Dodaj do ulubionych

Mućko Muzykant

28.06.04, 14:28
Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami, w pewnej wiosce nie
odznaczającej się niczym szczególnym i nigdy nie wybijającej się ponad
sąsiednie osady, wiódł sobie spokojne a szczęśliwe życie pewien ubogi rolnik.
Oprócz nędznej, niemal rozsypanej chaty, jaką posiadał, jego jedynym
majątkiem była stara, łaciata krowa, z którą łączyły go więzy przyjaźni,
słodki owoc ich długoletniej znajomości. Nie miał stary ten człek żadnej
rodziny ni znajomych pośród ludzi, a jedynie poczciwą jałówkę karmił i
dzielił się nią każdym uśmiechem i łzą swoją.

Dni niezwykłe, które mają być świadkami cudownych zdarzeń i nigdy nie zginąć
z pamięci narodów, powinny również zaczynać się wyjątkowo. Jednak poranek,
będący zarodkiem opowieści poniższej, a godny uwiecznienia go w brązach i
marmurach, rozpoczął się zwyczajnie, a w prozie jego banalności nie wyczuwało
się niesamowitości rzeczy przyszłych. Otóż na miejscu tajemniczego,
srebrzystego księżyca królowało już słońce odziane w purpurę świtu, gdy w
oborze wspomnianego wyżej rolnika wszczął się nietypowy ruch, rzadko
goszczący w jego skromnych progach, gdzie zrezygnowany czas zdawał się prawie
nie zaglądać. Stara jałówka, mimo bardzo zaawansowanego wieku, zdecydowała
się pozostawić na tej ziemi potomka, jej szlachetność i pracowitość mogącego
przekazać przyszłym pokoleniom i właśnie oczy jej dziecięcia w owym momencie
po raz pierwszy ujrzeć miały sposobność piękno rzeczywistości, z jaką
przyjdzie mu się w przyszłości zmagać. Nikt nie spodziewał się, iż obora ta
była świadkiem narodzin największego talentu, zaszczycającego kiedykolwiek
swą obecnością naszą planetę.

Czas – nieubłagany prześladowca wszelkiego istnienia, a zarazem sprawca
wszelkiej egzystencji, pieczołowicie pielęgnował ów skarb, który dorastał w
zdrowiu i pełni sił w oborze samotnego starca. Gdy cielak nabrał już postury
i mądrości statecznego byka, nadeszła chwila, by zasadnym było ukazanie
światu jego niebywałego talentu. Pewnego letniego wieczoru, upojony jego
orzeźwiającym chłodem, wymknął się więc młody byczek po kryjomu i ruszył
wprost przed siebie. Traf chciał, iż natychmiast natrafił on jedno z
bogatszych gospodarstw w całej okolicy i zobaczył tam jego właściciela,
spędzającego do obory swe bydło. Ujrzawszy wśród jego krów jedną szczególnej
piękności, zakochał się w niej. Odprowadził ją wzrokiem do obory, po czym,
stęskniony, spragniony widoku ukochanej, począł nawoływać ją rozpaczliwą
pieśnią. Miłość przepełniająca go, głęboka jak ocean, szeroka jak horyzont i
bez końca niczym tęcza, dała mu natchnienie, w połączeniu z jego
predyspozycjami, źródłem najdalej posuniętej w swej doskonałości sztuki
będące. Pod oknem bogatego gospodarza rozbrzmiewało zatem na przemian słodkie
i melodyjne „muuuuuuuuuuuu”, nieszczęśliwe i nasycone niewysłowionym
lamentem „muuuuuuuuuuuuuuuu”, jak też czyste i dźwięczne tony nasączonego
patosem „muuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu”. Nieprzebranej cudowności pieśni młodego
byka nie dostrzegło jednak niemuzykalne ucho gospodarza, niegodne, by jego
właściciela ziemia nosiła, gdyż nieczuły ten człowiek nie pozwolił dokończyć
bykowi miłosnej serenady i wybiegł na zewnątrz. Mućko Muzykant – takie bowiem
imię nosił najwybitniejszy i, jak się zaraz dowiemy, najboleśniej
niedoceniony z artystów – został zmuszony do ucieczki.
Niewdzięczny gospodarz wybiegł z chaty i zaciekle gonił byka,
krzycząc: „trzymaj się z dala od mego domu, a jeśli jeszcze raz będziesz
hałasować pod mymi oknami, zaiste, nie byłbym sobą, gdyby gniew mój nie
wycisnął na twej skórze krwawego piętna!”. Takimi i podobnymi obelgami
obrzucał człowiek ów nieoświecony największego z mistrzów muzyki, jacy
istnieli, zaś Mućko umykał, co sił w kopytach. Los powinien dbać o
nielicznych prawdziwych artystów, ponieważ tak rzadko się oni rodzą, lecz cóż
poradzić można na jego okrutne wyroki? Stało się bowiem największe
nieszczęście wszechczasów, do tej pory opłakiwane przez nielicznych
wtajemniczonych, znających koleje życia Mućki Muzykanta. Oto na drodze jego
ucieczki pojawiła się przepaść głęboka, najeżona ostrymi skałami, a jak każda
z osobna stanowiła śmiertelne zagrożenie, cóż dopiero sądzić o połączeniu sił
ich mnogiej ilości. Byk jako zwierzę nie widzące dobrze w ciemności, nie
zauważył niebezpieczeństwa i runął w nie w chwili, gdy myślał, iż pogoń ma
daleko za sobą i nie obawiał się zagrożenia nijakiego.

W taki to niegodny sposób zginął największy z artystów, jego zaś szczątki
rozwiał wiatr na cztery strony świata, jako znak ludzkiej ślepoty i
niewdzięczności. Nie było drzewiej ani w niezbadanej przyszłości ukrytej za
woalem tajemniczości nie będzie wybitniejszego śpiewaka nad Mućkę Muzykanta.
Obserwuj wątek
    • neochuan niechaj to będzie wątek muuuzyczny... 13.09.04, 14:43
      w
      muuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
      uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
      uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
      uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
      uuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
      (k)rowanej piwnicy...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka