Chciałabym, tak jak zdecydowana większość Polaków żyć w innym, lepszym,
dostatnim kraju, w którym każdy czułby się bezpiecznie, pracowałby za
godziwe wynagrodzenie i nie odbierałby rzeczywistości społeczno-gospodarczej
jako jednej wielkiej patologii. Ale trzeba sobie jasno powiedzieć: jak długo
nie przyjmiemy do wiadomości, że kraje bogate, na które spoglądamy z
zazdrością i podziwem i na rozwiązaniach których chcielibyśmy się wzorować,
zbudowały swój dobrobyt na zdrowych zasadach wolnorynkowej, liberalnej,
kapitalistycznej gospodarki, tak długo będziemy klepać postpeerelowską
biedę, z utęsknieniem spoglądając na mityczne utracone
gierkowskie „prosperity”.
Ludzie, czy wyście do reszty oszaleli?! Popatrzcie na Kubę, Koreę Północną,
Białoruś! Przecież to nie tędy droga, co zrozumieli nawet chińscy
twardogłowi dygnitarze, którzy jeszcze 10-15 lat temu nie dopuszczali do
siebie myśli o jakichkolwiek wolnorynkowych zmianach! Jak my, kraj de facto
biedny, chcemy dogonić Zachód? Poprzez wcielenie w życie ideałów
socjalistycznych? Za co?
Nigdy nie dojdziemy do przyzwoitych standardów, jeżeli nie zmniejszymy
udziałów państwa w gospodarce, jeżeli nie wpuścimy (poprzez prywatyzację) do
naszych zakładów nowych technologii, nowoczesnych sposobów zarządzania,
wysokiej jakości pracy i produkcji. Przecież państwo, mimo najlepszych
chęci, nie jest w stanie zreformować wszystkich branż i zakładów, bo nie ma
środków, a tym bardziej czasu, by tolerować odziedziczone po „wspaniałym
socjalizmie” molochy generujące długi (vide górnictwo).
Oczywiście, nie zaprzeczam, iż każdy z rządów ma na sumieniu szereg
nieudanych prywatyzacji (casus „Wagonu”

, ale nie ulega wątpliwości, że
wynika to z jakości funkcjonowania naszej administracji – od ministerstw
poprzez gminy po sądy – która również jest obciążona postpezetpeerowskim
sposobem funkcjonowania i UPARTYJNIONA do potęgi n-tej.
Na tym polu, tak jak nieomal na każdej płaszczyźnie życia społeczno-
politycznego, można odnaleźć relikty PRL, które są naszym przekleństwem, w
większym lub mniejszym stopniu wypaczają sens i istotę wszelkich
wprowadzanych zmian i hamują rozwój. Przecież nic nie funkcjonuje u nas tak
jak w normalnym kraju: ani rynek, ani partie polityczne, ani armia, ani
media publiczne, etc., etc...
Na pewno nie jest to jednak wina założeń kapitalistycznego systemu, dla
których nie ma dzisiaj alternatywy i które w innych krajach się sprawdziły.
W świadomości tysięcy Polaków tkwi „homo sovieticus”, czego najbardziej
doświadczamy my – ludzie młodzi, otwarci na zmiany.
Najlepiej to widzę, gdy niekiedy czytam rubrykę „Opinie” w „Trybunie”.
Wiem, że wielu ludzi czuje się skrzywdzonych, oszukanych i sfrustrowanych
tym, co widzą dookoła, gdyż nie tak wyobrażali sobie Polskę po 1989 r. Wielu
nie umie się w tym wszystkim odnaleźć, zawalił się ich świat, czują się
niepotrzebni.
Inni są po prostu zmęczeni i patrząc na nasze „polskie piekiełko” zwyczajnie
nie wierzą w możliwość zmian na lepsze. Można jednak w tym miejscu zadać
pytanie, czy ich zły los, to aby nie spadek po minionej epoce? Czy ich brak
umiejętności funkcjonowania w obecnych czasach, niemożność znalezienia
pracy, brak perspektyw wynikają z winy rządzących po, czy przed 1989 r.?
Kto miał tym ludziom pokazać, jak wygląda życie i praca w normalnym kraju?
WIEDZIELI TO TYLKO CI, KTORZY WYJECHALI Z PRL-u.
Skąd mieli czerpać przydatną w wolnorynkowej gospodarce wiedzę – z pełnych
bzdurnych odwołań do marksizmu-leninizmu podręczników? Kto miał ich nauczyć
przedsiębiorczości – Gierek, Jaruzelski, Rakowski?
Ten sam problem dotyczył zresztą naszych „elit” polityczno-gospodarczych,
wśród których zdecydowanie zbyt mało było (i nadal jest) osób potrafiących
zmierzyć się z olbrzymim problemem zbudowania praktycznie od zera całkiem
nowego, zdrowo funkcjonującego państwa, co zresztą – jak powszechnie
wiadomo – nie udało się nam do dziś. To jest nasz wielki problem i jarzmo
minionej epoki – swoisty triumf zza grobu PRL.
Trzeba jednak powiedzieć sobie jasno, że dla pewnych rozwiązań nie ma
alternatywy i musimy dalej brnąć w „depeerelyzowanie” naszego kraju. Tak
długo, jak będziemy swoistą „hybrydą”; państwem postsocjalistycznym z
jedynie nielicznymi (na dodatek groteskowo wypaczonymi) elementami
kapitalizmu, trwać będzie niekończący się „okres przejściowy”, wieczna
trasformacja.
Jestem głęboko przekonana, że przezwyciężenie tych naleciałości jest kluczem
do zbudowania lepszej Polski. Wymaga to wiele czasu i wielkiego wysiłku i,
realnie patrząc, wiem, że musi odejść kilka pokoleń, zanim to nastąpi.
Mam nadzieję, że gdy będę odchodziła na emeryturę, Polska współtworzona
przez moje dzieci i ich dzieci będzie całkiem innym krajem, w którym
pozostałości po PRL-u będę mógł zobaczyć jedynie w muzeum.