się w moim kompetencjach.
w listopadzie, po dwóch latach reaktywowałam się na ostatni rok studiów.
kompletnie nie mogłam liczyć na męża, że zajmie się synkiem w weekendy, kiedy
miałam zjazdy. zawsze "wyskakiwało" coś, przez co nie mógł zostać z małym
(generalnie to była praca), a w efekcie zostawałam wściekła w domu. to nie
mogło tak trwać. zatrudniłam nianię. znalazłam wspaniałą panią i wreszcie
mogę kończyć normalnie studia. chociaż kosztuje mnie to dużo wysiłku i pracy,
daje mi to dużo radości. wreszcie jakby znalazło się dla mnie trochę miejsca
w moim własnym życiu, dotąd całkowicie zdominowany przez synka, męża,
obowiązki domowe i sprawy firmy męża i jego związane z nimi stresy, problemy
i frustracje.
cały czas okropnie się spinamy, niemal o wszystko. o rozwodzie słyszałam już
tyle razy, że to słowo nie wywołuje już autentycznie zadnych emocji.
kiedykolwiek nie zwracałam mu uwagi, nawet spokojnie, normalnie, słyszałam,
że mogę lub się pakować i wynosić z jego domu, do swojej matki. praktycznie
przestaliśmy ze sobą rozmawiać. oczywiście wciąż rozmawiamy o naszym synku, o
codziennych sprawach, ale nic poza tym. no ewentualnie on wygłasza elaboraty
na temat spraw firmy, ale to zdecydowanie monologi, w których nie powinnam
zabierać głosu, bo przecież jestem głupią gówniarą i nie mogę mieć o niczym
pojęcia. kiedy ja próbuję cos opowiedzieć, o czymś co mnie dotyczy, jego albo
to nie interesuje i nawet nie zauważa, kiedy przestaje mówić, albo żywo
włącza się do rozmowy i kieruje nią w taki sposób, że już po kilku zdaniach
to on snuje opowieść o sobie, swoijej rodzinie, czy znajomym. wydaje się byc
głuchy na moje istnienie. nie rozmawiamy ze sobą, jak ludzie, którzy są
siebie ciekawi. do tego te ciągłe upokorzenia, nakazy wyprowadzek,
występowanie o rozwód.. przestałam mieć ochotę na seks. nie potrafiłabym
oddać się komuś, kto mnie nie szanuje, obraża, deprecjonuje na każdym chyba
kroku. to oczywiście jest kolejnym powodem starć między nami, a ja zwyczajnie
nie potrafię.
kiedy jest w pracy, nie ma go cały dzień, najpierw zwykle do południa próbuję
postawić się psychicznie na nogi, po kolejnym starciu.. a potem wmawiam
sobie, że mam super rodzinę, że jest świetnie, że jest naprawdę super, że to
wszystko to nic. jednak już po krótkim czasie po jego powrocie do domu,
rzeczywistość weryfikuje moje życzeniowe wizje i cały ten syf wraca.
kładziemy synka spać, potem wieczór obok siebie, bo nie z sobą, potem do
łóżka. jego wymówki, że nie chcę sie kochać, że to beznadziejne, pretensje
itd. w końcu zasypiamy odwróceni do siebie plecami. rano kontynuacja fochów,
pretensje o cokolwiek, albo udajemy, że nic sięnie stało, nic nie zaszło.
wypijemy razem kawę, zjemy śniadnie. zwykle na tym etapie pojawia się już
jakiś szczególik, drobiazg, który wywołuje karczemną aanturę,
bo "najbardziej, to go wqrwia.." właśnie to, o co danego dnia poszło. znów
wychodzi na cały dzień trzaskając drzwiami z
pianą na ustach. zostaję wte
Obserwuj wątek
    • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 14:24
      zostaję wtedy sama, płaczę i usuwam powód jego złości,
      napawiam to, co mu się nie podobało, robię to, o czego nie zrobienie miał
      pretensje, wmawiam sobie, że to naprawdę to, co najbardziej mu przeszkadza, że
      jak to zrobię, będzie szcześliwy. mój boże jaki żałosny idiotyzm.. oczywiście
      przy następnej okazji pojawia się następny powód "najbardziej wqrwiania". ale w
      niektóre poranki nic się nie wydarzy, całuje nas z synkiem i wychodzi. za to
      wieczorem, wszystko się wyrówna..
      dziś na ten przykład, włożył pod sweter niewyprasowaną koszulę. poprosiłam żeby
      ją zdjął, to ją szybko uprasuję. powiedział, że nie, że nia ma już na to czasu.
      no i zaczął się wywód, że "najbardziej go wqrwia, że ma nie poprasowane
      koszule!!!", co przerodziło się w ponad półgodzinną awanturę. przeprosiłam,
      mówiłam, że mam teraz okropnie dużo nauki, bo sesja, że w każdej wolnej chwili
      piszę pracę, że przepraszam, że nie traćmy teraz czasu na awanturę, że szybko
      mu ją teraz wyprasuję, że to będzie chwila i będzie po kłopocie. wolał latać za
      mną i wygłaszać pretensje.
      jestem okrutnie samotna. moi wieloletni przyjaciele niestety porozjeżdżali się
      w cztery strony świata. potraciłam kontakty ze znajomymi, podczas ciąży. nie
      chciałam się z nikim spotykać i opowiadać o swoich upokorzeniach. to nie w moim
      stylu i wstydziłabym się zwyczajnie. z koleji kłamać, czy milczeć bym nie
      potrafiła. zostałam więc praktycznie sama ze sobą i pczuciem popełnionego
      gdzieś błędu. z tego wszystkiego zapominam dlaczego się w nim zakochałam, nie
      wiem, czy to jeszcze ten sam człowiek. odkąd zaszłam w ciążę ciągle żyję w
      przekonaniu, że nie jestem dla niego dość dobra. wciążmam wrażenie, że wolałby
      byc gdzie indziej, robić co innego, z kim innym. nie myślę tu żadnej konkretnej
      osobie, sama tylko świadomość, że tą osobą nie jestem tą osobą. do tego
      stopnia, ze zastanawiam się, czy kiedykolwiek mnie naprawdę kochał, czy tylko
      łudził się, że jesli powtórzy mi to milion razy i ja w to uwierzę, wtedy on
      także zdoła wmówić sobie, że tak jest. ja sama powoli zapominam dlaczego się w
      nim zakochałam, nie jestem już chyba pewna, czy to ciagle ten sam człowiek..
      szkoda tylko, że jest już tak późno. nasz synek ma 16miesięcy
      • almondgirl Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 15:18
        ale na co jest poźno? na nic nie jest za późno dla kobiety, która - jak Ty -
        jest niegłupia, ambitna i pracowita. Nie musisz byc z tym facetem.
        • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 17:52
          trochę za późno na zastanawianie się co zrobić, teraz to już niestety nie tylko
          moje życie. podejmując jakąkolwiek decyzję, podejmuje ją również w imieniu
          mojego dzieka..
          • malgoska13 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 07:51
            Wychowując dziecko w takim domu, przy TAKIM ojcu robisz mu tylko krzywde,
            uczysz go, że nalezy pomiatać kobietą na każdym kroku, za 20 lat będzie tak
            samo traktował swoją żone...
            Odejdź od niego, jesteś mądra, masz dziecko, zrealizowałaś i realizujesz się
            jako matka i tak na prawde, z tego co piszesz oo do nieczego nie jest Ci
            potrzebny! Żyj własnym życiem, badź radosna ale nie z tym człowiekiem bo on się
            nie zmieni!!!!!
      • ciociapolcia Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 15:19
        Wierz mi, doskonale Cię rozumiem...
        Nie chcesz od niego odejść?
        • kiciek78 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 15:23
          uciekaj prosze uciekaj od niego jak tylko znajdziesz prace wystap o rozwod z
          jego winy podzial majatku niech ci cham placi alimenty nie pozwol sie tak
          upokarzac nie wolno
          • nikitka78 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 15:33
            Zupełny bezsens, dziewczyno marnujesz się przy takim typie. Jakiś troll
            totalny, zakochany w sobie. Nie pozwól żeby Cię tak traktował!
            • juliana03 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 16:00
              popieram porady dziewczyn, odejdz od niego....
              wiem ,moze nie jest latwo, ale tak byc nie moze nie pozwol sie upokarzac i
              wykorzystywac!!!
              Ja odeszlam,(raczej jego wywalilam za drzwi, ale to wszystko jedno) mija 3
              tydzien, tez mam dziecko, (mnustwo problemow, ale takie jest zycie), jest
              ciezko, czasem i poplacze czlowiek i poklnie, ale zyje swiat sie nie zawalil, w
              ciagu tych trzech tygodni,z pomoca dziewczyn z forum napisalam pozew o
              alimenty, jak dar z nieba trafila mi sie praca, radze sobie jak moge!!!
              nie pozwol wchodzic sobie na glowe, uwierz w swoje mozliwosci, i tak nie jestes
              od niego zalezna- sama musisz sie troszczyc o siebie i dziecko, wiec w gruncie
              rzeczy straci tylko on!!!
              • bella.donna1 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 16:43
                Bardzo smutne to wszystko co piszesz
                Wspólczuję serdecznie
                Jesteś cierpliwą i dzileną dziewczyną
                To właściwie dzięki Tobie Twoja rodzina istnieje-tak wynika z tego co piszesz
                Twój pan ma ją gdzieś-traktuje Cię jak służacą i niańkę(w obydwu rolach nie
                masz nic do powiedzenia jako TY)to przykre, upokarzające, poniżające
                Cóż dołączam się do dziewczyn-zostaw go!!
                Nie sznuje Cię i chyba nie ufa dostatecznie-jak z takim żyć?
                On sprawia że Ty przeżywasz jego złe nastroje, jego frustracje, kłopoty, tym
                czasem on Twoje sprawy ma gdzies...
                Skoro nie rozmawiacie-o szczerej, otwartej, spokojnej rozmowie nie ma co marzyć
                Postaw go przed faktem dokonanym
                A jeśli nie rozwód to może wyjedź z dzieckiem na trochę niespodziwanie...?

