szefu13
19.10.04, 22:50
Z wielu innych wątków na tym forum zaczyna się wyłaniać cholernie ciekawy
nowy - jeśli wierność jest
wbrew naturze człowieka i jest czymś wpojonym przez kulture i wychowanie, to
może nie jest to słuszna zasada? Historycznie czemu ona służyła, to mozna się
domyśleć. Kobiecie gwarantowała utrzymanie, a mężczyźnie wychowywanie
własnego
potomstwa i przekazywanie własnych genów. Obecnie wydaje się, ze już te
czynniki nie maja takiego znaczenia. Kobiety sa samodzielne, a mężczyźni mogą
swój materiał genetyczny rozsiewać dość swobodnie, a wszystkie dzieci sa
nasze :).
Z drugiej strony czym jest zdrada? Zdrada w sensie relacji między kobietą i
mężczyzną w układzie partnerów życiowych. Czy chodzi o seks z inną kobietą?
Czy
aby na pewno tylko o to? A może o trwałe porzucenie koiety na rzecz innej? W
pierwszym przypadku to powaga sytuacji właściwie polega na zagrozeniu tym
drugim, bo to dopiero jest prawdziwy problem, jak mi się wydaje. A i to w
obecnych czasach nie do końca.
W zasadzie można by postawic tezę, że jednorazowy skok w bok, lub też
powtarzajace się co jakiś czas epizody nie powinny nikogo niepokoić, jeśli
partner deklaruje chęć pozostania w związku, nie zaniedbuje pod wzgłedem
wszelkich kontaktów drugiej strony, nie płodzi na boku dzieci, na które
bedzie
musiał łożyć i nic do domu nie przywlecze :). Pozostaje kwestia urażonej
ambicji, ale tu też jakby nie bardzo to można tak rozpatrywać, bo co tu jest
za
szkoda: partner wykorzystuje inną osobe do zaspokojenia chuci i tyle. Moze
nawet lepiej, że inną? :) Poza tym druga strona może zrobić to samo (a może
robi) i nie ma co włosów z głowy rwać. A już chyba nie warto robic awantury.
Prędzej sensownym wydaje się zbadanie jak to wygląda od drugiej strony - taki
skok w bok potajemnie i w celach czysto rewanżystyczno-poznawczych mógłby
właściwie ugasić niepokój wynikajacy z obawy, że takie zdarzenie, to może być
coś więcej niż jednorazowe zapomnienie się. No, chyba, że się okaże czymś
poważnym, ale takie ryzyko mamy zawsze, no i wtedy też zdradzony uprzednio
partner ma generalnie problem z głowy :).
Trwałe odejście partnera ma charakter ostateczny i właściwie nie ma co nad
tym
dywagować. Tak się zdarzało, zdarza i będzie zdarzać. Na szczęście w obecnych
czasach to nie jest już życiowy problem ekonomiczny dla porzucanych ludzi -
mamy ochronę prawną i równouprawnienie płci :). Jednak trwały rozpad związku
spowodowany wewnętrznymi reperkusjami wynikającymi ze skoku w bok wydaje sie
lekka przesadą w kontekście poprzedniego akapitu. Wydaje mi się, że po prostu
nie warto :).
Generalnie wydaje się że postępując zgodnie z naturą i idąc z duchem czasów
można by zaryzykować eksperyment polegający na likwidacji instytucji
małżeństwa. Kobiety wychowujące dzieci mogły by otrzymywać ochronę Państwa
(dotacje) i nie stanowiłoby problemu, czy mają stałego partnera, który łoży
na
potomstwo, czy nie. Podobnie mężczyźni, bo dotacje szły by za dzieckiem.
Kulturowo byśmy przyjęli, ze ludzie z zasady sa niewierni, a jak ktoś chce
być
z kims dłużej, to jego wybór. Ile to by problemów rozwiązało! Ile łez by sie
nie wylało! Ile serc nie złamało! A ile by było jednak miłych rozczarowań? I
jaka wymiana kodu genetycznego! Czy nie było by tak lepiej? Czy nie wleźliśmy
w
jakąś ślepą uliczkę? :)
Co o tym myślicie?