Dodaj do ulubionych

Wspomnienie o Poli Negri

26.08.05, 15:50
Pannę Negri co rusz jakiś brutal ciągnął za włosy i tłukł nahajką. Złośliwi
recenzenci każdy z jej filmów umieli streścić jednym zdaniem: Pulchniutki
ogrodnik działkowy cierpi na wspomnienie swojego ogródka. Don Escamillo
zwycięża w walce z niewidzialną pruską krową. Brat to szuja, a siostra szyje
na maszynie i okrywa się hańbą. Nieszczęśliwa staruszka własną piersią karmi
niemowlę. W noc poślubną hrabia odmawia swoich pieszczot grubasce. Upojona
winem bachantka pada na łono sztygara.
W kinematografach, przy wygaszonych światłach, ludzie gapili się na skropione
wodą prześcieradła, a jaskrawe afisze powiększyły w handlu zapotrzebowanie na
czerwoną farbę, bo na tych afiszach ciągle ktoś kogoś mordował albo
zabijał. „Śmierć niewinnej”, „Pod hańbą niezasłużonego
oszczerstwa”, „Tajemniczy mord”, „Maks dusicielem”, „Antoś zabójcą”, „Kabaret
śmierci”, „Trup uciekinier”, dyrekcja zastrzega sobie zmiany programu; już
same ponure tytuły przysparzały nieletnich przestępców, w końcu śledczy pytał
zbrodniarza: Chodziliście aby do kinematografu ? Włosy pofarbowane na czarno,
źrenice powiększone od okładów z belladonny, heliotropowe usta, powieki
ciężkie od makijażu. Przed występem malowała na brązowo całe ciało. Jej skóra
lśniła w niebieskich i czerwonych światłach, wibrowała barwnymi refleksami.
Po raz pierwszy pomalował tak ją reżyser Ordyński, Pola płakała, bo bała się
brunatnych plam na skórze, ale reżyser Ordyński nie zważał na jej rozpacz, i
kiedy skończył, rzekł: „Nata est Pola Negri”, a prezes dyrekcji Warszawskich
Teatrów Rządowych Małyszew, który się temu malowaniu przyglądał, krzyczał w
zachwycie "Ach, jaka śliczna panna Polusia", bo już wtedy była
zmartwychwstałą z mumii egipską królową Ma, była Carmen, z dwoma loczkami na
szóstkę przylepionymi mastyksem, tancerką z Bagdadu, madame Dubarry w
szeleszczących halkach, królową apaszów, demonem zła, grzechu i śmierci,
najpierw gąbką dotknął ją reżyser Ordyński, a potem reżyser Lubitsch, te jego
dotknięcia miały nawet swoją nazwę, Lubitsch touch, Pola była podlotkiem, ale
gąbka sprawiła, że stała się gwiazdą.
Obserwuj wątek
    • diffie Re: Wspomnienie o Poli Negri 29.08.05, 14:22
      Kiedy tylko panna Negri zaczęła spacerować w turbanie po Kudamm, każda szykowna
      kobieta chciała mieć coś takiego na głowie. Potem Pola wymyśliła serduszka
      wycinane w drewnianych ubikacjach stawianych na podwórku, i jeszcze damskie
      buty z cholewkami, na wysokim obcasiku, kozaczki czekały trochę dłużej, ale
      wreszcie gdzie by się człowiek nie ruszył, na pocztę albo do urzędu, nic tylko
      kobiety w kozakach i czapkach dzierganych z wełny. Świat czeka powszechna moda
      na pomalowane na czerwono paznokcie u nóg, bo to też wymyśliła Pola Negri,
      kiedy pojawiła się na przyjęciu w sandałkach na gołą stopę, takie chodzenie bez
      pończoch to jej inny pomysł, tylko sandałki i pomalowane paznokcie; kobiety
      mdlały, bo myślały, że ktoś jej te paznokcie obcążkami powyrywał.
      • uliszka Wspomnienie o Poli Negri 30.08.05, 21:58
        czekam na ciag dalszy...
