survey06
17.10.05, 08:59
San Donato Milanese jest niewielkim miasteczkiem położonym jakieś 15 km na
południe od centrum Mediolanu. Z niewielkiej i zaniedbanej mieściny w ciągu
niespełna 25-30 lat stało się jednym z center decyzyjnych dla włoskiego
przemysłu naftowego i gazowego dla włoskiego rynku jak też i krajów
ościennych Morzą Śródziemnego, ale i nie tylko. To tutaj zlokalizowane są
siedziby grupy ENI, Agip, Snam, Snamprogetti, Saipem, Danieli i wielu innych
ściśle związanych z poszukiwaniem, wydobyciem, eksploatacją oraz dystrybucją
ropy i gazu. Tutaj mieszczą się ośrodki operacyjne: finansowe, techniczne i
badań naukowych. Tutaj zapadają decyzje, co do kierunków działań
strategicznych tych bliższych, ale również dalekosiężnych. To tutaj, w San
Donato Milanese, jakieś większe zainteresowanie „tą czy tamtą sprawą” i
polecenia bossów podjęcia natychmiastowych działań skutkuje zwyczajowo
zwiększonymi obrotami akcji na Giełdzie Mediolańskiej i reperkusjami na
współzależnych europejskich i światowych centrach finansowych.
Miasto, które w robocze dni tętni pełnią urzędniczego życia, zamiera na czas
weekendu. Znikają gdzieś te niekończące się sznury samochodów, autobusów i
couch’ów przywożących i odwożących pracowników z i do terminala metra, stacji
kolejowej oraz okolicznych bliższych czy dalszych miejscowości. Robi się
cicho i spokojnie. Pustoszeją wielohektarowe parkingi otaczające 5 potężnych
wieżowców grupy Eni. Miasteczko robi się senne i leniwe. Nie jest go nawet w
stanie pobudzić cotygodniowy niedzielny targ staroci zlokalizowany przy
końcowej stacji metra, który ściąga dość liczną mieszaną klientelę głównie
arabsko-rosyjską szukających nadzwyczajnych okazji.
Wraz z nadejściem weekendów, zamiera też życie w hotelach w San Donato. W
normalne dni, w hotelu gdzie się zatrzymuję. – Santa Barbara, bywają
trudności ze znalezieniem wolnego stolika przy śniadaniu. Trzeba się również
pośpieszyć by „załapać się” na wyśmienity smażony bekon na jajecznicy (po
7.20 już na ogół nie ma). W weekendy tutaj są puchy. Tylko parę pokoi jest
zajętych przez gości/klientów, których sprawy zmusiły do dłuższego pobytu. Na
okoliczność tychże planowych pustek, nawet bar hotelowy i restauracja są
zamykane na cały weekend.
Hotel zapewne tak czyni, gdyż wie, że nie sprosta konkurencji sąsiadującego z
nim pub’u „Pogue Mahoney’s Clan” Ten niezbędny przybytek dla wszystkich,
którzy potrzebują poczuć się lepiej w chwilach trudnych (i zwątpień) jest
niezastąpiony. Lokal otwarty praktycznie od 17-ej do późnych godzin nocnych
ściąga klientelę typu „lonely hart and soul” obojga płci. Tutaj można miło
czas spędzić, pogadać o życiu, wymienić nawet dyskretne uśmiechy i posłuchać
dobrej muzyki.
Właśnie ostatniej soboty odbyła się znakomita jam session nazwana „Odbudujemy
New Orlean”. Wystąpiła grupa czarnoskórych muzyków jazzowych, którzy dali
blisko 3 godzinny popis wirtuozerii na trąbce, klarnecie, saksofonie, puzonie
bandżo, kontrabasie, pianinie i perkusji. Deal z właścicielem pub’u i
muzykami był prosty. Należało zamówić dwa drinki po minimum 4,50 Euro każdy,
przy czym wpływ z jednego drinka całkowicie był przeznaczony na potrzeby
odbudowy New Orleanu po ostatnich kataklizmach. Trzeba oddać sprawiedliwość,
że chłopcy dali z siebie wszystko i potrafili stworzyć znakomitą atmosferę.
Zaczęli dość ostro i radośnie od standartu „When the Saint go Marching” i to
w stylu nie ustępującym powszechnie znanemu wykonaniu przez New Orlean Jazz
Band. Następnie przewinęła się wiązanka kilku melodii typu „funerals” i
zrobiło się jakby lekko sennie. Ale tylko przez chwilę. (Chyba po to aby
sięgnąć po szklaneczkę) Zaraz poszły solówki ragtime dance na pianinie, coś á
la nieodżałowany Scott Joplin. Następna część koncertu to jakby tribute to
Luis Armstrong i wiązanka jego niezapomnianych wielkich przebojów łącznie z
Wonderful Word, Muckie, My Desire, Gloria In My Mind zakończone On the Sunny
Side of the Street. I dalsze zapowiedzi z czego – przyznaję – nie wszystkie
udało mnie się wyłapać, ale muzyka silna i w stylu tak, że lekko się robiło
na duszy. Solówka na klarnecie to jakby Artie Shaw. Kolejne przejście na
Mississippi Rag i ogromny aplauz czarnej części widowni, której przybyło
dosyć sporo na występ. Nie wspomnę już o tradycyjnej Karawanie,
sentymentalnej Blue Prelude i Boogie Woogie Blues wykonanej na pianinie przy
solowych wejściach kilku pozostałych instrumentów. Potem wyraźny ukłon
pamięci dla Nina Simon w postaci bardzo ładnego i przejmującego solo na
saksofonie utworu "I put on spell on you". Potem już było luźniej bo i
poleciała Scarlet Begoniah (a to już przecież Grateful Dead!!), Harlem Suit i
na chwilę wejście gospel ( O holy night) i powrót do klasyki New Orleans
style, jakby Rag Times i Old Times dawnych lat by już znaleźć się w finale
przy Amazing Grace wykonanym chóralnie przez zespół i całą ponad 200 osobową
doskonale się bawiącą i żywiołowo reagującą widownię.
Amazing Grace
How sweet the sound
God saved a rat like me
I once was lost,
But now I found
Was blind, but now I see……
Naprawdę piękny koncert. Niezapomniany wieczór. A że przy okazji poszły 4
(5?) szklaneczki Glenmorangie... Nieważne... Jeśli tylko odbudują New Orlean.
I może z pełnym odrestaurowaniem French Quarter.......Warto było.
San Donato Milanese; 17-10-2005