                Pozdrawiam ciepluko
                dasz radę trzymam kciuki
        • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 17:56
          no właśnie.. tylko ja już sobie nie ufam. nie ufam swojej inteligencji,
          intucji, swoim emojom. podjęłam już jak mi się wydawało słuszną decyzję, o
          życiu z moim mężem. teraz ponosze konsekwencje tego wydawania się. boję się
          popełnić błąd, boje się kolejnej kuli w płot, boję się zapędzić siebie i
          dziecko w skutki mojej kolejnej nie trafionej decyzji..
      • sunrise2006 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 17:03
        rany, jak ja ci współczuję. Nie wytrzymałabym pewnie psychicznie takich jazd.
        Sama jestem obecnie w ziakzu, w którym nie wiem, czy on mnie w końcu kocha, czy
        sobie wmaiwa, i wiem, jak to trudne jest.
        A nawiązując do ostatniego zdania twojego postu - nigdy nie jest za póxno na
        lepsze życie.
        • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 17:57
          no właśnie, tylko skąd moge wiedzieć co jest słuszne?
    • to-wlasnie-ja Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 17:00
      Czytajac nie znalazlam ANI JEDNEGO MOMENTU WASZEGO WSPOLNEGO ZYCIA , W KTORYM BYLBY DLA CIEBIE OPARCIEM I OKAZAL SWA MILOSC. Na poczatku napisalas - spotykalismy sie i bylo cudownie .... Czy rzeczywiscie? Pytam z ciekawosci- po co z nim jestes? I nie zaslaniaj sie dzieckiem , bo to dziecko ( o ile jeszcze bedziecie razem ) za pare lat zapyta- mamo, dlaczego sie nie rozeszlas z tata a zamiast tego zgotowalas mi pieklo w domu ? Dziecko to nie lalka, glucha i slepa. Widzi , slyszy i czuje co sie miedzy Wami dzieje a nie dzieje sie dobrze. Jestes zbyt wartosciowa osoba, by tak zyc . Dasz sobie rade i poznasz kogos , kto Cie naprawde pokocha .Ciebie i Twojego synka .
      • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 18:05
        szczerze? ja też. do momentu kiedy nie zaszłam w ciażę, żyliśmy sobie pięknie!
        spotykaliśmy się, spędzaliśmy ze sobą dłuuugie godziny, całe weekendy, było
        beztrosko i sympatycznie. a jak miało być, skoro spotykaliśmy się bez żadnych
        zobowiązań, nasze relacje nie były obciążone żadną odpowiedzialnością, poza
        swoim nawzajem toarzystwem, niczego tak naprawdę od siebie nie oczekując. ale
        budowanie rodziny, to już co innego, wymaga współpracy, czynnego wkładu dwojga
        ludzi, to rzeczy, które niezawsze są tylko miłe, fajne, sympatyczne, a wręcz z
        reguły bywają trudne. tego nie da się stworzyć przy udziale jednej tylko osoby,
        a drugiej pojawiającej się w charakterze statysty.
        zdję sobie sprawę z tego o czym piszesz, dlatego tak bardzo chciałabym
        uregulować to wszystko do momentu, kiedy synek będzie orientował się, że coś
        jest nie tak. tylko tak jak pisałam już wcześniej, moje aktualne problemy
        świadczą o omylności podejmowanych przeze mnie decyzji, skąd wiedzieć, że
        kolejna, którą bym podjęła, byłaby słuszna..
        • bogna71 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 18:25
          Dziewczyno - dałaś się stłamsić i wmówić sobie, że nie jesteś nic warta -
          uwierzyłaś chyba w to, co ten, pożal się boże, człowiek codziennie Ci
          przekazuje każdym swoim słowem i zachowaniem.
          To nie prawda - jesteś mądrą, wartościową, zaradną kobietą, która miała
          nieszczęście trafić na prawdziwego gnoja i chama w białych rękawiczkach.
          Rozumiem Cię, że chciałabyś, żeby wreszcie wam się ułożyło - bardzo dobrze to
          rozumiem, ale to nie możliwe. Nie wiem, co musiałoby pierdolnąć Twoim Panem i
          Władcą, żeby przejrzał na oczy, ale wydaje mi się, że nic takiego się nie nie
          znajdzie...
          Nie znam się na tych wszystkich psychologicznych teoriach, ale widać tu, że
          całkowicie straciłaś pewność i wiarę w siebie, co ten człowiek z Tobą zrobił??
          Nie będę Ci pisać: uciekaj - to musi być Twoja decyzja, ale powtórzę tu za
          Dziewczynami: jeżeli możesz, to najpierw wyjedź niespodziewanie, spojrzyj na
          swoje życie z dystansem, albo chociaż zrób listę plusów i minusów . Chcesz,
          żeby Twój synek żył tak jak Ty - upokarzany i opierdalany za nic???
          Zrób cokolwiek, ale nie tkwij przy boku tego człowieka....

          Pozdrawiam bardzo ciepło.
    • miss96 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 18:44
      mam wrazenie ze wasze stosunki nie sa juz do naprawienia.
      Niestety zbyt duzo jest do naprawy w twoim mezu.
      Pewne sprawy mozna zmienic, pod warunkiem ze ktos wogole chce o tym porozmawiac.
      A raczej rozmowny to maz twoj nie jest.
      Szybko podsumowyje i zbyt plytko.
      Byc moze on potrzebuje pomocy, tylko jak mu to uswiadomic?
      Bo nawet jesli cie nie kocha,
      jesli ma kogos innego,
      jesli nie wie co to wogole milosc

      to mozna to wybaczyc i zrozumiec.

      Ale jesli ktos nie szanuje drugiego czlowieka, ubliza mu mowiac ze jest glupi i
      mlody, psychicznie czlowieka doprowadza do poczucia winy, to takiego czlowieka
      nalezy wyeliminowac ze swojego swiata emocjonalnego.

      Natomiast jest wyjatkowe zjawisko jakie was laczy to dziecko.
      I blagam, osobiscie zadbaj o jego dobre samopoczucie!
      W tym zwiazku jestes najsilniejsza.
      Tylko ty, masz w sobie te uczucia, ktore obce sa twojemu mezczyznie,
      a dziecku masz szanse przekazac i nauczyc go.
      Tylko musisz byc absolutnie wolna od uczucia ze swiat twoj podporzadkowany byl
      mezowi i dziecku.
      Mezowi owszem tak - ale mozesz to zmienic.

      A dziecko - jemu warto podporzadkowac swoj czas, bo wiele dobrego moze nas
      nauczyc.

      Dzieki naszym dzieciom widzimy i slyszymy wiecej.
      O ile masz czas i checi posluchac troche dluzej, popatrzyc w oczy w trakcie
      jego waznych rozmow.

      Ruszamy sie, jestesmy sprawne, mozemy cieszyc sie zapachem sniegu, mozemy
      spacerowac po lesie i podgladac zwierzeta.

      A czy jest coc wazniejszego niz spacer po calym zyciu, ale w spokoju i checi
      uczenia sie nowych rzeczy?

      I nie kazdy moze miec tak - z przyczyn losowych.

      Wielu sie udalo to stworzyc ale nie utrzymac.

      Bo nie mogli o swoich problemach poprostu porozmawiac,porownac, pomnozyc i
      podzielic.

      Teraz mozna.
      Tylko trzeba nie bac sie zrobic pierwszego kroku.
      Tak w realu.

      pozdrawiam i wroce.
      • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 18:54
        nie wiem teraz co z sobą zrobić, najchętniej schowałabym się do szafy w której
        rozwieszam wyprasowane koszule..
        dziękuję, naprawdę ci dziękuję.
        • malgoska13 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 07:57
          do szafy sie nie chowaj, wyjdź do ludzi, spotkaj sie i popatrz na to (spróbuj)
          z zewnatrz... przeczytaj swoją historię, ona jest dramatyczna, nadaje sie na
          dobry film, przy którym kobiety będą ryczeć nad twoim losem.
          MUISZ wziąć swoje życie i dziecka w SWOJE ręce. Uda sie!
          a koszul mu nie prasuj, niech sam prasuje, co to służąca jesteś, co on zrobił
          dla Ciebie.
    • miss96 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 19:06
      Akurat do szafy. No nie jest tam zle, bo jak sobie wspomne jak na wagary szlam
      to wlasnie do szfy w pokoju sie chowalam, i siedzialam tam z pare godzin.
      Fakt mama mnie nie znalazla, nikt mnie nie znalazl.
      Jak tam kochana wleziesz to ja cie znajde!
      • juliana03 Re: dramat, jakich wiele.. 01.02.07, 21:02
        dziewczyno, czytam to co piszesz i powtarzam ci jeszcze raz- spierdalaj od
        niego i to jak najdalej!!!!!!
        Mialam podobnie:
        1. zwraca sie do ciebie bezosobowo? od dawna nie uzywa twojego imienia?
        2. odzywa sie tylko wtedy gdy czegos potrzebuje (o rzeczach typu-jesc, ubranie,
        tzn w skrocie przynies wynies pozamiataj mowie)?
        3. dziecko, wasze dziecko, ile czasu w ciagu dnia jest ojcem? (do tego doluz
        czas, ktory poswieca samemu sobie- widzisz roznice?)
        4. ile czasu w ciagu dnia jest mezem? co ostatnio dla ciebie zrobil, tak
        bezinteresownie, dla twojej przyjemnosci?
        5. czy odciazyl cie w jakiejs domowej pracy, opiece nad waszym dzieckiem?
        6. kiedy sie ostatnio przy nim szczerze smialas?