        • diffie Wspomnienie o Marcelu 31.08.05, 14:40
          Wśród paryskich homoseksualistów długo krążyły plotki o otchłani Sodomy,
          w której Marcel Proust pogrążył się w roku 1917. Wiele lat po wojnie co drugi
          paryski taksówkarz chętnie opowiadał turystom, że to on właśnie woził panu
          Marcelowi szczury. W obecności Prousta zatrudniony człowiek przekłuwał
          zwierzęta szpilkami do kapelusza albo tłukł kijem. Jedyny mało budujący epizod
          w życiu pisarza, wyjaśniają biografowie. Sadystyczne sceny pojawiły się w
          powieści, Charlus skrępowany i chłostany łańcuchami. Nocami Marcel krążył po
          męskich burdelach, jakich wtedy nie brakowało w mieście. Prześladowała go
          obcesja rzeźnika, młodego chłopca, miał być wysoki, szczupły, jasnowłosy, „jak
          piękny anioł w dniu sądu Ostatecznego”. Albert, kiedyś jego kochanek, a teraz
          stręczyciel, sprowadził mu z rzeźni czeladnika. Razem wybrali się do jatki.
          Proust kazał mu ubrać fartuch, czarne buty z cholewami, wziąć do ręki tasak,
          opowiadać i pokazywać, jak rankiem zabijał cielę.
          Prousta zaniepokoiły nowe dolegliwości. Odczuwał trudności w mówieniu i lekki
          paraliż twarzy. Potem pojawiły się kłopoty z chodzeniem. W powieści nie
          powstrzymał się od aluzji: „Można się bać bezsenności, nie bojąc się poważnego
          pojedynku, można bać się szczura, a nie bać się lwa.” Doszedł wreszcie do
          wniosku, że cierpi na uszkodzenie mózgu. W czerwcu 1918 roku odwiedził słynnego
          neurologa, doktora Babińskiego, który właśnie leczył księżnę Murat ze
          zgrzytania zębami, i poprosił go o wykonanie trepanacji czaszki. Babiński był
          olbrzymem zatrważającej postury, wśród pacjentów i personelu szpitala La Pitié
          budził lęk. . „[...] stosował rozmaite formy sugestii, zwłaszcza bolesną
          aplikację jednokierunkowego impulsowego prądu niskiej częstotliwości, w
          połaczeniu z gorliwą perswazją; nie objaśniał przy tym pacjentom ani
          charakteru, ani przyczyny występujących u nich dolegliwości”.
          Żądał, aby pacjenci płci męskiej poddawali się kuracji nago, ze względów
          przyzwoitości kobiety mogły pozostawać w bieliźnie. Joseph Babiński operacji
          odmówił.
          • diffie Tańcząc z panną Garbo 06.10.05, 16:55
            Już po „Dolce vita” Marcello był w Stanach popularny. Gdy w roku 1964 „Osiem i
            pół”, kolejny film Felliniego dostał Oskara, Marcello Mastroianni wybrał się w
            długą podróż do Ameryki. Towarzyszył mu przyjaciel, Guidarino Guidi, znał dobrze
            język angielski, mógł tłumaczyć i odbierać telefony.
            Pewnego dnia do nowojorskiego hotelu zadzwonił niejaki pan Lombardo: „Proszę
            przekazać panu Mastroianniemu, że pragnie go poznać Greta Garbo. Spotkanie
            zaaranżujemy tak, aby wyglądało na przypadkowe”.
            Mastroianni na spotkanie z Gretą Garbo nie miał najmniejszej ochoty. Guadrino,
            to jest okropny kraj, powtarzał. Ludzie nie spacerują, tylko jeżdżą samochodami.
            Ulice są tak czyste, że aż ta czystość oślepia. Nawet psiego gówienka na
            trawniku nie zobaczysz. A teraz, Guadrino, mamy iść na spotkanie ze złą macochą
            Królewny Śnieżki. Przypadkowe spotkanie ze złą macochą Królewny Śnieżki ! Co to
            za bzdura ? Mamy się zjawić na jej zaproszenie w jej własnym apartamencie i
            dziwić się, że ją akurat niespodziewanie spotykamy !? Jak opowiem to Florze, to
            znowu będzie krzyczała, że kłamię. To doprowadza mnie do szału, tak właśnie
            krzyczy moja żona. W środę na piazza del Popolo wypiłeś kawę! W barze Canova.
            Oszukujesz, tak jakbyś oddychał lub jadł! Nikt cię nie widział po drugiej
            stronie placu! Matko Boska, już wolałabym być na pustyni, gdzie muchy giną z
            braku wody !
            Po wycofaniu się z branży Greta zamieszkała w Nowym Jorku, w siedmiopokojowym
            apartamencie z widokiem na Rzekę Wschodnią. Elegancką kamienicę nazwano „The
            Campanile”. Teraz Garbo spotykała się tylko z wąskim kręgiem znajomych. W
            towarzystwie nie bywała.
            O siedemnastej pod hotelem stanął czarny cadillac. Po krótkiej jeździe
            wprowadzono ich do antykwariatu na East Side, na parterze kamienicy „The
            Campanile”, przy 52 Ulicy pod numerem 450.
            Czekało na nich dwóch ludzi: ten, który się przedstawił jako pan Lombardo i
            drugi nieco starszy, toporny, włoskiemu aktorowi przypominał Jeana Gabina z
            „Ludzi za mgłą”. „Jean Gabin” pewnie był ważniejszy.
            - Greta Garbo oczekuje panów na górze – powiedział „Jean Gabin” i skierował ich
            na drugie piętro, bocznym wejściem.
            Mieszkanie było nieoznakowane, jedynie pod dzwonkiem widniała litera „G”.
            Weszli do salonu pełnego dziewiętnastowiecznych mebli. W pokoju siedziały trzy
            kobiety. Dwie z nich „Jean Gabin” przedstawił, żona producenta kosmetyków
            Revlon, a ta pani to żona producenta z Hollywood.
            Greta Garbo siedziała tyłem. Mastroianni zapamiętał jej klasyczny, elegancki
            ubiór, plisowaną spódnicę i pulower z kaszmiru. Aktor przeszedł kilka kroków,
            jakby spacerował piazza del Popolo.
            Garbo miała wtedy 59 lat. Była przepiękna, młoda, szczupła. Jednak pionowe
            bruzdy przecinały usta panny Garbo. Dziwaczne zmarszczki nadawały jej twarzy
            lisi, odpychający wygląd.
            Marcello czuł się onieśmielony. Później opowiedział dziennikarzowi Constazo
            Constantiniemu:
            „Tak jak to było przewidziane w scenariuszu, udałem zaskoczonego jej widokiem i
            wykorzystując swój mizerny angielski zagaiłem:
            - How do you do?
            - Spojrzała w dół i, nie odpowiadając na moje powitanie, powiedziała:
            - Beautiful shoes, the Italian shoes are very beautiful.
            Uśmiechnąłem się jak głupek, nie miałem odwagi jednak powiedzieć, że buty są
            angielskie, a nie włoskie.
            - Yes – wymamrotałem.
            Dodała jeszcze:
            - Italy is beautiful, Rome, the Pope...
            Nastąpiła chwila krępującej ciszy. Mierzyła mnie wzrokiem z góry na dół i z dołu
            do góry. Czułem się straszliwie niezręcznie. Nagle poderwała się z miejsca i
            zaczęła tańczyć dziką cza-czę. Podobnie jak panie obecne w salonie, obaj z
            Guadrinem Guidim zupełnie oniemieliśmy.”
    • brunosch Jak ja lubię 06.10.05, 19:22
      artystycznych kabotynów płci obojga! Jeszcze! Pożądam, JESZCZE!
      • diffie Re: Jak ja lubię 07.10.05, 14:56
        Ależ bardzo proszę.
        www.avalon.krakow.pl/avalon-tanczac-z-panna-garbo.htm
        • braineater Re: Jak ja lubię 07.10.05, 15:33
          ha - i juz wiem z czym dziś wyjdę z xięgarni:)

          dzięki raz jeszce za fragmenty:)

          P:)
          • diffie Re: Jak ja lubię 07.10.05, 15:46
            Oj, fragmentami były tylko trzy posty. Reszta powstała specjalnie dla TWA.
            Pozdrawiam.
            • braineater Re: Jak ja lubię 07.10.05, 19:03
              mam Cię:)
              jutro Cię przeczytam:)
              P:)
    • diffie Wspomnienie na Zaduszki 02.11.05, 15:11
      W roku 1945 dziadkowie mieszkali w Łodzi. Kamienicę zbudowano niedługo przed
      wojną, z wszystkimi wygodami.
      Zimą miasto zajęła sowiecka armia. Następnego dnia dziadkowie usłyszeli ostre
      łomotanie do drzwi.
