Dodaj do ulubionych

Walentynki

02.02.04, 15:52
Zdaje się, że niedługo Walentynki. A może i Walentego. Święto to się tak
łatwo i szybko rozprzestrzeniło po świecie , gdyż treścią jego są dwie miłe
wszystkim sprawy : czekolada i seks. Z lekkim wyprzedzeniem życzę Szefowej
Edi i pozostałym bywalcom, aby się z tej okazji znowu zakochali. Jeśli nawet
przelotnie :) Happy Ballantine’s Everybody ! No i cheers też !
Obserwuj wątek
    • edzioszka Re: Walentynki 02.02.04, 16:00
      hyhy, no wiesz co Kanuczak, tak źle mi życzyć - praktykuję chłodek kalkulacji ;)
      • miltonia Re: Walentynki 02.02.04, 19:32
        Do seksu milosci specjslnie nie trzeba, w przeciwienstwie do czekolady.
        • debi_bebi Re: Walentynki 04.02.04, 19:50
          Co do mnie- postanowiłam absolutnie nie zakochiwać się nawet przelotnie, bo od
          tego kompletnie głupieję nie wspominając o objadaniu się czekoladą, która mi
          ewidentnie szkodzi na linię.
          • miltonia Re: Walentynki 04.02.04, 19:59
            I jak Ci idzie z tym postanowieniem?
            • debi_bebi Re: Walentynki 04.02.04, 20:04
              Jak na razie doskonale: odkąd sie odkochałam, jeszcze sie nie zakochałam :)
              • miltonia Re: Walentynki 04.02.04, 20:07
                Moze nie bylo nikogo wartego Twego uczucia?
                • debi_bebi Re: Walentynki 04.02.04, 20:19
                  Podobno wszyscy tacy byli- przynajmniej tak twierdzą.
    • edzioszka Walentynkowa opowieść 05.02.04, 10:35
      W pewnym mieście o łagodnym klimacie żył sobie młody Żyd, który uwielbiał
      popijać kawę na tarasach kafejek i obserwować przechodzący obok świat. Widywał
      marynarzy, podróżników i kobiety z łabędziami we włosach i jeszczcze inne
      zajmujące obrazki.
      Pewnego dnia ujrzał młodą kobietę, przelatującą obok niego z rozwianymi szatami.
      Była piękna, a ponieważ wiedział, iż piękno czyni nas dobrymi, poprosił, by się
      zatrzymała i wypiła z nim kawę.
      - Ale ja uciekam - powiedziała.
      - Przed kim?
      - Przed sobą.
      Lecz zgodziła się na chwilkę przy nim zostać, ponieważ była samotna.
      On miał na imię Salvadore.
      Rozmawiali o łańcuchach górskich i o operze. Rozmawiali o zwierzętach pokrytych
      metalową łuską, które mogą przepłynąć długość rzeki bez zaczerpnięcia
      powietrza. Mówili o tym, że każdy posiada i skrzętnie ukrywa jakąś drogocenną,
      wspaniałą rzecz.
      - Popatrz na to - powiedział Salvadore i wydobył pudełko, inkrustowane na
      zewnątrz, a w środku miękko wyściełane, w którym leżało jego serce.
      - Podaruj mi w zamian swoje.
      Jednak ona nie mogła tego uczynić, ponieważ nie miała go przy sobie - ono biło
      w zupełnie innym miejscu. Podziękowała młodzieńcowi i wróciła do męża, którego
      dłonie ślizgały się po jej ciele jak kraby.
      A młodzieniec często myślał o pięknej kobiecie i o tym słonecznym dniu, kiedy
      wiatr poruszał jej kolczykami jak piórami ptaka.

      ("Namiętność" Jeanette Winterson)
      • brezly Nonieno, Eda... 05.02.04, 16:22
        Stanowczo protestuje w imieniu krabow. O ile byc moze w przyrodzie bywaja
        jeszcze Zydzi o imieniu Salvadore (Zbawiciel, znaczy,) o tyle slizgajace sie
        kraby zostaly wyeliminowane w toku ewolucji. Ta pani nigdy w zyciu nie widziala
        co potrafi krab jak chodzi o wlazenie na sliski kamien. Albo, co bardziej
        prawdopodobne, tlumaczowi sie zwierzatka pomieszaly. Juz zamilcze o tym jak
        wygladalby ptasi lot gdyby byle jaki wiatr mogl poruszac ptasimi piorami. Ten
        amerykanski (nie myle sie wszak, nie?) sposob edukacji, kurcze...
        • edzioszka Re: Nonieno, Eda... 06.02.04, 10:12
          nie wiem jak to z tymi krabami i Janette - autentyczny toż cytat z kniżeczki,
          sprawdzałam - o pomyłce nie może być mowy.. przełożyła Joanna Gołyś,
          wydawnictwo REBIS, można takową wyjaśnić wyłącznie z autorką albo jej
          tłumaczką.. "Namiętność" jest reklamowana jako objawienie literatury
          angielskiej, splatają się weń losy dwójki niezwykłych bohaterów: żołnierza
          Henriego, który jako osobisty kucharz Napoleona przez osiem lat wiernie podąża
          za swym wodzem, oraz Villanelle - rudowłosej córki weneckiego gondoliera,
          której zrośnięte błoną palce stóp stanowią dziwaczny psikus losu. Stają oni
          twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem, dopełniającym się w żarze miłości i
          polityki.. "salvator" to istotnie "zbawiciel".. "hodie natus est nobis Salvator
          mundi" to fragment psalmu responsoryjnego.. "mondo" - po włosku "świat", czyli
          w tłumaczeniu pewnie "zbawiciel świata, ludzkości".. co ciekawe "mi son
          divertito un mondo" - znaczy "świetnie się ubawiłem" ;)
          • edzioszka słówko o autorce 06.02.04, 10:27
            Jeanette Winterson

            "Zadaniem artysty jest przeniknąć wzrokiem do żywego jądra rzeczy; umieć
            odróżniać to, co powierzchowne, od tego, co rzeczywiste, wiedzieć, co jest
            prawdziwe, a co pozorne".

            Urodziła się 1959 r. w Manchesterze, została adoptowana przez rodzinę zastępczą
            i dorastała w Accrington. Jej przybrany ojciec pracował w fabryce, a matka
            zajmowała się domem. W skromnym domu znajdowało się sześć książek, w tym
            Biblia. W mieszkaniu nie było łazienki, więc mała Jeanette w tajemnicy przed
            rodzicami wymykała się czytać książki w toalecie na podwórku. Jej rodzice
            marzyli o tym, by została misjonarką, ona jednak wybrała naukę na wydziale
            filologii angielskiej na Uniwersytecie w Oxfordzie.

            Gdy skończyła szesnaście lat, zakochała się w swojej przyjaciółce i opuściła
            dom rodzinny. Pracowała dorywczo wieczorami i w weekendy, przez rok była
            opiekunką w domu dla psychicznie chorych. Później znalazła zatrudnienie w
            teatrze. W wieku 23 lat napisała na poły autobiograficzną powieść "Nie tylko
            pomarańcze", która została opublikowana w 1985r.

            Jenette Winterson obecnie mieszka w Londynie wraz ze swoją przyjaciółką
            Margaret Reynolds. W swojej twórczości, podejmującej tematy miłości, utraty,
            śmierci i wyobcowania, Winterson wykorzystuje mity, baśnie, opowieści biblijne,
            które często rzuca na tło dość swobodnie traktowanej historii. Uchodzi za jedną
            z najciekawszych pisarek angielskich najmłodszego pokolenia oraz za
            najwybitniejszą przedstawicielkę nurtu feministycznego we współczesnej
            literaturze.

            W polskim tłumaczeniu ukazały się: "Nie tylko pomarańcze", "Namiętności", "Płeć
            Wiśni", "Zapisane na ciele", "Sztuka i kłamstwa", Eseje "O sztuce", "Wolność na
            jedna noc".

            jeszcze podam namiary na portal, w którym powyższe info nalazłam:

            literatura.lesbijka.org/prace/wint02.html
            ;)
          • brezly Re: Nonieno, Eda... 06.02.04, 10:35
            No wlasnie - jest reklamowana. Wraz ze sPRowanym CV :-)) Mozna baton, mozna autorke.

            PS. Blony miedzy palcami u nog, to byly juz u Franza K. W 'Procesie' jak pamietam.

            PS. II. 'Stają oni twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem, dopełniającym się w
            żarze miłości i polityki.. ' To juz REBIS, rozumiem. Eda, pleeeease :-))
            Rosamunda Pilcher by tego nie wymyslila :-))
            • edzioszka Re: Nonieno, Eda... 06.02.04, 10:56
              hyhy, co się chichrasz? - to jedno z poczytniejszych wydawnictw, podobnie jako
              Zysk i S-ka, przede wszystki seria "kameleon".. najczęściej organizują
              wyprzedaże we wszelakiego wida marketach.. jedna z zalet - są to wydania na
              papierze gazetowym, więc jednocześnie tanie, w przecenie dostępne za "grosze"..
              się ciągle narzeka na poziom czytelnictwa w kraju, toz to już lepsze jako
              harlekiny ;)
              • brezly Re: Nonieno, Eda... 06.02.04, 11:07
                Wiem jeszcze co to Rebis, Edosiu. A chichram sie bo mi wesolo :-)) Bawi mnie tyz
                jak marketing usiluje wejsc na niewlasciwe dla sie (jeszcze) tereny. Oczyma
                kaprawymi swej prostackiej i zlosliwej duszy widze takich specow od tegoz, co
                juz zaliczyli mrozonki, zele pod oczy, konserwy rybne a teraz przeszli do
                Media&Wydawnictwa.
                Takoz widze pieklo Haska, Hrabala, Witkacego i paru innych. Cos na ksztalt tego
                co juz chyba nadawalem:
                www.funpic.hu/fun-bin/picviewe.cgi?pic=gl279&kateg=
              • edzioszka coś dla "kultury" 06.02.04, 11:09
                uczynić można - pisząc książkę.. najłatwiej pamiętniki, u schyłku żywota ;)

                wysylkowa.com/ks327328.html
                ciekawe, jak się miewa pani Hanna po operacji plastycznej.. że też ludzi tak
                kusi ku poprawianiu Mateczki Natury, Jackson był przystojnym młodzieńcem, po co
                się zaczął "upiększać"?
                • brezly Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 11:18
                  Ygryhhh... Tiaaa... Jakbym nie wiedzial na 120% ze chodzi o pieniadze i troche
                  proznosci, to bym prachal. Alez to przeciez geniuszka autokreacji!! Na ile ja
                  znam warunki pl. ostatnio to babka wypowiada sie wszedzie i o wszystkim i kasuje
                  za to wynagrodzenia. Wielu by tak chcialo ale tyko niektorym sie udaje, he he.
                  My se tak tu mozemy Eda, wraz z reszta do Dnia Sadu Ostatecznego klikac i pies z
                  kulawa noga sie nie zainteresuje, najwyzej jakis troll sie wnerwi i pobluzga
                  troche. Podziwac te kobiete nalezy, o!

                  PS. Osobiscie jej nie trawie, ale moje uczucia do niej to goraca namietnosc do
                  spolki z fascynacja, w porownaniu z tym co ona budzi w TJJ (NO).
                  Czekam co Miltonia, powie, ona, cos czuje, wie duzo wiecej:-))
                  • edzioszka Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 11:29
                    hyhy, temacik pani Bakuły jest u Milty na topie, wczoraj cuś wspominała nawet i
                    lekturkę przytoczoną powyżej przeglądałyśmy ;)
                    • edzioszka Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 11:37
                      Hanny Bakuły wywiad udzielony "Gali"

                      Chodzi wyłącznie o grę wstępną
                      Ze swoimi mężczyznami rozmawia wyłącznie o seksie, ale nie chce z nimi
                      mieszkać. Miała czterech mężów i zawsze własny adres. - Ludzie powinni się
                      kochać, sypiać ze sobą i zupełnie oddzielnie żyć. Kobiety ograniczają mężczyzn,
                      a mężczyźni kobiety - mówi. W książce IDIOTKA opisała swojego najlepszego
                      kochanka.


                      Słynie z poczucia humoru i skłonności do prowokacji. Malarka, pisarka,
                      felietonistka. Najszczęśliwsza była w Nowym Jorku, gdzie spędziła ponad 3 lata.
                      Na Manhattanie umieściła akcję swojej nowej książki IDIOTKA. W historię
                      kobiety, która wiąże się z mężczyzną wyłącznie dlatego, że jest dobrym
                      kochankiem, wplotła wiele wspomnień. Powieść od tygodni utrzymuje się na czele
                      listy bestsellerów. Nam Hanna Bakuła opowiada o tym, jakie cechy trzeba
                      spełnić, żeby zasłużyć u niej na miano idealnego kochanka, czym jest dobry seks
                      i co myśli o miłości.

                      Gala: Czy jest pani dobrą kochanką?

                      HANNA BAKUŁA: Każdy mężczyzna, zapytany o to, czy jest dobry w łóżku, bez
                      wahania mówi - tak. Kobiety długo zastanawiają się nad odpowiedzią. Nie zdarza
                      mi się popisywać w sypialni. Jeśli spotykam mężczyznę, dla którego warto się
                      starać, potrafię być świetną kochanką, bo znam teorię i mam praktykę.

                      Gala: Dobry kochanek dla pani to...

                      H.B.: Osoba obdarzona wyobraźnią, niewstydliwa, pogodna, pełna inwencji,
                      bezpruderyjna. Kochanek nie musi kochać, ale partnerka powinna go zachwycać.

                      Gala: Na czym polega dobry seks?

                      H.B.: Chodzi wyłącznie o grę wstępną, przynajmniej kobietom. Ważny jest rodzaj
                      tej gry, niezwykłość sytuacji, tajemnica, którą wnoszą dwie osoby. Seks
                      zbudowany w 96 procentach z gry wstępnej i 4 procent całej reszty zadowoli
                      każdą kobietę.

                      Gala: Mężczyźni wiedzą, jak powinna wyglądać gra wstępna?

                      H.B.: Mają o tym niestety słabe pojęcie. Wszystkich mężczyzn, z którymi byłam,
                      musiałam instruować. Poza tym jednym, którego opisałam w IDIOTCE. On był
                      instynktownym demonem seksu. To się zdarza raz na nie wiem ile tysięcy
                      wypadków. Wiedział wszystko. W takiej wiedzy tkwi tajemnica powodzenia facetów,
                      dla których kobiety konają z miłości, choć są nieprzystojni, nieciekawi,
                      niesympatyczni.

                      Gala: Potrafi pani rozmawiać o seksie ze swoimi mężczyznami?

                      H.B.: O niczym innym nie rozmawiam i zawsze bardzo dobrze na tym wychodzę.
                      Mężczyźni lubią uzgadniać pewne rzeczy.

                      Gala: Nie wyidealizowała pani mężczyzny opisanego w IDIOTCE, bo spotkała go
                      pani w Nowym Jorku, a nie choćby w Warszawie?

                      H.B.: Pojechałam do Nowego Jorku w 1981 roku. Trafiłam na barwne, jaskrawe,
                      punkowe miasto, które natychmiast stało się moją wielką namiętnością i
                      wspaniałym tłem do namiętnego związku z mężczyzną. Może w innym miejscu takie
                      spotkanie byłoby niemożliwe.

                      Gala: Bohaterka książki wybiera mężczyznę atrakcyjnego dla niej jedynie w
                      łóżku. Związek, w którym ludzi dzieli wszystko z wyjątkiem seksu, może być
                      udany?

                      H.B.: Nikogo sobie nie wybiera, tylko się zakochuje, a stan zakochania nie
                      podlega osądom, bo jest ciężką chorobą. Tu działa biologia. Bohaterka IDIOTKI
                      zakochuje się w niewłaściwym, niespecjalnie atrakcyjnym dla niej partnerze, ale
                      znam sto razy bardziej niedobrane pary, które połączyła biologia. Znam też
                      związki bez biologii. Ludzie, którzy są razem, a nie potrafią ze sobą sypiać,
                      przerażają mnie bardziej niż ci, którzy nie mają ze sobą o czym rozmawiać.

                      Gala: Niektórzy twierdzą, że miłość się nie kończy.

                      H.B.: Wzrusza mnie ta teoria. Nawet znam takie małżeństwa z długim stażem
                      opartym na kompromisach. On i ona patrzą na siebie rozkochanym wzrokiem psa.
                      Według mnie jedna strona tkwi w takim układzie ze strachu, a druga dlatego że
                      nie miała okazji odejść. Związki zwykle rozpadają się dla innych związków. Choć
                      ja z zasady bardzo rzadko przesiadam się z jednego mężczyzny na drugiego. Lubię
                      odpocząć, zrobić sobie przerwę.

                      Gala: Miała pani czterech mężów. Co w nich panią urzekło?

                      H.B.: Wszyscy byli bardzo fajni i różnili się tak jak ich zawody. Pierwszy był
                      matematykiem i taternikiem. Wyszłam za niego, mając 19 lat. Drugi był
                      architektem wnętrz, trzeci fotoedytorem NEWSWEEKA w Stanach, a czwarty
                      dentystą. Łączyło ich jedynie poczucie humoru i luz. Poruszali się po świecie z
                      lekkością i to właśnie mnie w nich urzekło.

                      Gala: Próbowała pani definiować miłość?

                      H.B.: Miłość jest na pewno dużym wyzwaniem i czymś bardzo przyjemnym. Na
                      początku buduje, a potem zaczyna pomaleńku wysysać. Kiedy następuje etap
                      wysysania, ja przeważnie już zbieram się do odlotu.

                      Gala: Nie odchodzi pani, bo ktoś panią skrzywdził, okłamał, zrobił coś złego?

                      H.B.: Po prostu widzę, że nadszedł moment, w którym trzeba się rozstać. Już się
                      nie buduje, tylko uzgadnia. Robi się pewien kłopot.

                      Gala: Sygnalizuje pani, że zbliża się koniec?

                      H.B.: Wchodząc w nowy związek, z góry informuję, że mam słaby system
                      ostrzegania. Nie awanturuję się, lecz odchodzę. Czasami, gdy jestem łaskawa,
                      następuje jakieś ostrzeżenie, mniej więcej miesiąc przed odejściem, ale nigdy
                      nie jest traktowane poważnie. Mężczyźni nie słuchają kobiet. Nie zwracają uwagi
                      na słowa: nie lubię cię, odejdę od ciebie, może byś się zmienił. Potem
                      zastanawiają się, dlaczego kobieta odeszła, bo uważają, że nie zrobili nic
                      złego. Każdy ma swoje nic. Dla mnie nic to niewiele. Bardzo się czepiam.
                      Niczego nie wybaczam. Jestem nietolerancyjna. Nie chodzi o zdradę, ale na
                      przykład o to, że robią mi bałagan w domu.

                      Gala: Zdrada znaczy mniej niż bałagan?

                      H.B.: Problemu zdrady nie przemyślałam do końca. Staram się nie zdradzać
                      mężczyzn, z którymi jestem, ale zdarza mi się to. Nigdy się nie przyznaję.
                      Takim zwierzeniem można tylko zrobić krzywdę. Nie ma osoby, która przełknie
                      zdradę partnera, ale jeżeli się zdradza, warto zastanowić się, dlaczego. Moje
                      zdrady są błahe, a cudze mogą mieć znacznie większy ciężar, tak więc nigdy ich
                      nie wybaczam.

                      Gala: Niektórzy uważają, że lojalność w stosunku do innych kobiet zobowiązuje
                      do unikania mężczyzn zajętych. Czy widzi pani coś złego w sypianiu z cudzym
                      mężem, narzeczonym?

                      H.B.: Każdy mężczyzna w pewnym wieku jest z kimś związany. Nie ma cudów. Jeżeli
                      mężczyzna w moim wieku nie ma partnerki, to znaczy, że albo jest gejem, albo
                      nie nadaje się dla żadnej kobiety. Myślę, że lojalność musi obowiązywać w
                      stosunku do najbliższych przyjaciółek i rodziny. Natomiast... jeśli chodzi o
                      kobiety, których się nie zna lub zna słabo? To kwestia sumienia. Mój ojciec
                      odszedł od mojej mamy do kobiety, którą bardzo kochał i kocha do dzisiaj, więc
                      w jego odejściu nie widzę nic złego. Po prostu z moją mamą mu się nie udało.
                      Jestem zwolenniczką szukania tej drugiej połówki jabłka do śmierci.

