diabollo
19.10.09, 22:30
Sierakowski: Szkoda konserwatystów
Matyja nie ugania się za jedyną prawdziwą definicją konserwatyzmu. Próbuje
rozczesać potargane losy myśli konserwatywnej od lat 80. ze sporą dozą
cierpliwości i wyrozumiałości, choć opisuje najczęściej swoich bezpośrednich
konkurentów bądź polemistów. Nie obwieszcza ani przegranej, ani wygranej
konserwatystów w Polsce, choćby dlatego, że jedna z ram, którą przykłada do
ogólnego obrazu, to kontrowersja między strategią bezpośredniego zaangażowania
politycznego a pracą w sferze metapolitycznej. Już tu choćby można łączyć
zwycięstwo na jednym polu z porażką na drugim, bądź odwrotnie. Mniej
interesuje go sportowy komentarz, a bardziej ukazywanie paradoksów, bo to one
najlepiej pozwalają określić problemy myśli konserwatywnej w Polsce ostatnich
dziesięcioleci, a zarazem całej sfery publicznej.
Zresztą konserwatyzm zawsze zaczyna się u nas od paradoksu. Pisał o tym
najwięcej Marcin Król w serii książek przypominających myśl konserwatywną od
jej początków nad Wisłą. Być konserwatystą w czasach niewoli to sprzeczność,
bo nie sposób uzgodnić naraz formy i treści. Jeśli iść prosto, dojść można do
wynarodowienia i zdrady (przypadek pierwszego polskiego konserwatysty Józefa
Kalasantego Szaniawskiego lub Henryka Rzewuskiego) albo do porzucenia drogi
ewolucyjnej, gdy nadarza się okazja na rychłe odzyskanie niepodległości
(Maurycy Mochnacki). A polski konserwatyzm rodzi się i odradza zawsze w
czasach niewoli. Pierwszy raz po powstaniu listopadowym, kolejny po stanie
wojennym 1981 r., gdy wydaje się, że trzeba porzucić nadzieję na szybkie
zmiany i ocalić ducha, „uobywatelnić masy”, wypracować myśl polityczną. W
międzywojniu szybko gaśnie, nie stworzy partii masowej, choć zapłodni jeszcze
pokolenie „Buntu Młodych” i „Polityki” Giedroycia, Kisielewskiego,
Pruszyńskich i Bocheńskich, ale i ono szybko zacznie odżegnywać się od
konserwatyzmu, żeby kto żyw rozbiec się po różnych stronach powojennych barykad.
Książka Matyi ukazuje fatum, które towarzyszy każdemu polskiemu
konserwatyście. Dość powiedzieć, że sam Król pod koniec lat 80. wpadnie w
pułapkę, którą wcześniej wielokrotnie rozbroił na papierze. Stwierdzi, że „bez
względu na obecny układ sił politycznych państwo jest nasze”, i dogada się z
Jerzym Urbanem w sprawie legalizacji „Res Publiki”, narażając swą wersję
kompromisu na zarzut zdrady.
Wszyscy konserwatyści prędzej czy później wylądują na marginesie, i to
wszystkich stron. Hall, Wierzbicki i Wołek pisali będą dla „Wyborczej”,
Łagowski i Walicki dla „Przeglądu”, Michalkiewicz w „Naszym Dzienniku”,
Mażewski w „Dziś” Rakowskiego, Korwin-Mikke nawet w „Nie” Urbana. Najbardziej
nastawieni na politykę partyjną rozbijać się będą jak UPR o próg wyborczy,
okazując się za to skutecznymi w sferze metapolitycznej, a „konserwatysta
kulturowy” Wiesław Walendziak najpierw niemal otrze się o stanowisko premiera,
by w końcu wylądować w biznesie. Podobnie akademicki intelektualista Ryszard
Legutko stanie się ministrem w rządzie IV RP, choć gdy trwała jeszcze III RP,
zwierzał się: „nie dostrzegam w sobie najmniejszej skłonności do oburzania się
na to, co się dzieje, nie odczuwam obaw ani przed nową nomenklaturą, ani przed
oligarchią, ani przed neokomuną”.
W nowoczesności tron dla Stańczyka okazuje się krzesłem elektrycznym. Nawet
autor książki „Konserwatyzm po komunizmie” znajdzie się na moment w polityce,
by ostatecznie poświęcić się Akademii i publicystyce.
Konserwatyzm, który najbardziej interesuje Matyję, to w gruncie rzeczy te same
idee, którymi konserwatyści polscy, począwszy od Stańczyków, zawsze imponowali
polskiej inteligencji. To głos wzywający do myślenia kategoriami państwowymi,
dyskutowania rozwiązań ustrojowych, analizowania polityki zagranicznej,
zastanawiania się nad sposobem wyłaniania elit, wertowania kart dziejów w
poszukiwaniu błędów, podejmowania problematyki prawnej i w najogólniejszych
ramach gospodarczej. Kluczowym pojęciem w słowniku tego konserwatyzmu nie jest
wcale ani Bóg, ani katolicyzm, ani papież, ani nawet tradycja, ale instytucje,
praworządność, interes państwa.
To naprawdę nie przypadek, że ulubionym politykiem socjalisty Piłsudskiego był
Aleksander Wielopolski, a lewicowej inteligencji - Giedroyc. Gdyby Czech
odrobił starą lekcję i wyruszył z Adamem Michnikiem szlakiem „cieni
zapomnianych przodków”, dotarłby nie tylko do Piłsudskiego i konserwatystów,
ale także do eseistyki wczesnych nacjonalistów zebranej przez Barbarę
Toruńczyk albo do dzienników kard. Wyszyńskiego afirmowanych przez Michnika w
poświęconym Leszkowi Kołakowskiemu eseju „Kłopot”.
Pamięć i refleksja nad błędami przeszłości jest najmocniejszą stroną
konserwatystów, za to chyba najsłabszą Czecha, skoro nie pamięta już, jak
„Wyborcza” (podobnie jak ówczesny rząd i opozycja) kibicowała absurdalnej
walce o Niceę, a Michnik z Markiem Beylinem odpowiadali skonfundowanym
Francuzom w „Le Monde” tekstem „Dlaczego mówimy »nie «”. Wtedy trzeba było
przeciwstawiać się obrażaniu tych nielicznych, których oskarżano o
przynależność do „partii białej flagi”, a nie dziś, gdy wszyscy się śmieją z
hasła Rokity „Nicea albo śmierć”.
Bez przemyślenia błędów Aleksandra Halla nie narodzi się w Polsce prawica,
która nie będzie albo populistyczną, albo postpolityczną podróbką, tak jak bez
przemyślenia (podobnych zresztą) błędów Jacka Kuronia, na które zresztą sam
wskazywał, nie powstanie w Polsce lewica.
Konserwatyści, tak jak socjaldemokraci, odeszli od swych idei u początków
transformacji, a później byli równo zaskoczeni tym, że ludzie podzielający ich
stanowisko w sferze obyczajowej mają odmienne poglądy w gospodarczej. Później
można było iść już tylko na zgniłe kompromisy, zawierając doraźne, często
egzotyczne sojusze albo na osi światopoglądowej, albo ekonomicznej.
Idee i środowiska konserwatywne uległy dekompozycji podczas wojny na górze,
Halla w roli lidera trwale zastąpił Jarosław Kaczyński. A „konserwatyzm po
komunizmie” okazał się populistycznym antykomunizmem albo fundamentalistycznym
tradycjonalizmem. Jest to jednak w tym samym stopniu klęska konserwatystów co
polskiej polityki, która demokratycznie potrafi jedynie postawić wszystkie
strony przed tragiczną alternatywą: zwycięstwo duchowe czy wyborcze?
Satysfakcja, z jaką Czech konstatuje porażkę polskich konserwatystów, to
przykład bardzo wąskiego patrzenia na politykę jako na miejsce, gdzie zawsze
należy dokopać wrogom i przymknąć oko na własne błędy.
www.krytykapolityczna.pl/Recenzje/Sierakowski-Szkoda-konserwatystow/menu-id-76.html