        zadaj sobie samej tych kilka podstawowych pytan.

        dziewczyno ocknij sie z tej traumy, w jakiej zyjesz, podejmij jakas decyzje.
        Rozstania nie sa latwe i przyjemne, do takiej decyzji trzeba dojrzec, ale
        niestety uwazam podobnie jak dziewczyny- twoj maz sie nie zmieni, wiem cos o
        tym poniewaz moj maz jest (wciaz jeszcze jest, choc juz ze soba nie mieszkamy)
        taki sam jak twoj. Ja przed rozstaniem zadalam sobie wlasnie tych kilka pytan i
        niestety w kazdym przypadku wychodzilo na to ze nie jestem dla niego wazna ani
        ja ani dziecko!!! Przykre, ale prawdziwe. Napewno wmawiasz sobie chwilami ze
        twoj maz jest tym fajnym chlopakiem jakiego poznalas, i to pomaga ci jakos zyc,
        ale prawda jest inna, a stare czasy to juz zamierzchla przeszlosc!!! Zobaczysz
        twoj synek jest jeszcze malenki i niewiele rozumie, ale jak podrosnie to bedzie
        uciekal z wlasnego domu. Mam dziecko 3 letnie, ono tez juz wiedzialo jaki tatus
        jest cukiereczek, myslisz ze twoj tego niebawem nie zauwazy, znienawidzi jego
        za to ze jest takim h.. i ciebie za to ze nie zrobilas nic zebyscie w tej
        chorej atmosferze nie zyli!!!
        ratuj siebie i dziecko!!!
        jesli chciala bys pogadac, bo problem twoj jest identyczny jak w moim przypadku
        to napisz do mnie na priv- adres gazety.

        NIE DAJ SIE WYKORZYSTYWAC I PONIZAC!!!

        pozdrawiam
        • yvona73pol Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 00:26
          mimi, jedno co mnie uderzylo: dlaczego ty wszystko robisz "dla niego"? co
          chcesz udowodnic? projekt - dlaczego nie dla wlasnej satysfakcji? koszule - za
          co przepraszasz? pan szanowny raczek nie ma? uprasowanie koszuli to nie takie
          wielkie halo, czasami faceci lepiej to robia ;)
          jak chcesz prasowac, to tylko dla wlasnej satysfakcji (albo, na przyklad,
          machanie zelazkiem cie odstresowuje na przyklad) a nie DLA NIEGO
          robienie wszystkiego z mysla o mezu jest niezdrowe
          • miss96 Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 01:34
            tak, prasowanie moze cos dac.
            Ja naprzyklad staje w lekkim rozkroku, uginam nogi, wciagam brzych, sciagam
            posladki i powoli balansuje do gory i na dol.
            POL GODZINY TAKIEGO PRASOWANIA DAJE ZAJEBISTY EFEKT ZGRABNEJ DUPCI.
            • wredna_zmija Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 08:18
              Mimi, w pełni popieram dziwczyny.... Okrutnie mi przykro z tego powodu, że
              przeżywasz tę traumę... sama, z dzieckiem u boku, bez męża a z jakimś bolkiem
              tyranem, w ogóle nie łapiącym, o co tak naprawdę chodzi w małżeństwie,
              rodzinie... MOże nigdy się tego nie nauczył? Może jego cudna rodzinka tak go
              "pozytywnie" nakreciłą - tych "może" może być wiele i zapewne jest.
              Jedno natomiast nie ulega żadnej wątpliwości: ON WAS NIE SZANUJE.

              Słońce, nie daj się stłamsić tak do końca. To kompletne bzdury jakież są, że Ty
              niby nie potrafisz podejmować trafnych decyzji (a ten projekt to niby co? mimio
              kłód pod nogi doprowadziłąśd o jego końca), eeeeej!!! Kobieto, przypomnij sobie,
              to kim i jaka byłaś przed tym jak zaczął Cię gnoić! TAKA JESTEŚ CAŁY CZAS! Ot,
              tylko w tej chwili pewność siebie nieco oklapła - co jest zrozumiałe w takiej
              sytuacji.

              Uciekaj póki mozesz. Właśnie dla siebie i synka! Ułożysz sobie życie inaczej...
              A on niech się buja (kolokwialnie zabrzmiało? może... ale... NIE ZMARNUJ
              SZANSY... serce się kraje kiedy czytam, co piszesz... smutne to bardzo... zrób
              coś dla siebie i małego - masz przecież o kogo walczyć... KIBICUJĘ...)
              • to-wlasnie-ja Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 12:36
                Mimi , jest wiele decyzji, ktore jeszcze w zyciu bedziesz musiala podjac . Jedne dobre , inne bledne. Ale na bledach sie czlowiek ma uczyc a nie ciagnac , bo raz tak postanowilas . Masz prawo do bledow i obowiazek poprawic je. Nie zastanawiaj sie za dlugo, bo Ty juz nie raz dalas szanse swojemu mezowi a jak sama czujesz ( tam gleboko w srodku ) nie tak mialo wygladac Wasze zycie. Mimi- maz na Ciebie moglby byc zly, rozczarowany czy miec inne negatywne uczucia, ale jakim ojcem sie okazal? W chwili, gdy jego wlasny synek byl tak ciezko chory, balansujacy na granicy zycia i smierci- dla niego i tak wazniejsza byla praca . To jest ojciec? Zastanow sie sama . Na kogo moglabys liczyc , gdybys np. zachorowala? Na kogo moglby liczyc Twoj synek?
                Czytajac to, co napisalas widze fajna , silna kobiete, ktora za kilka lat bedzie zmeczona i zniszczona psychicznie. Nic z Ciebie nie zostanie, uwierz.
                Ty juz teraz lecisz prasowac mu koszule a on Cie depcze. Kobieto- szanuj sie , bo jak inni maja Cie szanowac? Lubisz robic za podnozek? W imie czego,bo jakos sie nie dopatrzylam nagrody w tym, co piszesz. Moze jak zdazysz wszystkie wyprasowac to lizaka w nagrode dostaniesz albo kilka minut awantury mniej?
                Mimi- naprawde dasz sobie rade, bo z tym malzenstwie to Ty jestes ta naprawde silna osoba. Popatrz ile przeszlas. SAMA , bo nie licze faktu istnienia obok Twojego pozal sie Boze meza za wazna i wspierajaca obecnosc. Poukladaj sobie swoje sprawy i wystap o rozwod. O ile to nie otrzezwi twojego meza i nie skloni do zmiany ( szczerze mowiac - watpie ) to zacznij wreszcie zyc dla siebie i synka, bo masz tylko jedno zycie. Zacznij je tworzyc a nie tylko zyc jako darmowa gosposia Twojego meza i podreczny worek treningowy na ktorym moze sobie wszystkie frustracje i codzienne nerwy odbijac.
            • malgoska13 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 07:59
              musze wypróbować tego balansowania ale tylko ze swoimi rzeczami.
    • ozna Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 16:58
      doskonale och jak doskonale cię rozumiem..... i wiem jak łatwo się pisz
      eodejdz zostaw, a jak trudno a czasem niemożliwe aby odejśc....
      Ja nie radzę odejdz bo wiem że czasem to nie realne a czasem wręcz głupie bo w
      zasadzie dlaczegto to ty masz zostawiać mieszkanie które sama urządziłaś a
      oczywiste że przecież on nie wyprowadzi sie tak łatwo bo jak piszesz to za jego
      kase to kupione a jak znam takiego typa (a tu jeszcze ta rodzinka) to nie
      popuści. Poza tym nawet jak odejdziesz to co dostaniesz jakies 500 złotych
      alimentów i daj Boże jakąś praće może 1400 złotych za mieszkanie za żlobek i
      zostajesz bez grosza... Wszystko przemyślane. Tak tak nie można żyć z kims
      kto nas nie sanuje a można żyć z dzieckiem bez kasy?? Zycie jest brutalne i
      czasem niestety honor i ambicja nijak się do zycia nie mają . Bo jak jestesmy
      same to możemy z ambicją i honorem zdychac z głodu ale jak mamy dziecko to za
      nie i przede wszystkim za nie jesteśmy odpowiedzialne.
      Jedynę co moge poradzić to rób co możesz dla siebie - te studia bardzo bardzo
      dobry pomysł. Troszkę się oderwiesz jacys ludzie jakiś świat... bardzo dobrze.
      Ja doskonale wiem jak sie czujesz i wiem że nikt nic dobrego nie poradzi.
      Jeśli chcesz pisz na priv gazetowego chętnie pogadam z kims kto ma tak podobnie
      do mnie :(
    • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 19:02

      wczoraj wrócił wieczorem, jakby nigdy nic. jeszcze zrobił zakupy w markecie,
      dzwonił, pytał co kupić. trochę się dąsałam kiedy wrócił, ale nie za długo. nie
      ma po co, bo on itak to ignoruje, albo przynajmniej zdaje się nie zauważać.
      obejżeliśmy "słodki listopad" na tvn, uwielbiam ten film i zawsze przy nim
      ryczę:P strasznie wstydzę się płaczu podczas filmu, ale przy nim mogę płakać do
      woli, nie obserwuje mnie, nie jest czujny, nigdy nie widzi, kiedy płaczę.
      dzisiaj jest ten dzień, kiedy niby wszystko jest ok. wyszedł rano do pracy,
      potem odebrał mnie od dentysty. pojechaliśmy na sushi, odwiózł mnie do domu i
      wrócił do pracy. właśnie dzwonił. już wraca, kupił warzywa i owoce, tak jak
      prosiłam. jest miły, zabawny.. w takie dni jak dzisiejszy, doładowuję swój
      potencjał energii, cierpliwości. nabieram sił na przetrwanie następnej potyczki
      i wmawiam sobie, że ta ostatnia, to już była ostatnia, najostatniejsza.. wtedy
      zaczynam wierzyć, że to wszystko można jeszcze poskładać, że zbudujemy
      prawdziwy dom..
      • miss96 Re: dramat, jakich wiele.. 02.02.07, 19:44
        a moze inaczej to rozegrac?

        Skora zdarzaja sie takie dniu ze jest tak jak chcesz, jest mily, kupi co
        chcesz, zawiezie itd.
        to moze mu za to podziekuj. Powiedz ze w takie dni naprawde lubisz na nigo
        patrzec.
        Zapytaj moze co jemu daje przyjemnosc,moze te rzeczy ktore na codzien robisz
        daja mu satysfakcje tylko nie umie o tym powiedziec.
        Tylko same slowa dziekuje za to , za tamto nie sa czarodziejskie.
        Czasami trzeba nadac im klimat.
        Ile razy my swoim mezom mowimy i dajemy odczuc ze sa wyjatkowi?
        A przeciez nikt inny jak kobieta, potrafi roztoczyc aure.
        Moze nie robic tego tez z takim przeswiadczeniem, ze zrobie pierwszy krok, ale
        potem to on musi, a jak nie to znowu dupa blada.

        Robic ta cala codziennosc poprostu z przyjemnoscia i dac troche wiecej dotyku,
        czulosci, troski tym biednym zagubionym misiom.
        A jak dalej bedzie zle poprostu otworzyc sie na kontakty z innymi.
        No bo dalej do setki trzeba dobrze zyc.
      • malgoska13 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 08:01
        A "Sypiając z wrogiem oglądałaś" Może razem obejrzycie.... podobna sytuacja.
    • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 03.02.07, 08:18
      no i nie trwało to długo..
      o 5 rano zbudził nas nasz syn. mąż poszedł po niego, zabrał go z jego pokoiku i
      przyniósł do nas do łóżka, po czym od razu zasnął. mały długo się wiercił,
      mówił do mnie zaczepiał. w końcu o 7:20 poprosiłam mężą, żeby zabrał małego z
      sypialni, żeby mogła zdrzemnąć się jeszcze z godzinkę, bo od 10 do 18 mam w
      szkole same zaliczenia, że muszę jeszcze dużo się uczyć, że muszę być na
      chodzie, że jestem nieprzytomna. nie odpowiedział nic, nie ruszył sie. synek
      jęczał, zaczepiał go, na co powiedział- synku idź, tatuś chce jeszcze poleżeć.
      nie ruszył się. prosiłam go kilka razy. w końcu, kiedy mały zaczął buszować w
      moich słownikach, prosiłam żeby interweniował. nie zareagował, w końcu to nie
      on za nie płacił, więc nie musi o nie dbać, co go to obchodzi. wtedy już się
      wściekłam, powiedziałam mu to ostatnie zdanie, sformułowałam wyrzut, że nie ma
      za grosz empatii, że prosiłam, zeby dał mi z godzinkę pospać, a on jak zwykle
      myśli tylko o własnej dupie. zaczał mi w trakcie tego oczywiście coś
      odburkiwać, jak zwykle z resztą, nie nawidzę kiedy to robi!!! nie potrafi
      utrzymać zamkniętego dzioba ani na minutę, nigdy nie daje mi nic powiedzieć.
      zatkałam uszy, żeby dokończyć i na koniec nazwałam go gnoje. to był mój błąd,
      wiem. nie powinnam była tak się do niego zwracać.. wtedy na mnie wskoczył,
      zaczęliśmy się szamotać, warczał do mnie, że nie mam zatykać uszu, kiedy DO
      NIEGO MÓWIĘ (przecież inaczej do cholery nie powiem ani zdania, on mi ZAWSZE
      przerywa!!) próbowałam się spod niego wydostać, szarpaliśmy się, to wszystko na
      oczach dziecka, które od razu zaczęło okropnie płakać. nie odpuścił mimo to..
      trzymał mnie pod sobą, jak zwierzę ofiarę, a nasz synek dostawał histerii..
      wiem, że popełniłam błąd, ze go wyzwałam, że nie wolno mi było, ze to też moja
      wina. po prostu straciłam nad sobą kontrolę, w takich chwilach jak dziś rano,
      kiedy czuję się pokonana przez wygode jego własnego zadu, mam głębokie poczucie
      porażki, czuję się upokorzona i wściekła, mam ochotę sprawić, żeby poczuł sie
      tak nędznie jak ja w danej chwili i pewnie dlatego go gryzę, nie wiem.
      oczywiście akcja skończyła się nakazem pakowania, rozwodzeniem etc. wiem tylko,
      że każda kolejna, tego typu sytuacja, jest gorsza od poprzedniej, to moja po
      raz kolejny utracona wiara, że możemy zbudować rodzinę. rozwiewane nadzieje
      bardzo bolą..
      wiem, wiem, że wynikła sytuacja to także moja wina, ale ja chyba coraz bardziej
      się poddaję.
      • niki_30 Re: dramat, jakich wiele.. 03.02.07, 22:36
        Kobieto,gdzie tu twoja wina?
        To on może cię poniżac i wyciągac do ciebie łapy,a ty się obwiniasz,bo nazwałaś
        go gnojkiem?
        Wiesz co myślę...on ci wyprał móżg..Straszy cię rozwodem,jak zrobisz coś co
        sobie nie życzy,więc ty pokorniejesz i dajesz za wygraną..
        Postaw mu się dla siebie i synka.jak się go boisz i po prostu ucieknij,rozwód
        zdążysz póżniej załatwic...
      • malgoska13 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 08:04
        A masz do kogo sie wyprowadzić? Mieszkanie jest na kogo kupione?
        • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:07
          na niego, wszystko jest jego.
    • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 04.02.07, 20:19
      kolejny konflikt.
      musiał zrobić dokumenty, więc pojechał do firmy. mówił, że wróci 17/18. dzwonię
      do niego o 18:35. oczywiście jest jeszcze daleko w polu z pracą, ok pytam więc
      dlaczego mnie nie uprzedził, nie tak sie umawialiśmy. na co słyszę, ze tak
      wyszło, a zresztą niby dlaczego on ma mi się tłumaczyć??? dlatego odpowiadam,
      ze jestem twoją żoną i zostałam w domu z twoim synem. na co słyszę, że to
      również moje dziecko, odpowiadam no właśnie o to mi chodzi, ze ono jest także
      twoje!! odkładam słuchawkę.
      o 20:00 kąpiemy synka. dzwonię do męża 19:56, pytam gdzie jest? oczywiście w
      firmie. mówię no dobrze, o 20:00 mamy kąpać dziecko. "musze to dokończyć! mam
      tu rozgrzebane wszystko!! nie zostawię tego tak!! nie siedzę tu dla
      przyjemnośći!! dlaczego ja mam ci sie tłumaczyć??!!?", "wiesz, ze to nie tak,
      nie mam pretensji o to, że musisz pracować, ale o to, że nie uprzedzasz mnie,
      że coś sie zmienia, umawialiśmy się inaczej. wtedy on zaczyna coś pokrzykiwać,
      więc odkładam słuchawkę. w rozmowie telefonicznej mam tą przewagę, ze kiedy
      zaczyna krzyczeć, albo mnie obrażać, mogę sie po prostu rozłączyć.
      zawsze się spóźnia, to notoryczne! i nigdynie uprzedza, że nie będzie na czas.
      kiedy dzwonię, wscieka się, że "nie będzie mi się tłumaczył". z koleji kiedy
      nie dzwonię, tylko kiedy wreszcie się pojawia mówię, ze czekałam, odpowiada to
      czemu nie zadzwoniłaś?? dodam nie sa to spóźnienia małe
      • miss96 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 01:16
        no coz, music to zaakceptawac, albo odejsc.
        wybor masz.I to najwazniejsze.
        Jak zostaniesz, nie bedziesz jedyna w takim toksycznym zwiazku.
        Jak odejdziesz, nie bedzie pierwsza i nie ostatnia.
        Musisz sobie sama pomoc.
        My tylko mozemy poczytac i odpowiedziec cos od siebie.
        Powodzenia.
        • bella.donna1 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 09:28
          MIIMIIMII!!!!!

          Jest mi bardzo bardzo przykro, że tak się męczysz chcąć stworzyć coś
          normalnego...
          WYgląda jednak na to , że normalnie nigdy niebędzie...Twój mąż wyciąga do
          Ciebie łąpy, a to juz nie przelewaki!!JAk posówa się do tego nie cofnie się już-
          będzie tylko gorzej. Tym bardziej że odważył się na to przy waszym dziecku-nic
          go nie obchodzi, po za czubkiem własnego nosa-Nie łudź się kochana, że to się
          zmieni jak za dotknięciem czarodzijeskiej różdzki i będzie cudownie jak "sie
          bardziej postarasz". To nie Ty powinnaś się zmienieć i starać...
          A Ten kto powionien nie widzi powodu-i nie ma zamiaru się zmienieć
          Jesteś po prostu za dobra zbyt pobłazliwa i zbyt ULEGŁA w obec niego
          Dlatego pozwala sobie na to wszystko w obec Ciebie
          Twój przedosatatni post zabrzmaiał jak głos "typowej bitej żony"
          Nie jestem żadnym psychologiem nie chcę niekogo umoralniać...
          Piszesz, że to Twoja wina...JAKA WINA KOBIETO????
          Zony męzów używających przemocy (czy to fizycznej czy psychicznej-jak u
          Ciebie), są zbyt wyrozumiałe w obec nich samych a surowe dla siebie
          Sądzisz, że Ty go prowokujesz-co Ty mówisz dziewczyno??
          On ma problem ze sobą-swoje żale i frustracje wylewa w domu na ciebie a ty
          przyjmujesz i jeszcze przepraszasz go za to-ty ???
          Uciekaj od niego-uciekaj!!!
          Nie mówię rozwód-ale może naprawdę powinnaś roważyć ten wyjazd???
          Po sesji będą ferie?? Jak będą, to dobry monent nie ma na co czekać...
          Bądź dzielna-pozdrawiam i tyrzymam kcuki
          • woman-in-love Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:17
            hej, Mimi nie chce niczego zmieniać ona chce się tylko wyżalić. Więc słuchamy,
            czytamy, nawet trochę współczujemy ...i - to wszystko czego chce Mimi od nas.
            Zauważcie jaki jest tytuł forum. Trzymaj się Mimi, może kiedyś się zakochasz i
            opuści Cie masochizm :-)
          • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:26
            to machanie rękami faktycznie mnie mocno martwi i nie rokuje najlepiej:/ a tą
            winą, wiesz, ja po prostu staram się byc obiektywna, nie chcę przyjmowac roli
            ofiary, a z niego robić tylko kata. wiem, że nie jestem bez kryształowa, że też
            nie do końca gram fair.
            faktycznie też coraz częściej myślę o tym, zeby gdzieś zniknąć na trochę.
            kłopot tylko, że nie bardzo mam gdzie no i z dzieckiem, to wcale nie jest
            łatwe. gdybym chciała pojechać do któregoś z przyjaciół, to najbliżej mam
            7godzin pociągiem, z małym to byłaby męka! ale rzeczywiście coraz bardziej
            skłaniam się do tego pomysłu. chociaz nie wiem na jak długo powinnam wyjechazc,
            zeby coś zrozumiał. obawiam się, że jest tak zapatrzony w siebie i zasłuchany
            we własne kaprysy, ze zanim przestałby napawać się tą rozłąką, cieszyć brakiem
            obowiazków związanych z posiadaniem rodziny, zanim faktycznie tą radosć
            przyćmiłaby refleksja, zanim cokolwiek by przemyślał.. to trwałoby pewnie z
            miesiąc jak nie dwa.. a na tak długo nie moge wyjechać
        • miimiimii Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:16
          najgorsze jest to, że właśnie zdaję sobie sprawę z tego o czym piszesz miss.
          wiem, ze nikt za mnie nie podejmie decyzji, że nikt nie może mi tak naprawdę
          pomóc.
          a ja sama czuję się zbyt słaba, żeby coś przedsięwziąć.
          ten wątek powoli przybiera forme jakiegoś bloga:/ nie wiem, ale jakoś jest mi
          chyba lepiej, że moge to z siebie wyrzucić. a to, że to czytacie, to trochę
          jakby tak, gdyby ktoś to usłyszał.. wiem, że to jedyna pomoc, jakiej ktokolwiek
          może mi udzdielić.
    • rena31 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:19
      Mimimi, dlaczego Ty mu na to wszystko pozwalasz? Gdybyś go olała i wyjechała
      gdzieś, a on musiałby Was szukać, to pewnie by sie przestraszył. Dlaczego tylko
      Ty o niego zabiegasz? Niech on się stara albo won. Krótko i zwięźle.
      Mnie się kiedyś tragicznie układało z facetami, aż nie zrozumiałam, że trzeba
      pozwolić im zdobywać kobietę. Teraz nie mam takich problemów.
      A masz dokad wyjechać? Ktoś musi Ci pomóc.
      • rena31 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 10:27
        I jeszcze jedno. Nie możesz dopuscić, zeby Twoje dziecko oglądało takie sceny,
        bo to nie pozostanie bez wpływu na jego psychikę. Jak będziesz się czuła za
        jakiś czas, widząc że pozwoliłaś jego ojcu tak skrzywdzić go psychicznie?
        Musisz zrobić radykalny krok, może facet się ocknie? Moze zależy mu na Tobie,
        ale musi troche "pozdobywać"? A jak nie to niech spada. I tyle.
    • to-wlasnie-ja Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 14:39
      Wiesz co Mimi? Troche sobie przemyslalam i widze to juz inaczej. Bylas z facetem i na etapie niezobowiazujacego flirtu bylo ok. Wpadliscie .... Czy rzeczywiscie? Nie gniewaj sie, ale dla mnie ta wpadka jednak wyglada na " zlapanie faceta na dziecko ". W obecnych czasach jednak mozna sie lepiej zabezpieczyc przed niepozadana ciaza. Mozna, i wiem, co mowie. Dlaczego TY a nie facet? Bo jakby nie patrzec to on wlasnie ma zawsze jakies wyjscie- a to kobieta zostaje z brzuchem i klopotem. Duzym klopotem i trudnymi dezyzjami ( aborcja, samotne macierzynstwo, adopcja czy tez malzenstwo ) .
      Twoj maz mial kilka wyjsc - namowic Cie na aborcje, zostawic Cie i ewent . dac kase na dziecko, ( szczerze mowiac dziwie sie troche,ze tego nie zrobil ), pozwolic , aby to jego rodzina zajela sie wychowaniem dziecka , o czym zreszta piszesz, ale to zawsze mogloby miec te konsekwencje, ze on sam musialby sie w koncu nim zajac, a tego nie chce co widac - woli prace i kariere ; wreszcie malzenstwo. Wybral (?) malzenstwo. Tego chcialas ? No to masz konsekwencje.
      Dlaczego? Bo w tym przypadku ma same korzysci. ON zarabia, Ty prowadzisz mu dom, opierasz, gotujesz, zapewniasz opieke na dziecko.Inaczej komus musialby za to zaplacic, jadac na miescie, sam prac i sprzatac. Ty ( po intercyzie ) nie masz nic. Nawet potencjalne studia mozesz skonczyc o ile sie ze wszystkim wyrobisz sama, jego nie obciazajac zadnym wysilkiem , zadnym obowiazkiem, ktory zaklocilby jego ustalony porzadek dnia ( popatrz syt.gdy synek rozrabial- on nie zastapil Cie mimo , iz mialas miec tyle zaliczen ) Mozesz jedynie go zostawic, o czym on Cie zreszta informuje , Ty nie odchodzisz, bo nie masz dokad i za co. Wymyslilas sobie, ze po slubie on sie zapewne zmieni, pokocha Ciebie i dziecko I bedzie idylla. A nie jest. Bo on pozostal konsekwentny w swoich zainteresowaniach , wymaganiach i postanowieniach:) A Ty bylas kompletnie naiwna i sie przeliczylas . Dlatego boisz sie podjac te decyzje o odejsciu. Juz jedna decyzje podjelas i myslalas , ze bedzie po Twojej mysli. I wiesz co? Przypuszczam, ze z nim pozostaniesz. Tylko szczerze Ci wspolczuje takich kolejnych lat do chwili az on Cie zostawi, a moze to zrobic w kazdej chwili,bo niby czemu nie? Przeciez nie widac w nim milosci i oddania .A jesli Cie nawet nie zostawi, to i tak bedzie robil ze swoim zyciem co bedzie chcial, jak robi to i teraz . Tobie i synowi daje zabezpieczenia finansowe i to wszystko czego mozesz oczekiwac i on zapewne tez tylko do tego ogranicza swoje zamiary. Juz tyle razy powinnas mu zagrozic odejsciem ( tyle ze on doskonale wie ,ze nie masz dokad pojsc) a Ty nie odchodzisz i nawet na jego wyrazne : chcesz rozwodu ?- prosze bardzo ! Ty nie reagujesz, on ma Cie po prostu w garsci. I kompletnie nie szanuje, zreszta nie dziwie sie. Sama sobie tego nawarzylas.Po prostu sie przeliczylas. Masz dwa wyjscia - pozwolic sobie i synkowi zmarnowac zycie w zamian za nie martwienie sie z czego zyc albo rzucic sie na gleboka wode, czyli odejsc . To drugie wymaga szalonej odwagi i jest ryzykowne. Sa kobiety, ktore maja do siebie tyle szacunku , ze robia to i po kilku trudnych latach swietnie sobie radza . Sa tez takie, ktore wola znane piekielko beznadziejnego zycia i zostaja. Mysle, ze Ty zostaniesz.
      • juliana03 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 16:24
        chce sie odniesc do postu to-wlasnie-ja:
        przykro takie rzeczy czytac, ale niestety masz 100% racji, wiem bo tez zylam z
        takim facetem. Dbal o wlasne siedzenie reszta sie dla niego nie liczyla, wiec
        rzucilam sie na te "glebokie wody" jak to je nazywasz i odeszlam, tzn jego
        wywalilam ale to bez roznicy...
        i co minal miesiac, on nie dzwoni, nie odzywa sie, nie zapyta nawet o wlasne
        dziecko, dopiero teraz wychodzi na jaw (a moze inni to juz dawno widzieli tylko
        ja mialam klepki na oczach), jaki to potwor!!! Rozmawialam kiedys z kolezanka o
        tej sytuacji nie mogla uwiezyc, ze ten fiut nawet nie zadzwoni i o wlasne
        dziecko nie zapyta w poewnym momencie powiedziala "przeciez nawet pies teskni",
        za kazdym razem jak sobie o nim pomysle przypomina mi sie jej zdanie i od razu
        zal mija- moj maz to jeszcze gorsze bydle od psa!!!
        dzis nie zaluje podjetej decyzji, znalazlam prace, mam zdrowe dziecko, wszystko
        ok, do pelni szczescia brakuje mi jeszcze kogos kto naprawde i szczerze by nas
        pokochal.... ale na to przyjdzie jeszcze moze czas, na razie rany jeszcze
        sie nie pogoily, ale wierze ze czas zrobi swoje....
        • bogna71 Re: dramat, jakich wiele.. 05.02.07, 19:19
          Juliana - psów nie obrażaj, przyrównując je do Twojego "męża"!
          (Bez urazy, oczywiście;)
          • sylbak1 Re: dramat, jakich wiele.. 06.02.07, 10:11
            Najbardziej mi szkoda tego dziecka!!!Rodzice niezłe piekło na ziemi mu zgotowali
            nie ma co...ja tez nie mialam z siostrą lekkiego życia ale moja mama na
            szczescie w pore sie opamiętała i skończyła z toksycznym zwiazkiem i za to jej
            dziekuje i jestem normalna.Obiecałam sobie,że moja rodzina bedzie normalna a nie
            patologiczna...i zrobie wszystko by moje dziecko nie ogladalo tego co ja!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka