daria13
05.07.05, 13:05
Wczoraj niemal na własnej skórze odczułam agresję w najczystrzej postaci. A
że odbyło się to niemal dosłownie "na skórze" mojego dziecka jestem tym
bardziej przerażona. Wczoraj około szóstej wieczorem Julka wracała z
koleżanką znad zalewu, jechały uczęszczaną ścieżką rowerową, gdy grupka
czterech wyrostków zagrodziła im drogę, jeden z nich wyciagnął nóż i grożac
tym nożem kazał im oddać plecaki. Moje niemadre dziecko próbowalo
protestować, więc nóz powędrował do jej gardła (znaczy został przystwiony)
więc już bez oporów oddała. Zabrali jej komórkę i discmena, resztę oddali, bo
poprosiła o oddanie przynajmniej klucza. Młoda wezwała policję, która
przyjechała w niecałe 10 minut. Przesłuchiwali je prawie 2 godziny, bo to nie
była zwykła kradziez, ale rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, co
ponoć należy do rzadkości na tym terenie. Dziewczyny trzymały się nieźle, ale
nie wiem jaką traumę to pozostawi w nich na przyszłość. Najgorsze jest to, że
złapałam się wczoraj na myśli, ze nie wiem, czy chcę żeby ich złapali, jeśli
jest to element miejscowy, bo nie wiadomo ilu kolegów tego pokroju pozostanie
na wolności, a Julka będzie przecież, w razie czego, musiała ich
zidentyfikować. Policjanci podjechali wczoraj nieoznakowanycm wozem, ale
byli w mundurach. Za taki czyn grozi złodziejom więzienie, żaden nadzór.
Mieliby więc za co się mścić. Wiem, że to aspołeczne podejście, ale bardzo
się boję i właściwie może jak ich nie złapią, a oni zrozumieją co im grozi,
jeśli Julka ich wskaże, to będzie jeszcze gorzej. Sama już nie wiem. Boję
się, przestalam się czuć bezpiecznie na moim sielankowym osiedlu. Prawdę
mówiąc jestem zdruzgotana. Czy możecie mnie jakoś pocieszyć?