                      Gala: Pamięta pani swoje pierwsze doświadczenie seksualne?

                      H.B.: To było jeszcze w liceum. Mój pierwszy chłopak Piotruś wszedł na zaspę
                      śniegu, poślizgnął się i upadł. Trzymałam go za rękę, więc upadałam na niego i
                      nie można było inaczej - trzeba się było pocałować. Po roku poszliśmy do łóżka
                      i tyle.

                      Gala: Istnieją mężczyźni, którzy są dobrymi kochankami dla wszystkich kobiet?

                      H.B.: Na pewno nie. Zdarzało się, że byłam bardzo niezadowolona z jakiegoś
                      mężczyzny, a potem spotykałam osoby, które piały nad nim z zachwytu. Podobnie
                      jest z ubraniem i jedzeniem. Każdy ubiera się inaczej. Lubimy jeść rzeczy,
                      które w innych mogą budzić odrazę.

                      Gala: W jaki sposób pani podrywa?

                      H.B.: Nigdy nie podrywam nikogo, kto nie zwraca na mnie uwagi. Nie zdarza mi
                      się boksować w próżnię. Jak już się podobam, to każdego podrywam inaczej.
                      Zawsze przecież można wyczuć, na co kto liczy. Jeden chce, żebym była
                      romantyczna, inny, żebym była cyniczna. W zależności od oczekiwań staram się
                      sprytnie podejść mężczyznę.

                      Gala: A jak poderwać panią?

                      H.B.: Wystarczy powiedzieć coś zabawnego. Zaskoczyć mnie intelektem. Można też
                      pokazać efek
                      • edzioszka Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 11:44
                        cd.

                        towny biceps, ale to druga liga.

                        Gala: Łatwo przekroczyć granice pani intymności?

                        H.B.: Nienawidzę, jak dotykają mnie obcy ludzie, i ludzi zbyt nachalnych.
                        Zawsze sygnalizuję, czy mam na coś ochotę i w seksie, i w życiu. Można z mojego
                        tonu wyczytać, czy będę miła, czy nie. Wszyscy moi znajomi znają moje tony. Moi
                        mężczyźni też znają. Nie znoszę, gdy ktoś drugi raz prosi, żebym zrobiła coś,
                        czego odmówiłam. Odmawiam tylko raz, a potem duszę.

                        Rozmawiała Katarzyna Szczerbowska
                • edzioszka Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 11:24
                  słuchałam wczoraj w Trójce wywiadu z aktorami występującymi w
                  produkcji "Symetria" - osadzeni na Białołęce porównywani "poetycko"
                  do "skazanych na Shawshank".. ma to być "obiektywny" film o więziennych
                  przeżyciach.. historia inteligenta, któren niesłusznie oskarżony o napad na
                  starszą kobietę - trafia do paki.. przebywając w celi przejściowej Aresztu
                  Śledczego Łukasz chce za wszelką cenę znaleźć się wśród mówiącej żargonem
                  części więźniów.. poznaje grypserę i staje się gitem.. przeżycia owe zmieniają
                  całkowicie jegoż system wartości.. dnia pewnego do celi zostaje przydzielony
                  nowy więzień - mężczyzna oskarżony o pedofilię.. z uwagi na charakter
                  przestępstwa jest on prześladowany przez towarzyszy "spod celi".. pytanie
                  postawione przez reżysera: czy więzienie posiadające swoisty "kodeks
                  postępowania" może być sądem i katem zarazem? aż mnie wzdraga na samą myśl -
                  mało jest dookolnie brutalności - na cóż komu podobne filmidła, abo wspomnienia
                  napisane przez byłych członków mafii?
                  • miltonia Re: coś dla "kultury" 06.02.04, 14:40
                    Widocznie jest na nie jakies zapotrzebowanie, skoro powstaja. Dla mnie kazdy
                    temat dobry, jak dobrze napisany czy zrobiony. Tyle, ze jakos nie moge
                    uwierzyc, ze polska kinematografia jest w stanie wyprodukowac ostatnio
                    cokolwiek wartosciowego. Niektore z filmow obsypane nagrodami dla mnie byly
                    slabe, jak chociazby "Dlug", ktorym tak sie zachwycano. Nad reszta produkcji,
                    na poziomie telenoweli zmilcze. Stala zaloga siedzi przy kasie i nie dopuszcza
                    swiezej krwi, jeczac ze panstwo na ich arcydziela skapi. W koncu jak ci mlodzi,
                    jak sie dorwa do kamery, to chca od razu "Osiem i pol" nakrecic. I wychodzi
                    niejednokrotnie wydumana historia z ogranymi zabiegami stylistyczno-formalnymi.
                    Mam wrazenie, ze polskim rezyserom brakuje inteligencji. W kazdym razie ich
                    filmy o tym swiadcza.
                    Co do Hani B, to faktycznie lepszej autoreklamiary w Posce nie ma. Z jednej
                    strony nie przepadam za nia, z drugiej doceniam jej dowcip. Towarzysko jest
                    niewatpliwie ciekawa osobka z bogatym repertuarem mniej lub bardziej
                    prawdziwych historyjek z jej zycia. Tyle, ze jak zacznie o sobie - demonie
                    seksu, to troche to zalosne jest. Natomiast jedno mam z nia wspolne, nie
                    przepadamy za malymi dziecmi.
                  • edzioszka Groźne siłownie w więzieniach 09.02.04, 12:22
                    Duńscy strażnicy więzienni wspierani przez policję zaapelowali o likwidację
                    siłowni w zakładach karnych. Niektórzy przestępcy korzystający z sal ćwiczeń
                    stają się bardziej niebezpieczni po wyjściu na wolność.

                    Strażnicy i policjanci narzekają, że osadzeni wykorzystują swój wolny czas na
                    ćwiczenie swoich mięśni. Przez to, kiedy już odsiedzą swoje wyroki i zdecydują
                    się na powtórne łamanie prawa, są silniejsi i policja ma problemy z ich
                    zatrzymaniem.

                    (onet)

                    dlaczego nikt nie wpadł na to, by dać tym ludziom jakieś sensowne zajęcie -
                    niech pracują na cele społeczne.. jak nie siłownia - jakiekolwiek zajęcia
                    sportowe, gimnastyka choćby - ale nie w celi, bo tam parę metrów na krzyż..
                    niech pomagają np. w hospicjach, może obserwowanie cierpienia drugiego
                    człowieka ich samych skłoni do refleksji? w większości to ludzie w sile wieku -
                    więżenie w klatkach przypomina hodowlę kur na fermie - niejeden chętnie by im
                    zaproponował kółka szachowe albo rozwiązywanie krzyżówek.. z braku aktywności
                    fizycznej - stają się agresywni i nadpobudliwi, koło się zamyka.. to co się
                    wynosi z wizyty tam - spacerowanie wokół stołu, uciekanie wzrokiem od
                    spojrzenia rozmówcy i ciągłą niepewność..
    • agniicha Re: Walentynki 05.02.04, 14:25

      Nie lubie, jak ludzie raz w roku sobie przypominają, ze sie mają kochać...
      święta to takie przypominacze ... :))) i jeszcze, zeby to była naprawdę miłość
      w sercach to nie, to tylko czerwone ze wstydu słowa na karteczkach sprytnie
      marketigowo wylansowanych a fuuuuuuu......
      • miltonia Re: Walentynki 05.02.04, 23:06
        Eeee, wprawdzie swieto jest durnowate ale zeby tak od razu uderzac w wielkie
        dzwony.
        Brezly, a Baba Jaga na miotle to jak fruwala, he?
        • brezly Re: Walentynki 06.02.04, 07:41
          Jak mozna miec swoje serca w puszkach, to i czarownice moga latac. Poetycka
          przenosnia, nie ma sprawy. Ale krabow nie odpuszcze:-)

          Jeszcze o roli pior w lataniu:

          "Jednak nasz Orzeł Piastowski, orzeł na czapce żołnierza Dywizji
          Kościuszkowskiej, startujący spod Lenino do Berlina, pokryty stalowymi piórami
          Nowej Huty, urodzajem Puław, Kędzierzyna, nie tylko nie będzie tracił piór, a
          będzie porastał w nowe'.
          • edzioszka Re: Walentynki 06.02.04, 09:44
            sweiki! znalazłam art-tapetki do kompa, m.in z Salvadorem Dali <nie wiem jak
            się prawidłowo odmienia>, możecie luknąć i skorzystać, jeśli Was cuś
            zainteresuje, rzucam linkiem:

            jazz.wojtaszek.pl/arts2.html
            PS. u mnie się chorobcia strasznie wolno otwierają!
          • miltonia Re: Walentynki 06.02.04, 11:54
            Korone tylko stracil ten orzel o stalowych, zardzewialych piorach.

            Brezly, czy moze kiedys uczestniczyles w wieczorze poezji z czasow, kiedy byla
            ideologicznie sluszna, czyli socjalistyczna w tresci i narodowa w formie? Mnie
            sie zdarzylo na jakims studenckim obozie i wieczor ow byl niezapomniany, bo
            towarzystwo ze smiechu sie tarzalo, jak na zadnym kabarecie. Jeszcze kilku
            recytatorow wlozylo w swoj popis tyle uczucia i gestykulacji a propos, ze az
            szkoda, ze wowczas nie byly tak popularne kamery wideo.
            • brezly Re: Walentynki 06.02.04, 12:01
              A nie, bo ja okolo matury odnalazlem w szpargalach seniora garsc dziel z czasow
              socrealizmu i tylko to bylo w stanie mnie zachwycic. Taki hard-core. Wersja soft
              juz nie bawila. A to juz nie bylo tak calkiem idelogicznie slusznie. A liceum
              mialo patrona srednio zwiazanego z tyntryndami, wiec tez sie nei dalo. Ale na
              jakims studenckim wyjedzie, fakt, nauczylismy sie spiewac Miedzynarodowke po
              finsku. Duze wrazenie.
              • miltonia Re: Walentynki 06.02.04, 12:11
                Imaginuj sobie, ze mama moja wyrzucila czesc dziel z tych czasow. Niestety
                dowiedzialam sie o czystce czesciowo po fakcie i udalo mi sie jedynie uratowac
                slownik filozoficzny z tego okresu. Tyle, ze nie wiem, gdzie go przed
                wyrzuceniem schowalam. Smakowite kaski zawieral. Poezja z tego okresu wcale
                soft nie byla. Jeszcze wiekszy hard od np. takiego "16-nasty numer produkuje",
                ponoc o fabryce marmelady, (tak mi opowiadala rodzicielka, bo nie mialam
                szczescia czytac). Szczegolnie wiersze o Stalinie poruszajace serca i przepony
                byly.
                • brezly Re: Walentynki 06.02.04, 12:18
                  Aha, ksiazke czytalem, wzruszajaca byla. A poezja byla hardcorowa, masz racje.
                  Dziewczyne budujaca Zeran, co 'rece od cegiel czerwone wyciagala po socjalizm'
                  szzcegolnie pamietam.
                  • miltonia Re: Walentynki 06.02.04, 12:45
                    Szczegolna pozycje zajmuja poematy, tereny i panegiryki pisane po smierci
                    Stalina. Ach, ten szczery zal i dojmujaca rozpacz w owych dzielach zawarta. Po
                    latach niektorzy z producentow dziel owych usilowali sie na rozne sposoby
                    tlumaczyc z bledow mlodosci. Konwicki, ktory cos tam (wprawdzie niepoetyckiego)
                    popelnil, powiedzial, ze byl po prostu glupi i sam nie wie dlaczego to robil
                    (moze nie dokladnie tymi slowy ale w tym sensie).
    • edzioszka cosik mnie 06.02.04, 12:53
      przed Walentynkami na przyprawianie zup lubczykiem wzięło, tęskność jaka czy
      cuś? ;)

      www2.gazeta.pl/kobieta/1,26086,671669.html
      widzieliście antywalentynkową akcję: "pocałuj św. Walentego", a pod spodem
      odwrócone serce? można sobie zwizualizować ;)
      • kanuk Re: cosik mnie 06.02.04, 14:57
        w mojem ogrodku lubczyk sie rozplenil. nic dziwnego, ze mam troje dzieci :)
        • miltonia Re: cosik mnie 06.02.04, 15:08
          Kanuk, dzieci to nie od lubczyku a z kapusty przeciez.
          A tak w ogole, to obok bazylii i majeranku moje ulubione ziolo, co je pakuje do
          wielu potraw.
          • kanuk Re: cosik mnie 06.02.04, 15:29
            Ty lepiej wiesz. bociany w styczniu nie dowoza przeciez.
    • edzioszka Miłość 12.02.04, 09:01
      to radość z cudzego istnienia. Tu nie chodzi o jedność, lecz o coś przeciwnego:
      o głębokie uznanie inności. Nigdy nie zapanujemy nad drugim człowiekiem - nie
      wierzę w stopienie się w jedno. Natomiast wierzę w uznanie inności, zachwyt nad
      drugą istotą: dziękuję Ci, że jesteś inny. To jest najgłębsze w miłości.

      ("O człowieku", Barbara Skarga)
      • miltonia Re: Miłość 12.02.04, 09:13
        Ale patetycznie i to z samego ranca. Widac, ze wiosna sie szybkim krokiem
        zbliza.
        • edzioszka wiosna 12.02.04, 09:24
          cieplejszy wieje wiatr, znów nam ubyło lat! hyhy, jak narazie jest kilkanaście
          kresek poniżej zera ;)
          • kanuk Re: wiosna 12.02.04, 21:12
            milosc metalurgicznie: stopienie, wypalenie (wzbronione), wy-zsa-zsa-nie
            ujednoradniajace. no i napawanie :) , na smierc ksiezniczki zreszta...
            • miltonia Re: wiosna 12.02.04, 22:20
              Zespawanie raczej.
              • kanuk Re: wiosna 13.02.04, 05:24
                zdarza sie i podwodne. w odpowiedniej(dodam) atmosferze :)
                • edzioszka Re: wiosna 13.02.04, 09:19
                  załańcuszenie tyż być może - wersja psa ogrodnika ;)
    • edzioszka Erotyzowanie po staropolsku 24.02.04, 14:28
      Krol Sobieski mial trzy Czerkieski, czyli zagladamy do wnetrza szlacheckiej
      alkowy

      Dawna szlachta polska uznawala seks za jeden z niezbednych elementow ludzkiego
      zywota. Chociaz na kartach pamietnikow dyskretnie pomijano pewne szczegoly,
      milosc erotyczna nie byla bynajmniej sprawa wstydliwa...

      Wbrew powszechnemu mniemaniu Trylogia Henryka Sienkiewicza, z ktorej kart
      przecietny czytelnik zna zwykle swiat szlachty polskiej XVII wieku, nie odbiega
      zbytnio od rzeczywistosci historycznej. Sienkiewicz znal epoke, o ktorej pisal,
      tak dobrze, ze czesci wypowiedzi bohaterow zywcem przeniosl z XVII-wiecznych
      rekopisow i pamietnikow. Jednak wielki mistrz piora nie pokazal nam prawdy o
      tym, jak w tamtych wiekach wygladaly sprawy szlacheckiego erotyzmu. Jezeli
      chodzi o seks, w Trylogii wiecej jest XIX-wiecznego zaklamania i obludy niz
      prawdziwego XVII-wiecznego erotyzmu.
      Na szczegolna uwage zasluguja zwlaszcza pokazane we wspomnianym dziele postacie
      kobiet. Bohaterki Sienkiewicza to zwykle natchnione niewinnoscia dziewice,
      ktore do lozka klada sie dopiero po slubie, a i to wylacznie z dobrym,
      zamoznym, polskim szlachcicem, katolikiem, posiadajacym co najmniej piec wsi i
      trzy krolewszczyzny. Orgazm kobiety u Sienkiewicza jest bez wyjatku wzbroniony.
      Wspolzycie seksualne - oczywiscie w postaci gwaltu, podejmuja jedynie postacie
      negatywne - na przyklad Azja Tuhajbejowicz z Zosia Nowowiejska. Znakomitego
      cyklu powiesciowego nie ratuje nawet czarownica Horpyna, o ktorej wspomina sie,
      ze chciala zaciagnac do stodoly pacholka Rzedziana. A przeciez w XVII wieku nie
      tak bywalo.

      Czerkieski krola Jana

      Jakze zatem kochano sie przed trzystu laty w dawnej Rzeczpospolitej
      Szlacheckiej? Przegladajac pamietniki pisane przez wielkie i slawne osobistosci
      dawnej Polski, dostrzec mozna, ze sprawy dotyczace seksu sa w nich obludnie
      przemilczane. Nawet wielcy pamietnikarze, jak chocby Jerzy Ossolinski czy
      Albrycht Stanislaw Radziwill, dosc barwnie opisujacy bitwy, zajazdy, pojedynki
      czy biesiady, nabieraja nagle wody w usta, gdy trzeba pokazac wnetrze alkowy. I
      tak Jerzy Ossolinski, wspominajac o tym, ze Kazanowscy, bedacy przyjaciolmi
      Zygmunta III Wazy, przyprowadzali krolewiczowi Wladyslawowi dziewczyny do
      komnaty, natychmiast dodaje: "ale jam nie mial z takowa wszetecznoscia niczego
      wspolnego". Istnieje jednak pewna grupa pamietnikow, pisanych glownie przez
      osoby stanu wojskowego, w ktorych seks przedstawiony jest bez zbednej pruderii.
      Jest takze wiele frywolnych fraszek, wierszy i facecji, i innych zrodel,
      dotyczacych omawianego tematu. Zreszta samo zycie polskiej szlachty obfitowalo
      w rozliczne milostki. Malo kto wie, ze Jan Sobieski, pozniejszy krol
      Rzeczypospolitej, trzymal zawsze przy sobie caly harem dziewczat, zwanych
      Czerkieskami, ktory zdobyl w ktorejs z wojen przeciwko Turkom. Oddalil je od
      siebie dopiero wowczas, gdy poslubil swoja ukochana Marysienke.

      Sarmacka milosc

      Barokowa, a co za tym idzie sarmacka afirmacja zycia i wszystkich jego
      przyjemnosci, uznawala seks za jeden z niezbednych (koniecznych) elementow
      ludzkiego pobytu na ziemi. I nie byl on bynajmniej sprawa wstydliwa, o czym
      swiadcza liczne facecje, jak chocby ta oto:
      "Pewna pani na Kujawach pytala zolnierza, ktory byl wiezniem w Tatarach, co by
      uczynili Tatarowie z bialymi glowami i z pannami zabranymi na Ukrainie,
      poniewaz maja swoje zonki. Powiedzial, ze jako wiezniow obracaja do roboty, a
      co gladsze i mlode, tedy do wszetecznosci, tak ze musi i jedna, i druga umrzec
      w tym grzechu. Az ona uslyszawszy to, serdecznie westchnela, mowiac: «Panie
      Boze, jeslis mi naznaczyl meczenska korone, daj mi taka smiercia umrzec»".
      Seks uwazano przede wszystkim za przyjemnosc i dopelnienie milosci, jedna z
      radosci zycia. Aktywnosc w lozku sluzyc miala przede wszystkim osobom krzepkim,
      krwistym i poteznym, szkodzic zas slabeuszom i melancholikom. "Kto zas jest
      natury zimnej, suchej i slabej, taki niech da pokoj malzenstwu, aby sie w tym
      oboje nie zawiedli, bo takiemu pewnikiem lepiej sie u komina albo u pieca
      zagrzewac, anizeli u zony" - pisal Jakub Kazimierz Haur. Rozpustnikow
      rozpoznawano po wygladzie zewnetrznym. "Lubo na wzroscie uposledzony, ale
      mocny, krzepki, jurny przy tym, jako karlowie bywaja" - charakteryzowano w
      polowie XVII wieku Jana Sobiepana Zamoyskiego, znanego miedzy innymi z
      kart "Potopu".
      Stosunki seksualne uprawiano przede wszystkim w malzenstwie. Idealem bylo, aby
      panna mloda pozostawala dziewica az do pierwszej nocy poslubnej. Tak naprawde
      bywalo jednak roznie.
      "Pierwszej nocy poszedlszy pan mlody spac, nie zastawszy tak, jak sie
      spodziewal, siadl i zafrasowawszy sie, rzecze: «Spodziewalem sie, ze na prawice
      trafie». A ta go pac w pysk i mowi: «Albos to ty Syn Bozy, aby na prawicy
      siedziec?»".