      Gdy babcia już spuściła zasuwę, zobaczyła czerwonego oficera. Po pachą trzymał
      wielkiego karpia owiniętego w gazetę. Oznajmił, że ma tu kwartiru i zażyczył
      sobie, aby pokazać mu mieszkanie. Oglądali pomieszczenie po pomieszczeniu,
      oficer ze swoją rybą pod pachą, kapitanowi Cwigunowi najbardziej spodobała się
      łazienka z toaletą.
      - Eta toże maja kamnata, chaziajka – oznajmił – i nie wolno wam tu wchodzić !
      Paniatna ?
      Przestraszona babcia tylko kiwała głową. Cwigun pochylił się nad miską klozetową.
      W tamtych czasach bywały inne niż teraz modele, także głębokie, jak ten
      u dziadków.
      - Oczeń charoszaja – zachwycił się kapitan – oczeń charoszaja.
      Odwinął gazetę i do miski klozetowej wrzucił karpia. Spuścił pokrywę, łazienkę
      zamknął na klucz. Poszedł potem do pokoju, rozluźnił kołnierzyk i pas, usiadł
      przy stole. Zapobiegliwy dziadek szybko postawił przed nim butelkę bimbru.
      Kapitan popijał tak sobie z godzinkę, powolutku, podśpiewywał piosenki.
      - Tiepier pakuszajem, chaziaj ! – oznajmił w końcu dziadkowi. Wstał i poszedł do
      łazienki. Chwilę później na całą kamienicę pewnie rozległo się przeraźliwe wycie:
      - Kto wział ribu ?! Kto wział ribu !!?
      Dziadkowie wbiegli do łazienki. W klozetowej misce karpia nie było.
      Kapitan Cwigun odpiął rzemyk przy kaburze i wyjął pistolet Makarowa. Wściekły,
      przystawił broń do głowy dziadka Franciszka: skażi, kto wział ribu !?
      - Potem, Emilku – opowiadała babcia - kapitan Cwigun spędził wszystkich
      mieszkańców naszej kamienicy na podwórko. Wymachiwał pistoletem i groził, że nas
      pozabija. Wsiech ubiju, wykrzykiwał.
      - Jak to się skończyło, babciu ? – pytałem – przecież w ciągu paru minut
      musieliście mu wytłumaczyć, jak działa system kanalizacyjny nowoczesnego miasta.
      - Tego ci nie powiem. Obiecałam dziadkowi. Teraz jednak może rozumiesz, Emilku,
      dlaczego tak często dzwonię po hydraulika ? - denerwowała się po latach babcia
      Bolesława.
      Choć babci Bolesławy i dziadka Franciszka już nie ma z nami, to przecież
      wiadomo, że gdy kogoś z nas spotka niemożliwy do ogarnięcia rozumem absurd, to
      najpierw trzeba zapytać „Kto wział ribu ?”. I wtedy można się pośmiać.
    • diffie Belfegor i Andulka 22.12.05, 16:51
      TWA-czom pod choinkę

      O tej godzinie jest jeszcze cicho i tylko brzęczą butelki mleka roznoszone przez
      chudego mężczyznę albo jego żonę, zmieniają się co drugi dzień. Są bardzo
      podobni do siebie, ona też jest szczupła, silna, krótko ostrzyżona, pali
      papierosa i popycha załadowany paroma skrzynkami wózek; ostatnio pracuje
      codziennie, bo przed miesiącem jej mąż włamał się do biur administracji osiedla
      i ukradł stamtąd firanki. Mieszkamy w wielkim osiedlu w Gdańsku, wszystkie bloki
      są takie same, a w każdym mnóstwo okien; zupełnie jak we dworze w Tupiczynie,
      który posiadał dwadzieścia cztery ubikacje, w tym sześciookienną salę balową
      ozdobioną napisem z dobrymi myślami po łacinie, mawiał czasami dziadek
      Franciszek; na niewielkim skwerku przy drodze do tramwaju stanął ostatnio parkan
      z desek i wczoraj, przez jakąś szparę, zajrzałem do środka; pustaki, żeliwne
      rury i cegły. Coś się poruszyło. Przy stercie drewna stał biały koń. Zastrzygł
      uszami i potrząsnął łbem. Skąd tu koń, czy ktoś wie, że w nocy, tutaj, między
      betonowymi ścianami, przestępuje z nogi na nogę biały koń ? Nad łóżkiem
      powiesiłem wycięte z gazet zdjęcia koni i ten był równie piękny jak koniki nad
      moim łóżkiem.
      Z tramwaju wysypują się robotnicy. Niedaleko stoją zakładowe autobusy. Wzdłuż
      krawężnika wolniutko przechadza się niemłody już człowiek w okrągłej czapce z
      daszkiem, ozdobionej kolorowym sznurkiem i kotwicą, taksuje przechodzących
      uważnym spojrzeniem. Kiedy autobus jest już pełen, żwawo krzyczy „Odjazd” i
      stuka otwartą dłonią w blachę karoserii.
      Od paru dni malujemy wapnem krawężniki. Cztery ruchy pędzla i już jedna płyta
      jest gotowa. Kilometry krawężników w całej gdańskiej stoczni. Madzia, młoda
      mężatka, Adam, krępy, z wąsikiem, zazwyczaj w czarnej marynarce i ja. Zajmujemy
      się malowaniem krawężników, skręcaniem biurek albo układaniem wykładzin
      podłogowych. Rysiu, po pięćdziesiątce, jest brygadzistą, ale rzadko przychodzi.
      Madzia ma małą córeczkę. Razem z mężem mieszkają w zakładowym hotelu rotacyjnym.
      Same jednopokojowe mieszkanka z kuchnią. Ścianę przegryzł grzyb i mała ciągle
      choruje. Kazek napisał z Hamburga, opowiada nam Madzia; Kazek to jej brat, co
      tam u niego, pyta Adam, dostał od policji list z podziękowaniami; tak, a co
      zrobił, zainteresował się Rysiu, uratował kaczkę, mówi Madzia. Jaką znowu
      kaczkę, pani Madziu ? Ach, on nikogo nie znał w tym mieście. Całymi dniami
      wałęsał się po parku i pewnego dnia zauważył, że jednej z kaczek pływających w
      sadzawce ktoś założył na dziób gumkę-recepturkę. Co za dranie, mówi Adam. Tak, i
      Kazek poszukał policjantów. Przyszli natychmiast, niemieccy policjanci zjawiają
      się jak duchy, w jednej chwili, potem przyjechali strażacy. Pół dnia ją łapali,
      tę kaczkę. Kazek dostał od policji list z podziękowaniem. Od tego czasu stare
      kobiety, które całymi godzinami karmią kaczki, zaczęły się do niego uśmiechać i
      częstować papierosami. Madziu, mówiłaś, że Kazek wziął do rajchu jakieś
      dokumenty, zapytał Rysiu. No tak, Kazek myślał, że to zaświadczenie, że tatuś
      walczył w Wehrmachcie, ale to był wojskowy list gończy za tatusiem, i urzędnicy
      od razu zaczęli wypytywać Kazka, co nasz tatuś teraz porabia.
      A twój ojciec pisze z Australii, zapytał Adam. W roku 1984, dwa lata temu,
      ojciec dostał paszport. Pojechał do Grecji, zamustrował się w Pireusie. Parę
      tygodni później w australijskim mieście Perth zszedł ze statku i już nie wrócił.
      Przysłał kilka wycinków prasowych, odparłem. Kapitan zgłosił ucieczkę.
      Australijska policja ścigała ojca. Takich uciekinierów wożą na statek
      helikopterem, w krzesełku podwiązanym na linie. W gazetach drukowano list gończy
      za ojcem. Szukali go. „Wanted! Gizegola K[...]” Ojciec ma na imię Grzegorz, ale
      w Australii zmienili go na Gizegolę.
      - Wanted Gizegola ... - zdumiał się Adam.
      - Potem ojciec napisał, że nie wróci. Z powodu Belfegora.
      - Belfegor, ten potwór ? - pyta Adam - potwór z Luwru ?
      - Nieważne.
      M-15. Po pokazie w Paryżu prasa nazwała go „Belphegor”, taki był paskudny.
      Pierwszy na świecie odrzutowy samolot do oprysków rolniczych. Ojciec go
      konstruował, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Mielcu. Tam są zakłady lotnicze. Nad
      miastem powolutku wznosiła się wielka szafa ze skrzydełkami, i sruuu, zaraz był
      nad Mińskiem, Białoruska SRR. Żadnego sowchozu nie zdążył po drodze opryskać, bo
      za szybko latał. Miał zrzucać bakterie wąglika nad Paryżem, Berlinem, Brukselą.
      - Adasiu, w Mielcu robiono samoloty AN-2, zwane u nas „Antek”. A wiesz, jak na
      nie mówią, w Czechosłowacji, na te samoloty?
      - Nie mam pojęcia.
      - „Andulka”! Jak twoja narzeczona ! Andulka !
      - Moja Andulka wygląda jak szwajcarska królowa - zmartwił się nagle Adam - ale
      odeszła. Wyjechała do Niemiec.
      - Przepraszam, nie wiedziałem – i też się zmartwiłem.
      I tak dobrze, że można wyjechać, mówi Adam. W Czechosłowacji w sześćdziesiątym
      ósmym granice były z początku otwarte. Któregoś jednak dnia towarzysz Husak
      zauważył, że „hranice neni corso”. W końcu granice to nie jest jakieś korso,
      żeby tak sobie paradować, tam i z powrotem. Kiedy obywatele to zrozumieją, zrobi
      im się lekko i spokojnie na duszy ! A po napaści na Czechosłowację gruziński
      filozof Mamardaszwili zapisał: „Zaczęła się u nas epoka petryfikacji
      imperialnego gówna”. Cholera, jak długo to jeszcze będzie trwało ?!
      - Nie wiem, czy jeszcze obowiązuje zasada trwania na polskich posterunkach bez
      względu na rozwój sytuacji. Gdy do Bukaresztu przyjechał Gorbaczow, na rynek
      rzucono świeże pokrzywy. Dać ci bibułę z tym artykułem ? - zapytał.
      Przy niej czułem się facetem ..., pokiwał wolniutko głową. Ubierała moje
      koszule. Nawet majtki. Kochaliśmy się, potem Andulka ubierała się w moje ciuchy.
      Wiesz, jak się wtedy czułem? Wiem, Adasiu, wiem. Jak macho. Jak Gary Cooper.
      Wyglądał jak szafa, ale miał zniewalający uśmiech. W Hofflandzie kupiłem trzy
      koszule, specjalnie jeździłem do Warszawy. Potem zamyślił się i dodał:
      myślałem, że moja Andulka jest troszkę fetyszystką. Nawet wydawało mi się, że to
      ja jestem jej fetyszem. Wyjechała, wzięła trzy koszule. Ona lubiła te koszule.
      Niedługo będzie pierwszy maja. Co rusz przejeżdża ekipa wieszająca flagi. Jeżdżą
      żółtym wózkiem akumulatorowym wyładowanym stertą kijów i czerwonymi materiałami.
      Skręcamy w jakąś alejkę, a oni już tam są, albo mijają nas, jak malujemy
      krawężniki, przestawiając metalowe pojemniki na śmieci z napisem „50 lat PRB”, i
      wyglądają bardzo rewolucyjnie, jakby za chwilę mieli strzelać z rewolwerów
      tulskiej fabryki nr 7048 systemu „Nahan”, machać flagami, śpiewać „Bandera rosa”
      i krzyczeć „Towarzysze Żydzi są z nami !”.
      - Kitnawodefotomontaż – mówi Adaś.
      Panie Rysiu, przyleciał stolarz Zubek, daj pan kogoś, deski muszę odwieźć do
      magazynu ! Poszedłem z nim. Stolarz był niskim blondynem. Po oczach widać było,
      że lubił popić. W barakowozie miał pakamerę i warsztat. Narzędzia, drewniane
      wióry, resztki listew. Na ścianach parę kolorowych widokówek, reklamowy
      kalendarz: „Najlepsze nici firmy ICI” i zdjęcia gołych panienek z niemieckich
      magazynów, takie fotografowane komiksy. Rozchylały nogi i każdej wychodził z ust
      dymek z kilkoma zalotnymi słowami. Jak kobieta jest piękna i do tego płatna,
      zostaw ją pan dla mężczyzn bez wyobraźni, mówię temu Zubkowi. Zubek, spryciarz,
      sprzedał mojemu sąsiadowi modrzewiową boazerię, dał mu stertę listew i w
      woreczku sęki, żeby sobie powkładał. Patrzę, a na stole u Zubka kolorowa
      broszurka. Skąd u pana takie gazetki, pytam. Stare kobiety które są Świadkami
      Jehowy stoją przy dworcu i to rozdają, mówi stolarz. Ziemia nasza zdewastowana,
      to nie jest nic gorszącego, powiedziała jedna pani, więc wziąłem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka