jan_kies_z_niuworka
07.06.11, 20:19
A było to wiela roków temu, jeszcze za Komuny, za moich studenckich czasów. To tak koło połowy lat siedemdziesiątych było. Natenczas z matulą i moim starszym bratem Włodkiem żeśmy pod Krakowem, od strony Bronowic mieszkali. Ón to nawet profesorem fizyki na UJ-ocie z czasem zostoł (mój brat, Włodek) a ja ino AGH skończyłem, alem przecież inżynier, więc też żem sroce spod łogona nie wyskoczył.
Jakoś tak koniec czerwca to był, bo i sesja egzaminacyjna zbliżoła się do końca, jakeśmy musieli na egzaminy jechoć. Matula nom cały garczek grochówki z boczkiem uwarzyła i podjedliśmy oba dobrze nim żeśmy do Krakowa pojechali, bo te egzaminy o drugiej żeśmy jednego dnia mieli. U mnie wcześniej się to skończyło, więc poszedłem na Reymonta, zaczekać na Włodka. Godzinę żem jeszcze czekoł, a upał się coraz straszliwszy robił. Na koniec zeszedł Włodek, cały upocony, ale szczęśliwy, bo piątkę dostał. Pić nam się obu chciało, kiej jakowymś wawelskim smokom, toteż aż nam lica pokraśniały na widok butli z ciekłym helem zostawionej nieopodal przez jakiegoś asystenta.
Zerknęliśmu ino na siebie bez słowa i dawaj, za tę butlę! Wynieśliśmy ją na pole, w krzakach żeśmy siedli i pić poczęli. Dobry ten hel był, taki zimny i orzeźwiający, więc trochę to trwało nimeśmy pragnienie ugasili. Po czym resztki napitku zostawiliśmy w krzakach a sami do domu żeśmy postanowili już wrócić. W domu przez pierwszą godzinę to nam nic nie było, ale pod koniec drugiej już było słychać, że nam w brzuchach coś bulgocze. Zrozumieliśmy, że to niedobrze grochówkę ciekłym helem popijać. Po czym obaśmy takie bąki puszczoć zaczęli, że się aż z chałupy na kształt mgły coś dymiło. Matka wpadła do chałupy przerażona (cosik w obejściu robiła), że się pali, a to ino nam się z tyłków cięgiem kurzyło. No to wyszliśmy na pole liście łopianu zbierać, bośmy rozumieli, że to dopiero początek.
Nawet nie to było najgorsze, że się dymiło, ale ten dym szybko się zaczął rozprzestrzeniać i samoloty w Balicach lądować nie mogły. Całą noc i dzień to trwało, bo mgła rosła i rosła, a Kraków w kotlince leży, aż w końcu smogiem miasto się pokryło. Mieliśmy nadzieję, że na tym się skończy i że może te liście niepotrzebne będą, ale kolejnej nocy dopadło nas nowe cierpienie – oba do wychodka musieliśmy pędzić na wyścigi, a bryły helu, skondensowanego na ziarnach grochu, sypały się nam z tyłków do samego rana. Później żeśmy się dowiedzieli, że ten grad helowy aż nad Kraków poszedł i tylko w samym rynku co najmniej 500 gołębi wybiło, nie mówiąc już o wróblach i o kawkach. Ale żeśmy nigdy pary z pyska nie puścili, że to nasza robota, te anomalije pogodowe i mądre głowy do dzisiaj nie potrafią tego wytłumaczyć.