      W Polsce nie bylo swietych dziewic

      W XVI i w pierwszej polowie XVII wieku religia i Kosciol nie mialy jeszcze
      takiego wplywu na zycie seksualne owczesnych ludzi, jaki probuja zdobyc
      dzisiaj. Wbrew powszechnemu mniemaniu na przyklad w XVI wieku swoboda seksualna
      miala przeciwnikow nie w kregach katolickiej kontrreformacji, lecz
      protestantyzmu. I tak przeciwko niej wystepowali i Mikolaj Rej, i Adam
      Gdacjusz - ostatni znany publicysta polskiego obozu reformacyjnego. Oczywiscie
      w drugiej polowie XVII wieku Kosciol katolicki takze przeszedl do ofensywy. W
      ostatecznym efekcie doprowadzilo to do pewnego rodzaju dwulicowosci posrod
      szlachty. Oficjalnie twierdzono, ze cielesnosc i pozadanie sa zlem i grzechem,
      nieoficjalnie zas, w domowym zaciszu, robiono wszystko po staremu. A o tym, ze
      napomnienia kaznodziejow i ksiezy trafialy w proznie, niechaj swiadczy fakt, ze
      w obyczajowosci szlacheckiej XVI-XVIII wieku nie zdobyly wcale uznania postacie
      kobiet broniacych jak lwice swojej cnoty. Nie mamy w tym okresie swietych
      dziewic i meczenniczek ginacych w obronie czystosci. A przeciez czeste najazdy
      Tatarow, wojny z Kozakami czy Moskwicinami, ktorzy byli dosyc chutliwi,
      stwarzaly ku temu wiele dogodnych okazji. Zreszta jezeli chodzi o kler, to ten
      takze czesto daleki byl od gloszonych przez siebie idealow.
      "Burzynski byl ksiedzem w majetnosci swej w Burzynie. Ten mial jako ksiadz
      kucharke sobie, z ktora mial dwu bekartow. Jak dorosli - wyprawil do wojska. Ci
      oba pozenili sie w Litwie. Udaja tam szlachte" - pisal podejrzliwy w tych
      sprawach Walerian Nekanda Trepka w "Liber chamorum".

      Wiek mezczyzny

      W zwiazkach erotycznych dominujace miejsce zajmowal mezczyzna. To on zdobywal
      kobiete, a potem oslanial ja i chronil, a takze w pewnym sensie dominowal nad
      nia jako partnerka seksualna. Jezeli mial kilkanascie kochanek, bylo to
      tolerowane przez panow braci. Jezeli jednak kobieta utrzymywala kontakty z
      wieloma mezczyznami, spotykala sie z negatywnym stosunkiem calego otoczenia. Z
      drugiej jednak strony uznawano w seksie prawo kobiety do przyjemnosci.
      Niewiasty epoki baroku nie byly w trakcie aktu tylko i wylacznie biernymi
      obiektami meskich uniesien. Seks byl udany tylko wtedy, gdy obydwoje - kobieta
      i mezczyzna - osiagali w nim zaspokojenie.
      W kulturze polskiego sarmatyzmu, podobnie jak na Zachodzie, istniala takze
      zdrada i swobodne kontakty seksualne. Za cudzolostwo nie karano.

      Zdrada malzenska

      Zyjacy w XVI wieku prawnik Stanislaw Groicki ubolewal, ze niegdys za lamanie
      szostego przykazania karano smiercia, "a teraz nikogo za to nie kaza". Podobnie
      postepowano w przypadku stosunkow przedmalzenskich. W XVI-XVIII-wiecznej Polsce
      nie pietnowano i nie skazywano nierzadnic (chyba ze za pospolite przestepstwa).
      W okresie polskiego sarmatyzmu najczesciej zdradzali mezczyzni. Kobiety
      grzeszyly znacznie rzadziej - zapewne obawiajac sie nastepstw, chocby
      niechcianej ciazy. Wszak efektem ich zdrady bywaly czesto komplikacje zycia
      rodzinnego, ktore nie omijaly nawet wy
      • edzioszka Re: Erotyzowanie po staropolsku cd. 24.02.04, 14:32
        soko urodzonych. Oto co pisze Walerian Nekanda Trepka o Mikolaju Ligezie,
        kasztelanie czechowskim:
        "Mikolaj Ligeza, syn Elzbiety Jordanowny wydziedziczyc ja chcial z tego, co jej
        maz zostawil. Ta matka jego - Jordanowna - wskazala na niego Anno 1606, juz
        bedac stara, przy kupie ludzi zacnych w glos skazywala, mowiac: «Niech mi ten
        Ligeza da pokoj i niech mnie szanuje, bo jako ja powiem prawde, ze on nie syn
        Ligezin i z kim ja go miala, tedy on i z tego, co po Ligezie wzial, wypadlby
        pewnie i zywych jeszcze mam swiadkow, tak jest i ojciec jego zyw jeszcze i ten
        powiedzialby tez istotnie». Dal jej tedy pokoj Mikolaj az do smierci".
        W przypadku przylapania zdradzajacych na goracym uczynku starano sie zalatwic
        cala rzecz we wlasnym gronie, nie odwolujac sie do wymiaru sprawiedliwosci.
        Jezeli zdradzala kobieta, jej mezczyzna staral rozprawic sie z rywalem po
        mesku. Nigdy nie dochodzilo do wymierzania kary smierci, co jednak pozytywnie
        wyroznialo nasz kraj sposrod innych panstw Europy. Sarmata nie strzelal do
        przeciwnika, nie zabijal, poprzestajac na ocwiczeniu go batogiem czy
        osmieszeniu w oczach sasiadow. Jan Chryzostom Pasek pisze, jak jeden z
        zamoznych szlachcicow wolynskich schwytal na amorach ze swoja zona Iwana
        Mazepe, pozniejszego hetmana zaporoskiego. Falbowski - ow szlachcic, nie zabil
        Mazepy, poprzestajac na przywiazaniu go nagiego do konskiego grzbietu. "Rece na
        opak zwiazano, nogi pod brzuch koniowi podwiazano, poteznie bachmata dosyc z
        przyrodzenia bystrego zhukano, kanczugami osieczono. Tedy jak szalony skoczyl
        bahmat ku domowi. A wszystko tam bylo gestymi chrustami jechac (...) A tu
        nagiemu, tylem do glowy siedzacemu na tak bystrym i zhukanym koniu co sie tam
        dostalo specjalow, snadno zauwazyc" - podaje Pasek. Znamienne jest, ze Mazepa
        osmieszony owa niefortunna przygoda zbiegl na Zaporoze, nie mogac widac pokazac
        sie sasiadom na oczy. Podobny los spotkal zone Falbowskiego - maz pobil ja i
        poranil ostrogami uwiazanymi do kolan.

        Urok polskich niewiast

        Polskie kobiety mialy na swiecie opinie obdarzonych niezwykla uroda.
        Powszechnie ceniono ich piekno, wdziek i blyskotliwosc, czemu dali wyraz w
        swoich pamietnikach liczni cudzoziemcy odwiedzajacy nasz kraj. O samym ideale
        kobiety polskiego baroku pisano bardzo roznie. O ile na Zachodzie ceniono
        bujne, obfite ksztalty, o tyle w Rzeczypospolitej nie bylo w zasadzie jednego
        spojnego wzorca niewiasty. Ogolnie rzecz biorac, kobieta polska miala byc
        niezbyt gruba, ale i nie koscista, wesola, troche swawolna, o bardzo szczuplej
        talii i szerokich biodrach. Wymagano tez od kobiety gladkiej bialej cery, z
        lekko rozowawym odcieniem na policzkach. Poniewaz ceniono naturalny kolor
        skory, kobiety polskie rzadko sie malowaly. Nie inaczej bylo z idealem
        mezczyzny. Ten z kolei mial byc smagly, dobrze zbudowany, silny i odwazny -
        slowem wzor najlepszych szlacheckich cnot obroncy Rzeczypospolitej. Starszy -
        dobrze jesli byl otyly, to stanowilo zawsze synonim zamoznosci. Niezaleznie zas
        od wieku, uwazano, ze powinien jednak miec cos miedzy nogami. Czasami nawet az
        do przesady.

        Nie to chlop dobry
        Co sie drugiego nie boi
        Lecz ten, co z k...
        A k... mu stoi

        - pisze z rozbrajajaca szczeroscia Daniel Naborowski.

        Jak Moskwicin bijal zone

        Dawni Sarmaci bardzo szanowali kobiety. W malzenstwach niezwykle rzadko
        dochodzilo do bicia zon, inaczej zreszta niz u naszych wschodnich sasiadow. W
        Wielkim Ksiestwie Moskiewskim bowiem bicie zony uznawano za rzecz calkowicie
        naturalna, pozyteczna i wrecz konieczna dla utrwalania zwiazku. Dobrze tlumaczy
        to stare rosyjskie przyslowie: "Kochaj zonke jak dusze, a trzes jak grusze". W
        XVI wieku ukazal sie "Domostroj" - jedyna w swoim rodzaju moskiewska ksiega
        porad domowych. Bylo tam wszystko. Jak kisic ogorki, jak robic gorzalke, jak
        isc na wojne i oczywiscie nie moglo zabraknac przepisu, jak bic zone. "Jak
        zonka krnabrna, upomnien nie slyszna, trzeba zonke bic, a tego. Tyle, ze nie
        kijem, a kanczugiem i nie przez zywot, nie przez piers, boby poronila, a i nie
        po oczach, ni po uszach, bo co mezowi po slepej, po gluchej. Bic trzeba bez
        gniewu, po bozemu karac, wlasnej, mezowskiej reki nie szczedzac"...

        Staropolski jezyk erotyczny

        W epoce baroku istnial w Polsce takze pewien rodzaj milosnego jezyka
        literackiego. I tak narzady plciowe kobiet przyrownywano do gaiczka,
        studzienki, futerka, laczki czy zrodelka, ktore pasly czy poily nalezacego do
        mezczyzny konika. Piersi przyrownywano do jablek, okreslano mianem drazniaczek,
        tytuszek lub wzgorkow. To, co ma mezczyzna miedzy nogami, okreslano z kolei
        jako kopie, miecze, tyczki, zurawie i wreszcie konie. Sam seks przyrownywano
        do "zanurzania zurawia w studni" czy "picia ze zrodelka". Takim wlasnie
        jezykiem pisano wiekszosc staropolskich listow milosnych, poczawszy od listow
        prostego szlachcica, a skonczywszy na pismach Sobieskiego do Marysienki.

        Nauki Kalmuka Astrakana

        Jezeli chodzi o sam przebieg aktu, to mamy na ten temat stosunkowo najmniej
        informacji. Najczesciej uprawiano seks lezac, w pozycji znanej dzis
        jako "klasyczna". Rzadziej (osobliwie wsrod zolnierzy) robiono to w pozycji "na
        jezdzca". Inaczej bylo zapewne we dworach magnackich - tam sposobow znano
        znacznie wiecej. Wiekszosc z milosnych sztuk najprawdopodobniej przyszla do nas
        ze Wschodu. Sarmatyzm kochal sie w orientalnych strojach, broni i rzedach
        konskich, a zatem mogly przyjsc stamtad takze nowe techniki wspolzycia
        seksualnego. Jan III Sobieski w jednym z listow do Marysienki pisze, ze w roku
        1683 pod Wiedniem wzial do niewoli Kalmuka Astrakana, ktory: "...przeszedl
        hultaj wszystkich w amorowych sztukach, i Francuzow, i Wlochow, i Hiszpanow, i
        Turkow. Powiada, ze uczynic umie te rzecz we dwunastu postaw roznych, czego sie
        u Kalmukow uczyl. Pokazywal kilka i sa wcale udane".
        Nie wiadomo wlasciwie, jak czesto kochano sie w czasach baroku. Zapewnie
        najrzadziej raz w tygodniu. Wydaje sie, ze jezeli chodzi o czestotliwosc,
        czlowiek polskiego baroku mial w tym wzgledzie daleko wieksze mozliwosci niz
        wspolczesny, a to z powodu uzywania afrodyzjakow. Bylo ich bardzo wiele.
        Znaczna ich czesc przyrzadzana byla domowymi sposobami. I tak potencje
        wzmacniac mialo spozywanie jader zwierzat domowych, obdarzonych duza
        plodnoscia: byka, krolika czy ogiera. Jadano takze jaja niektorych ptakow, na
        przyklad golebi. Wierzono, ze podniecajaco dzialaja rowniez niektore przyprawy -
        pieprz, szafran, a takze napoje, sposrod ktorych wymienic nalezy przede
        wszystkim wino. Potencje wzmacnialy warzywa - cebula, rzodkiew, a przede
        wszystkim rzepa.

        (Jacek L. Komuda)
        • miltonia Re: Erotyzowanie po staropolsku cd. 24.02.04, 16:17
          Eda, moglabys strescic w najwyzej 5 zdaniach?
    • edzioszka żeby my tak 14.02.05, 08:57
      przez ten rok nos w nos, ręka w rękę, klawisz
      w klawisz, etc ;)

      PS. aha, jeszcze serce (ktoś kiedyś wyciął na
      ławce podobne, podpisał: "głupiej Elce") oraz ptaszek (towarzysz igraszek)..
      tylko bez skojarzeń, bo się jeszcze rozmarzę (albo co) ;)
      • kanuk Re: żeby my tak 14.02.05, 17:03
        milosci i radosci !

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka