Dodaj do ulubionych

"Akwarium"

03.05.14, 08:51
Wiktor Suworow
Akwarium
Tłumaczył Andrzej Mietkowski
Prolog
Mamy bardzo prostą zasadę: rubel za wejście, dwa za wyjście. To znaczy, że wstąpić do organizacji jest trudno, ale jeszcze trudniej ją opuścić. Teoretycznie dla wszys­tkich jej członków przewidziano tylko jedno wyjście: przez komin. Dla jednych z najwyższymi honorami, dla innych hańbiące, ale komin jest jeden. Tylko przez ten komin odchodzimy z organizacji. Oto on...
- Siwy wska­zuje mi ogromne, na całą ścianę, okno: - Podziwiaj.
Z wysokości dziewiątego piętra rozpościera się przed moimi oczami panorama ogromnego, bezkresnego lotni­ska, na pustkowiu, sięgającym horyzontu. W dole pro­sto pod nogami - labirynt wysypanych piaskiem dróżek wijących się pomiędzy sprężystymi ścianami krzaków. Potężny, betonowy mur najeżony gęstą siecią drutu kol­czastego, rozpiętego na białych izolatorach, oddziela zie­leń parku od spalonej trawy lotniska.
- Oto on... - Siwy pokazuje niewysoki, może dziesię­ciometrowy, gruby, kwadratowy komin wyrastający nad płaskim smołowanym dachem. Czarny dach unosi się nad zielonymi falami bzów, jak trawa na oceanie, albo jak staroświecki parowiec, o niskiej burcie, z pokracznym ko­minem. Z komina wypływa lekki, przejrzysty dymek.
Obserwuj wątek
    • tadeusz_ski.51 Re: "Akwarium" 03.05.14, 08:52
      - Czy ktoś właśnie opuszcza organizację?
      - Nie - śmieje się Siwy.
      - Komin to nie tylko nasze wyjście, to również źródło naszej energii, a przy okazji powiernik naszych najtajniejszych sekretów. W tej chwi­li palą po prostu tajne dokumenty. Wiesz, lepiej spalić, niż przechowywać. To pewniejsze. Kiedy ktoś opuszcza organizację, dym jest zupełnie inny: gęsty, tłusty. Jeżeli wstąpisz do organizacji, też pewnego dnia wylecisz do nieba przez ten komin. Ale to nie teraz. Teraz organizacja daje ci ostatnią możliwość wycofania się, ostatnią szansę przemyślenia twojego wyboru. A żebyś miał się nad czym zastanawiać, pokażę ci pewien film. Siadaj.
      Siwy przyciska guzik na pulpicie i sadowi się w sąsied­nim fotelu. Ciężkie brunatne kotary lekko poskrzypując zasłaniają olbrzymie okna i z miejsca na ekranie, bez ja­kichkolwiek napisów czy wstępów, pojawia się obraz. Film czarno-biały, kopia stara, mocno podniszczona. Dźwięku nie ma i tym wyrazistszy jest terkot aparatu projekcyjnego.
      Na ekranie - wysoki mroczny pokój bez okien. Coś w rodzaju hali fabrycznej czy kotłowni. Na zbliżeniu — piec z żelaznymi drzwiczkami przypominającymi bramę malutkiej twierdzy, oraz prowadnica kierunkowa: dwie szyny znikające w piecu, jak tory kolejowe w tunelu. Obok pieca - ludzie w szarych fartuchach. Palacze. Po­jawia się trumna. Ot co!... Krematorium!
      • tadeusz_ski.51 Re: "Akwarium" 03.05.14, 08:54
        Pewnie to, które widziałem przed chwilą za oknem. Ludzie w fartu­chach unoszą trumnę i ustawiają na szynach. Drzwicz­ki płynnie rozsunęły się na boki, ktoś popchnął trumnę, która uniosła swego nieznanego lokatora w ryczące pło­mienie. A oto najazd kamery na twarz żywego człowie­ka. Twarz zlana potem. Gorąco przy piecu. Twarz fil­mowana jest ze wszystkich stron i w długich ujęciach. Trwa to wieczność. Wreszcie kamera oddala się, ukazu­jąc całą postać. Człowiek nie nosi fartucha. Jest ubrany w drogi czarny garnitur, co prawda straszliwie wymięty. Krawat na szyi skręcony jak sznur. Przywiązano go sta­lową linką do noszy, które oparto o ścianę, na tylnych uchwytach, tak, aby mógł widzieć wlot pieca.
        Wszyscy palacze raptem odwrócili się do przywiąza­nego. To powszechne zainteresowanie najwyraźniej mu nie w smak. Krzyczy. Straszliwie krzyczy. Nie słychać dźwięku, ale wiem, że od takiego krzyku szyby dzwonią w oknach. Czterej palacze troskliwie opuszczają nosze na podłogę, po czym zgodnie dźwigają w górę. Przywią­zany dokonuje nadludzkiego wysiłku, aby im przeszko­dzić. Tytanicznie napięta twarz. Żyła na czole nabrzmiała tak, że gotowa pęknąć. Ale próba ugryzienia palacza w rękę nie powiodła się. Zęby przywiązanego wpijają się w jego własną wargę - i czarny strumyk krwi spływa po brodzie. Ostre ma zęby, nie ma co. Skrępowany jest mocno, ale wije się, jak pojmana jaszczurka. Głowa ule­gając zwierzęcemu instynktowi wali rytmicznymi ude­rzeniami w drewniany uchwyt. Przywiązany walczy nie o życie, lecz o lekką śmierć. Jego rachuby są oczywiste: rozhuśtać nosze i wraz z nimi runąć z szyn na cemento­wą posadzkę. To będzie właśnie lekka śmierć, a przynaj­mniej utrata świadomości.
        W nieświadomości nawet do pieca nie strach... Ale palacze znają swój fach. Po prostu przytrzymują nosze za uchwyty, nie pozwalając im się rozhuśtać. A do ich rąk przywiązany nie jest w stanie sięgnąć zębami, choćby nawet kark sobie skręcił.
        Powiadają, że w ostatnim mgnieniu życia człowiek mo­że dokonać cudów. Instynktownie wszystkie jego mięś­nie, cała jego świadomość i wola, całe pragnienie życia raptem koncentrują się w jednym krótkim szarpnięciu... I człowiek się szarpnął! Szarpnął się całym ciałem. Szar­pnął się tak, jak wyrywa się lis z potrzasku, przegryzając i wyrywając własną skrwawioną łapę. Szarpnął się tak, że zadrżały metalowe szyny. Szarpnął się, łamiąc własne kości, rwąc żyły i mięśnie. Szarpnął się...
        Ale stalowa linka nie puściła. I oto nosze płynnie ru­szyły w stronę pieca. Drzwiczki wiodące do paleniska rozsunęły się na boki, rzucając na podeszwy dawno nieczyszczonych lakierków snop białego światła. Oto stopy zbliżają się do ognia. Człowiek stara się zgiąć nogi, podkurczyć kolana, zwiększyć odstęp między stopami i szalejącymi płomieniami. Jego wysiłki spełzają na ni­czym. Operator pokazuje palce na zbliżeniu. Drut wpił się w nie głęboko. Ale koniuszki palców nie są skrępo­wane. I tymi koniuszkami człowiek usiłuje zahamować ruch noszy. Czubki palców są rozczapierzone i napięte.
        Gdyby na cokolwiek natrafiły na swej drodze, człowiek niewątpliwie zdołałby się zatrzymać. I raptem nosze nie­ruchomieją przed samym otworem.
        • tadeusz_ski.51 Re: "Akwarium" 03.05.14, 08:57
          Nowa postać, ubrana jak wszyscy palacze w szary far­tuch, daje im znak ręką. Na to skinienie palacze zdejmu­ją nosze z szyn, po czym ponownie stawiająje na tylnych uchwytach przy ścianie. Co się stało? Dlaczego zwleka­ją? Ach, wszystko jasne. Do sali krematorium na niskim wózku wtacza się jeszcze jedna trumna! Wieko już do­kręcone. Cóż za przepych! Jaka elegancja. Trumna oz­dobiona frędzelkami i lamówkami. Wszyscy z drogi, je­dzie honorowa trumna! Palacze ustawiają ją na prowad­nicy - i już ruszyła w ostatnią podróż. Teraz przyjdzie niezmiernie długo czekać, nim spłonie. Trzeba czekać, czekać. Dużo, dużo cierpliwości trzeba...
          A oto nareszcie i kolej na przywiązanego. Nosze po­nownie na prowadnicy. I znowu słyszę ten bezdźwięczny krzyk, który mógłby zrywać drzwi z zawiasów. Z nadzie­ją wpatruję się w twarz przywiązanego. Staram się do­strzec oznaki szaleństwa. Szaleńcom łatwo jest na tym świecie. Ale nie dostrzegam takich objawów w przystoj­nej, męskiej twarzy, nie skażonej piętnem obłędu. Po prostu człowiek nie chce iść do pieca i stara się w jakiś sposób dać temu wyraz. A jakże wyrazić to, jak nie krzykiem? No więc krzyczy. Na szczęście ów wrzask nie został uwieczniony. O, już lakierowane buty znalazły się w ogniu. Poszły, niech to wszyscy diabli.
          Ogień huczy. Pewnie tłoczą tlen. Dwaj pierwsi palacze odskakują, dwaj ostatni popychają nosze w głąb. Drzwi­czki paleniska zamykają się, ucicha terkot aparatu pro­jekcyjnego.
          - On... Kto to?... - Sam nie wiem, po co zadaję to pytanie.
          - On? Pułkownik. Były pułkownik. Był w naszej orga­nizacji. Na wysokich szczeblach. Oszukiwał organizację. Za to został z niej usunięty. I odszedł. Taką mamy zasa­dę.
          Nikogo na siłę nie wciągamy. Nie chcesz, powiedz „nie". Ale jeżeli powiesz „tak", to należysz do organizacji bez reszty. Razem z butami i krawatem. No więc?... Da­ję ci ostatnią szansę. Na rozmyślania minuta.
          - Nie potrzebuję minuty na zastanowienie.
          - Taki regulamin. Nawet jeżeli nie potrzebujesz tej minuty, organizacja ma obowiązek ci ją dać. Posiedź i pomilcz. - Siwy strzelił wyłącznikiem i długa cienka wskazówka dobitnie, miarowo ruszyła w koło jarzącego się cyferblatu. A ja znowu miałem przed oczami twarz pułkownika, w tym ostatnim momencie, gdy jego nogi pożerał już płomień, ale głowa nadal żyła, jeszcze krew pulsowała, a z oczu bił rozsądek, śmiertelny smutek, straszliwe męczarnie i niepohamowane pragnienie, by żyć. Jeżeli przyjmą mnie do tej organizacji, będę służyć jej duszą i ciałem. Jest to poważna i potężna organiza­cja. Podoba mi się taki porządek. Ale jedno widzę choler­nie jasno: jeśli przyjdzie mi wyfrunąć przez ten przysa­dzisty, kwadratowy komin, to z pewnością nie w trumnie z frędzelkami i falbankami. Mam zgoła inną naturę. Nie z tych jestem, co to z falbankami... Nie z tych.
          - Minuta minęła. Czy potrzebujesz jeszcze czas do namysłu?
          - Nie.
          - Jeszcze jedną minutę?...
          - Nie.
          - No cóż, kapitanie. W takim razie przypadł mi jako pierwszemu zaszczyt pogratulować ci przystąpienia do na­szego tajnego bractwa, którego nazwa brzmi Główny Za­rząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego, w skrócie GRU.
          • tadeusz_ski.51 Re: "Akwarium" 03.05.14, 08:57
            Czeka cię spotkanie z zastępcą naczelnika GRU, generałem-pułkownikiem Mieszczeriakowem i wizyta w Komite­cie Centralnym u generała-pułkownika Łemzenki. Myślę, że przypadniesz im do gustu. Tylko nie próbuj przypad­kiem grać mądrali. Lepiej zapytaj, jeśli czegoś nie wiesz, zamiast głupio milczeć. W trakcie naszych egzaminów i testów psychologicznych pokażą ci niejedno, co samo nasuwa pytanie. Nie masz się co męczyć, pytaj. Zachowuj się tak, jak zachowywałeś się dziś, wtedy wszystko będzie dobrze. Życzę powodzenia, kapitanie.
            • tadeusz_ski.51 Re: "Akwarium" 03.05.14, 16:20
              Rozdział I

              Gdyby przyszła wam ochota pracować w KGB, udajcie się do byle jakiego powiatowego miasteczka. Na placu cen­tralnym króluje niezawodnie posąg Lenina, a za nim obo­wiązkowo potężne gmaszysko z kolumnami; obwodowy komitet partii. Gdzieś pod bokiem również obwodowy ko­mitet KGB. Wystarczy na tym samym placu zapytać jakie­gokolwiek przechodnia, każdy wskaże drogę: o, tamten budynek, szary, ponury, tak, tak, właśnie ten, na który wskazuje Lenin swą betonową ręką. Ale też wcale nieko­niecznie musicie udać się do komitetu powiatowego, wy­starczy zwrócić się do osobowo otdieła, komórki bezpie­czeństwa w zakładzie pracy. Tutaj również każdy przyjdzie wam chętnie z pomocą: korytarzem prosto, drzwi po pra­wej, obite czarną skórą. Istnieje jeszcze prostszy sposób zatrudnienia się w KGB. Należy zwrócić się do byle jakiego bezpieczniaka. Znajdziecie go na każdej zabitej deskami stacji kolejowej, w każdej fabryce, nierzadko na każdym fabrycznym wydziale. Jest w każdym pułku, instytucie, więzieniu, w każdej komórce partyjnej, w biurze projekto­wym, nie mówiąc już o komsomole, związkach zawodo­wych, organizacjach społecznych i stowarzyszeniach. Wy­starczy podejść i zwyczajnie wyznać: chcę do KGB! Czy przyjmą, czy nie - to już inna sprawa (pewnie, że przyjmą!), ale droga do KGB dla wszystkich stoi otworem.
              Natomiast do GRU nie można się tak łatwo dostać. Do kogo się zwrócić? Kogo prosić o radę? Do jakich drzwi stukać? Może warto zasięgnąć języka na milicji? Ale milicjant też wzruszy tylko ramionami: taka organizacja nie istnieje.
              Gruzińska milicja wydaje tablice rejestracyjne z literami „GRU", nie podejrzewając, że mogą one mieć jakiś ukryty sens. I oto pędzi sobie taki samochód przez kraj — nikt nawet za nim się nie obejrzy. Normalnemu człowiekowi, jak zresztą całej radzieckiej milicji, owe litery niczego nie sugerują, nie budzą żadnych skojarzeń. Uczciwi obywate­le ani milicja nigdy o czymś podobnym nie słyszeli.
              KGB liczy miliony ochotników, w GRU jest to nie do pomyślenia. Na tym polega zasadnicza różnica. GRU jest organizacją tajną. Nikt o niej nie wie, nie pragnie więc do niej wstąpić z własnej inicjatywy. Ale załóżmy, że znalazł się ochotnik, który sobie tylko znanym sposobem znalazł owe drzwi, do których należy zastukać: przyjmijcie mnie, mówi. Przyjmą? Nie, nie przyjmą. Ochotnicy wcale nie są mile widziani. Ochotnik zostanie niezwłocznie aresztowa­ny, po czym czeka go długie, ostre śledztwo. Wiele padnie pytań. - Gdzieś te trzy litery usłyszał? W jaki sposób zdo­łałeś nas odnaleźć? Ale przede wszystkim, kto ci w tym pomógł? Kto? Kto? Kto? Mów, gnoju! - Chłopcy z GRU potrafią wydobyć właściwe odpowiedzi. Z każdego wyrwą zeznania. Ręczę za to. GRU, oczywiście, odnajdzie tego, kto pomógł ochotnikowi. I znów śledztwo od początku: -A tobie, bydlaku, kto te litery zdradził? Gdzieś je usły­szał? - Prędzej czy później dotrą po nitce do kłębka, do samego źródła. Okaże się nim być osobnik, który znał tajemnicę i nie potrafił powściągnąć języka. O, GRU po­trafi takie języki wyrywać. GRU oddziera takie języki wraz z głowami. I każdy, kto trafił do GRU, wie o tym doskona­le. Każdy, kto trafił do GRU, strzeże własnej głowy, a może ją ocalić tylko w jeden sposób: strzegąc języka. O GRU można rozmawiać wyłącznie będąc w GRU. Mówić można tak, by głos nie wydostał się poza przejrzyste ściany maje­statycznego gmachu na Chodynce. Każdy, kto trafi do GRU święcie czci regułę Akwarium: wszystko, o czym tu wewnątrz rozmawiamy, niech pozostanie wewnątrz. Niech ani jedno słowo nie opuści tych murów. I dzięki temu, że obowiązuje taka dyscyplina, mało kto za szklanymi ścia­nami orientuje się, co dzieje się wewnątrz. Ten zaś, kto wie, zachowuje milczenie. A ponieważ wszyscy, którzy wiedzą, milczą, ja nigdy nie słyszałem o GRU.
              Byłem dowódcą kompanii. Po wyzwoleńczej wyprawie na Czechosłowację wir przetasowań zagarnął i mnie: wylądo­wałem w 318. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych 13. Ar­mii Karpackiego Okręgu Wojskowego. Pod moje rozkazy odkomenderowano drugą kompanię czołgów batalionu pancernego 910. Pułku Strzelców Zmotoryzowanych. Moja kompania, choć się nie wybijała, nie należała też do naj­słabszych. Całe swoje przyszłe życie przewidywałem na lata naprzód: po kompanii - szef sztabu batalionu, później trze­ba będzie przedrzeć się do Akademii Wojsk Pancernych im. Marszałka Malinowskiego, potem przyjdzie batalion, pułk, może nawet coś wyżej. Ale los zrządził inaczej.
              • darima_ka Re: "Akwarium" 08.05.14, 20:35
                Gdzie cd.?
              • darima_ka Taaaaadzio! 10.05.14, 16:56
                gdzie reszta?:P
                • seremine Re: Taaaaadzio! 17.05.14, 17:16
                  W ksiegarni..
                  • tadeusz_ski.51 Noooo... 19.06.14, 11:26
                    seremine napisała:
                    > W ksiegarni..
                    https://emoty.blox.pl/resource/zubaw.gif
                    Gdybym całość tu skopiował to naruszyłbym prawo własności intelektualnej.
              • seremine Re: "Akwarium" 17.05.14, 17:15
                Oby te scenariusze jus Polski nie dosiegly.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka