Dodaj do ulubionych

Dzień z życia TWA-cza

07.02.06, 18:40
Rano. Zrobiłem sobie herbatę, kubek stawiam na stoliku i sięgam po książkę.
Wtem słyszę brzęczenie, jakby owad jakiś ... Wyraźnie od kubka brzęczy !
Podnoszę go, zbliżam do ucha, no proszę, modulacje sobie zmienia, jakby nigdy
nic ! I tak przez kilka minut. Bardzo się zdziwiłem, że herbata tak umie
brzęczeć, bo zawsze siedziała cicho.
Obserwuj wątek
    • mamarcela Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 18:58
      A po jakiemu brzęczała? Można to pod portugalski podciągnąć? To brzęczenie
      znaczy się? Bo to byłby znak, że duch Osculatiego z moich głośników na północ
      się przeniósł i teraz brzęczy herbatą u Diffiego. Bo ja już się zaczynałam o
      niego martwić. O ducha
      Ktoś kiedyś, chyba Brunosch, opowiadał, że u niego puste wiadro ryczało, to
      niby dlaczego pełny kubek nie może brzęczeć. Żyjemy podobno w wolnym kraju więc
      niech sobie brzęczy na zdrowie.
      pozdrawiam :-)
      mamarcela rzeczniczka praw brzeczących herbat, ryczących wiader oraz głośników
      mówiących językami ludzi i aniołów
    • eeela Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 19:03
      W moim akademiku brzeczy rowniez. Kazdego popoludnia, czasem bardzie, czasem
      mniej. Podloga lekko drzy, biurko glucho brzeczy, wibrujac, o sciane, a kartki
      trzepoca. Tak delikatnie. Kiedy to zaobserwowalam pierwszy raz, bylam odrobine
      zdziwiona, poniewaz nie mieszkam w rejonie aktywnym sejsmicznie, potem jednak
      zaczelam podejrzewac, ze moze to byc spowodowane wlaczaniem ogrzewania. Tylko
      dlaczego ogrzewanie trzesie domem???
      • mamarcela eeelu off topic 07.02.06, 19:10
        Witaj w TWActwie zwanym inaczej TWArzystwem. Co prawda jam tu nie gospodyni,
        ani admin, tylko się tak szarokaczę czasami. Narazie mi na to pozwalają :),
        chociaz nie wiem jak długo jeszcze.
        P:)
        mamarcela obaw pełna
        • eeela Re: eeelu off topic 07.02.06, 19:18
          Bardzo dziekuje za przywitanie. Dlaczego obaw pelna? Ze wiecej ci nie pozwola?
    • broch Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 19:38
      Rano. 3:27 sie obudzilem. Spac, nie spac? Eeeee, poczytam. Poczytalem (nowa
      ksiazka, fajjjniuska ze hej). 5:00 (ciagle rano): to moze prysznic wezme? Dobra,
      wzialem. Sniadanie (kawa z mlekiem). 5:45 o rany trzeba sie spieszyc i na
      autostrade zdarzyc przed pozostalymi 15mln ludzi. Jade: o fajna gwiazda.... Jade
      dalej. Gites, dojezdzam na uniwerek. W budynku ciemno. Duchy tylko smutno
      porykuja z nudow, bo nie ma kogo straszyc. Ale od kiedy wlazlem, weselej im sie
      zrobilo. To co moze jakies doswiadczonko?
      doswiadczonko, doswiadczonko, doswiadczonko, doswiadczonko.....
      Dobra, zwijam sie. Jade,jade, jade, jade... dojechalem. A zima byla piiiiieeekna
      tego roku.
    • kawa_malinowa Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 20:06
      Spalam do dziesiatej! Ale to dlatego, ze w nocy pisalam dla grupy streszczenie
      Curtiusa, a potem czytalam "Noc" Stasiuka. Zjadlam drozdzowke na sniadanie i
      popilam zimna kawa (brat mi zrobil, wychodzac do szkoly). Wlaczylam
      komputer.... rozmawialam ze wszystkimi chyba znajomymi, komponowalam playliste
      (lili marlene, marilyn manson, metallica), poczytalam fora rozne...
      posymulowalam nauke, poduawalam, ze sprzatam, zapodalam obiad, poszlam do
      biblioteki, do ciotki (cierpienia mlodego wertera sie skonczyly w bibliotece),
      poszlam do przyjaciolki, gdzie zostalam pozbawiona kilku zludzen....
      • braineater Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 21:17
        wstałem, wypiłem kawusię, wypaliłem 3 papieroski, przyodziałem się w zimowy
        półpancerz praktyczny, zapodałem na uszy składak z rosyjsko żydowski disco-
        punkiem i wybyłem do pracy. W pracy przeczytałem całego nowiusieńkiego Kereta,
        poszalałem na forach wnerwiając jakiegoś człowieka na forum Telewizja i
        uświadamiając w dziejach filmu pornograficznego innego człowieka na forum Kino,
        po czem odstawszy swoje 45 minut na przystanku (tym razem na uszach żeby było
        raźniej huczał Afrokolektyw) dotarłem w pobliże domu. Uznawszy, że byłem dzis
        dla świata miły i dobry, kupiłem sobie prezent, czyli nową ksiązkę
        Pollacka 'Śmierć w bunkrze' oraz sympatycznego caberneta z Jacobs Creek na
        wieczór i wróciłem do domu. Od tego czasu juz trzykroć odgarniałem snieg
        zwokółdomu i przestało mi sie to podobać. By się odstresowac wytarzałem
        Marysieńkę w zaspach, a teraz będe się relaksił. Nic mi nie wyło, nic nie
        straszyło, nic nawet w kominie nie łka. I tak ma być.

        P:)
        • nienietoperz o/t to Braineater 08.02.06, 13:04
          Gogol Bordello czyzby na sluchawkach?
          Beda niedlugo grali w zasiegu nienietoperzego lotu i powaznie rozwazam skok.
          • braineater Re: o/t to Braineater 08.02.06, 13:06
            Nie - akurat składanka Russendisco z Leningradem, Zub si Zdub i innymi
            wariatami, ale na Gogola na zywo to bym poszedł w ciemno:)

            P:)
    • kwiecienka1 Re: Dzień z życia TWA-cza 07.02.06, 21:51
      otwieram oczy, przede mną budzik, ósma, trzeba wstawać
      potem musli, kawa i internetowe wydanie prasy
      szybkie wyjście na przystanek bo tej zimy rozkład jazdy jakiś niestabilny...
      lekcja po lekcji, lekcja po lekcji... w przerwie TWA
      (na kursie niemieckiego mam ferie, więc jestem w domu 2h wcześniej)
      powrót do domu
      ostatnie zerknięcia na pocztę, fora i allegro
      dziś: radosna perspektywa nowego Kereta pod kocykiem w towarzystwie
      marcepanowej czekolady na gorąco
      (nowy Pollack będzie potem, PO spotkaniu z panem Martinem)
      pozdrawiam nadziewając, iż nie kończę wątka :-)))
      Kwiecienka z Keretem
      • mamarcela marcepanowa czekolada 07.02.06, 22:22
        Ogłaszam, ze IMO marcepanowa czekolada na gorąco jest "ofulasta" w
        przeciwieństwie do pistacjowej, pomarańczowej i nawet bananowej. W chwili
        największego głodu związanego z mrozem syberyjskim sporządziłam ją sobie i...
        wylałam do zlewu. Wielkie rozczarowanie.
        pozdrawiam
        mamarcela, która nie lubi marcepanu wbrew wszelkim nomen omenom
        PS. A w Warszawie, na Dolnej pada deszcz...
        • kwiecienka1 Re: marcepanowa czekolada 07.02.06, 22:35
          dzięki za ostrzeżenie
          w takim razie zostanę przy zielonej herbatce :-)))
          u nas jeno śnieg sypie, sypie, sypie...
          zasypało dziś większość autobusów - jak tak dalej będzie to jutro wyciągam
          sanki...
          pozdrawiam
          Kwiecienka & Osiem procent z niczego
        • noida Re: marcepanowa czekolada 08.02.06, 00:16
          A skąd się bierze takie bajeranckie czekolady?
          • aaneta Re: marcepanowa czekolada 08.02.06, 08:48
            Eee tam bajeranckie, chemiczne :(
            • stella25b rankiem 08.02.06, 09:11
              Wymykam sie z cieplego lozka i zal mi bardzo bo na dworze wieje i zacina
              deszczem niemilosiernie. Pozniej wszystkie oblucje i pakowanie sniadania dla
              calej rodziny. Wychodze z domu ostatnia i ruszam piechota do pracy. Moglabym
              rowerem ale nie oplaca sie, te 7 minut przechodze w skupieniu podziwiajac
              kolorowe budynki. Wieje i zaczyna znow padac. Nie lubie takiej pogody. Parasola
              nie mozna otworzyc bo sie zaraz polamie wiec trzeba z definicji moknac.
              Wreszcie moja firma. Pedze na 5 pietro i zapalam swiatlo w pokoju bo kolezanka
              uwielbia jaskiniowy nastroj. Wlaczam kompa i patrze w outlook- ok. nic nowego.
              Ide do kuchni zrobic sobie herbaty przy ktorej bede znow testowac, dokumentowac
              i poprawiac.
              • awo_omama Re: rankiem 08.02.06, 10:07
                Wstałam lewą nogą (bo prawą byłoby niewygodnie), zdecydowanie za wcześnie,
                trochę się powściekałam, bo po pierwsze..., po dugie..., a po trzecie to...Coś
                zatrzęsło domem (ale to ciocia babcia waliła drzwiami), coś wyło (ale to moje
                dziecko), coś sapało (ale to szanowny w wyrze), coś szalało po całym domu (ale
                to ja).Już się nie wściekam.Robię ściągi z greki, bo inaczej nie jestem w stanie
                tego przyswoić. Idę na koło. Nie chcę wychodzić z domu, w którym jest przytulnie
                i w którym mogę popijać niebrzęcącą herbatę. Nie lubię greki i nie lubię
                brzydkiej pogody nie za oknem. Na pocieszenie spędzę dzisiejszy wieczór w
                towarzystwie. No chyba, że przysnę sobie gdzieś w kąciku przytulona do mojego
                dziecka.
    • eva.68 Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 09:51
      Wstałam ok. 6:00 i zaczęłam się zastanawiać: iść do pracy?/nie iść do pracy? Na
      wszelki wypadek udałam się do łazienki w celu uzdatnienia się do wyjścia. W
      międzyczasie włączyłam ekspres i wyjęłam jedzenie dla kota. I cały czas
      zastanawiałam się: iść?/nie iść? po 45 min. wybrałam wariant 1. Siedzę sobie w
      domu, czytam co na forumach, jednym okiem śledzę przygody Łatka (swoją drogą co
      oni puszczają dzieciom w tej TV?!) i zastanawiam się co na obiad.

      W temacie odgłosów dziwnych jestem w posiadaniu lodówki, która miauczy.
      P:)
      Ewa udomowiona
      • beatanu Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 10:11
        eva.68 napisała:

        > Wstałam ok. 6:00 i zaczęłam się zastanawiać: iść do pracy?/nie iść do pracy?

        No ale to Ty masz strasznie fajnie, że tak sobie możesz nie iść do pracy... tak
        zupełnie bez powodu, czy przeziębienie Cię dopadło, czy drogi zawiane a
        niezamiecione?

        Broń Boże nie narzekam (ale ciut zazdroszczę!), bo dzisiaj mam wolne i udało mi
        się odeprzeć atak pracodawcy, próbującego namówić mnie do wzięcia dodatkowego
        dyżuru :)
        A powód miałam bardzo ważki i związany z odgłosami dziwnymi. Bo nasza
        starusieńka (ok.25 lat!) lodówka nie tyle miauczy, co burczy nadąsana okrutnie
        głośno i kapie z niej wszędzie, i tydzień temu kupliśmy nową (nasza pierwsza w
        życiu nowa lodówka!) i dzisiaj panowie mają ją na drugie piętro, po spiralnych
        schodach wtargać. Dlatego siedzę sobie w domu i próbuję pracować przed kompem,
        ale ciągle mnie coś/ktoś rozprasza... na przykład panowie odpowietrzacze
        pionów, na których to panów czekałam wczoraj:( Albo Kot Niecnota.
        O TWA nie wspomnę :)

        O innych odgłosach : popiskujące od czasu do czasu niewiadomoco okazało się
        wczoraj wieczorem detektorem dymu (od paru lat istnieje tutaj obowiązek
        posiadania takowych w mieszkaniach) któremu wyczerpała się bateryjka i prosił
        grzecznie o nową. Na razie jesteśmy bez detektora, bo bateryjka jest na tyle
        fikuśna, że nie znalazłam jej następczyni w szufladzie z bateryjkami i tysiącem
        innych rzeczy, i muszę pójść do sklepu, a teraz mi się nie chce, a pśźniej
        przyjdą Panowie Z Lodówką...

        :-)
        • mamarcela Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 11:05
          A mamarcela dzisiaj sobie pospała ciutkę dłużej, bo numero due szło dopiero na
          trzecią lekcję. Z tego powodu wlazło do mojego pokoju dopiero jakieś
          dwadzieścia po siódmej z pytaniem na uściech "Mamuniu, mogę sobie poczytać?"
          Osłabiło mnie to pytanie, więc otworzywszy jedno oko ryknęłam. "Nie, nie
          możesz".Co zresztą było wielkim błędem, bo zaowocowało szeregiem pytań, które
          mnie zupełnie z błogiego snu wybiły.
          Zresztą tak po prawdzie już od 6.30 sen był taki bardziej przerywany, bo numero
          uno w drodze do edukacji zwykle tupie potwornie i wydaje mi się, że
          przechodzi krokiem defiladowym przez moje śpiące jestestwo. Natężenie tupania
          jest odwrotnie proporcjonalne do zadowolenia, jakie odczuwa spojrzawszy rano w
          lustro. Im lepiej w swoim mniemaniu się prezentuje tym ciszej chodzi. Na
          dodatek kot nowy (bezimienny, a raczej wieloimienny obiekt płci żeńskiej)wybrał
          sobie końcówkę snu mojego na harce "okołokupowe" - wszyscy ci, którzy są u
          kotów na służbie wiedzą, że ich państwo tuż przed kupą i tuz po kuppie dziwnie
          się zachowują. W związku z ogólnym poruszeniem czarny duży pies mamarceli
          postanowił udać się na stanowisko podrzwiowe i sapiąc oraz popiskując oznajmić
          światu i mamarceli w pościeli, że jemu też należy się wydalanie.
          No i musiałam się zewlec z łóżka i powędrować w świat juz nie zaśnieżony, a
          raczej zlodowaciały na szaro i ogólnie smutny. Dwie kawy (z czekoladą
          chemiczną) oraz pączuszki malutkie przywróciły mi wiarę w to, że może kiedyś
          będzie lepiej. Widok z okna dopełnił czary słodyczy, bo puchowy śniegu tren na
          parapecie Parapeciary stopniał i w ogóle okolice jej okna stały się podejrzanie
          mokre, co dowodzi, że śnieg na dachu topnieje i spływa przez rynny nieszczelne.
          Z kawą i widokiem na w/w okno udałam sie do pracy (mocno dzisiaj pozorowanej. W
          międzyczasie wypełniając różne obowiązki rodzicielskie w tym podpisanie dwóch
          uwag w dzienniczku. I tu niestety znowu górę wzięła moja
          wrodzona "tokszyczność", bo musiałam ryknąć śmiechem. Wbrew wszelkim
          pedagogicznym regułom. Okropnie mi z tego powodu wstyd. :-(((
          pozdrawiam
          mamarcela nadal niepracująca, chociaż powinna i na dodatek coraz bardziej
          antypedagogiczna
        • eva.68 Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 12:04
          beatanu napisała:
          > No ale to Ty masz strasznie fajnie, że tak sobie możesz nie iść do pracy...
          tak
          >
          > zupełnie bez powodu, czy przeziębienie Cię dopadło, czy drogi zawiane a
          > niezamiecione?

          Pospieszam wyjaśnić, że jednak nie tak zupełnie bez powodu. I że przeziębienie
          jak najbardziej w tle, nie moje jednak. Jeden wirus co go był przyniósł mój mąż
          w ubiegły czwartek, pomieszkawszy i u mnie (krótko acz gwałtownie), zakończył
          swoją u nas wizytę na dziecku. I z powodu "nieszczelności" dziecięcego nosa to
          wszystko.
          Pozdrawiam "od kuchni"
          ewa z krupnikiem i śląskimi
          :)
    • brunosch Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 10:58
      dzień do dnia podobny.

      Codzień rano daję sobie słowo, że:
      - dziś zasnę wcześniej, żeby się choć raz wyspać
      - ograniczę palenie.
      Potem bardzo ciekawa, rozwojowa, niemęcząca, pasjonująca praca, która ma jedną
      wadę - trzeba ją odwalić.
      A potem to już z górki.
      Czasem tylko na korkach dowiem się od maturzysty że Wesele to sielanka, a Boryna
      był zalążkiem polskości.
      Co mnie tak wkur..., że po wyjściu tej "jelity entelektułalnej" cholera mną
      ciska, więc wypalam paczkę i zgrzytam zębami w furii aż do świtu.

      nazajutrz daję sobie słowo że:
      - dziś zasnę wcześniej
      - ograniczę palenie
      ;)
      ***
      PS wiadro gwizdało - bez względu na to czy było pełne czy puste.
      • mamarcela przeprosiny i sprostowania 08.02.06, 11:16
        Przepraszam serdecznie Szanowne Wiadro oraz Szanownego Szanownego Wiadra
        Właściela za przekłamania i nieścisłości, które się były wkradły w moje posty.
        W żadnej mierze moją intencją nie było sprawienie przykrości Szanownemu Wiadru
        i doskonale rozumiem, że gwizdanie i ryczenie to dwie zgoła różne czyności.
        Ryczą krowy, a gwiźdźą kosy, drozdy i inne ptaszki poetyczne takie. :)
        pozostaję z szacunkiem
        mamarcela pokajana i zkonfudowana wielce
        • brunosch Re: przeprosiny i sprostowania 08.02.06, 11:20
          Wiadro gwizdało na tyle głośno, że można podciągnąc pod "ryk"
          Lokomotywa ryknęła.
          O, coś w ten deseń.
          W dodatku modulowało jęk, co w sumie dawało niezłe gotyckie nastroje.
          ***
          Natomiast dzisiejszej nocy gdzieś w kamienicy wyła jakaś psina.
        • mamarcela Błędy ortograficzne 08.02.06, 11:25
          SKONFUDOWANA, cholera jasna mać!
          Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego pisząć ręcznie nie robie błędów
          ortograficznych, a podczas pisania na komputerze zdarzaja mi się błędy
          kompromitujące potwornie. O co chodzi? Jaskieś ine półkule pracują?
          Z nasłuchu wiem, że nie tylko ja tak mam.
          P:)
          mamarcela skonfudowana z powodu "zkonfudowania" na maksymalnego maksa
          • braineater Re: Błędy ortograficzne 08.02.06, 11:39
            Bo pisząc klawiszoma, podświadomie czujesz, że zaraz to puścisz przez
            autokorektę i się mniej skupiasz. I to chyba o to chodzi. Z tym, ze dokładnie
            te same błędy, którę robię pisząc łapą (jej - już nie pamietam kiedy to
            ostatnio robiłem) w tym cholerne 'zdażyło się , zdażenie' - czym ostatnio się
            Daria zaraziła nieświadomie:), robie też pisząc na kompie.

            P:)
          • beatanu Re: Błędy ortograficzne 08.02.06, 11:44
            mamarcela napisała:
            >Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego pisząć ręcznie nie robie błędów
            > ortograficznych, a podczas pisania na komputerze zdarzaja mi się błędy
            > kompromitujące potwornie. O co chodzi? Jaskieś ine półkule pracują?
            > Z nasłuchu wiem, że nie tylko ja tak mam.

            Nie potrafię Ci wytłumaczyć neurofizjologicznych procesów, bo nie mam o nich
            pojęcia ;) Ale sama tak mam i zastanawiałam się nad fenomenem nie raz i jedynym
            wyjaśnieniem "chłopsko-zdrowo-rozsądkowym z rozumiem jeszcze" jest to, że
            pisząc ręcznie, jednocześnie "czytam" co piszę i ewentualne wpadki mogę
            wzrokowo wychwycić. Nigdy nie posiadłam umiejętności pisania na maszynie bez
            patrzenia na klawiaturę i stąd ten brak jednoczesnego kontrolowania tekstu. Nie
            zawsze mam siłę czytać, to co spłodziłam. A nawet jak czytam, to robię to
            nieuważnie i stąd takie kwiatki jak wczorajsze "subjektywne" coś tam. To
            równocześnie przykład na przerażający mnie od czasu do czasu wpływ języka
            obcego, w którym jestem, na dobre i na złe, zanurzona po szyję, nawet w snach...

            A zaletą ręcznego pisania było to, że w razie wątpliwości "razem czy osobno"
            (btw to moja największa bolączka, milion razy starałam się zapamiętać
            odpowiednie regułki i jakoś bez większego rezultatu) można było napisać
            takmniejwięcej razem alejednakosobno. Co mój polonista w liceum zwalczał
            pasjami, a ja do tej pory mam lęki, gdy pojawiają się jakieś luźne partykuły i
            imiesłowy i w ogóle te najnowsze reguły jeszcze mi bardziej w głowie
            namieszały...

            Może ktoś (Brunosch?) jakichś bezpłatnych korepytycji forumowiczom udzieli?

            B - wdzięczna, nieskonfudowana i pełna wiary w to, że kiedyś nauczy się pisać
            patrząc w ekran a nie na klawiaturę :)
            • brunosch Re: Błędy ortograficzne 08.02.06, 11:50
              > Może ktoś (Brunosch?) jakichś bezpłatnych korepytycji forumowiczom udzieli?

              ja? V rzyću!
              Śmichy śmichami, ale ilość i jakość błędów w necie jest taka, że samemu można
              starannie zgłupieć. Dlatego szukamy wciąż słów nowych, nie wyświechtanych,
              których jeszcze nie przemielili forumowicze przez swoją wyobraźnię i dysgrafię
              urojoną.
              • beatanu Re: Błędy ortograficzne 08.02.06, 11:59
                brunosch napisał:
                Dlatego szukamy wciąż słów nowych, nie wyświechtanych,

                No ale ja w zasadzie tylko o tych problemach z "razem czy osobno" "łącznie czy
                rozłącznie" ....

                Właśnie, dlaczego "nie wyświechtanych" a nie "niewyświechtanych". Czy nowe
                zasady pisowni łącznej i tej drugiej nie zrównały pisowni, niezależnie od
                znaczenia? Czyli "niepalący" i "niepalący" zamiast "niepalący" (zawsze) i "nie
                palący" (teraz).

                Bardzo mącę?
                Pozdrawiam w każdym razie!
              • mamarcela Re: Błędy ortograficzne 08.02.06, 12:03
                Po głębokim namyśle
                1. rację ma Brain, bo podświadomie się edytorem tekstu (zwanym u mnie wiedzieć
                czemu Grześkiem) wyręczamy
                2. rację ma Beata, bo często sprawdzamy niepewny wyraz pisząc go dwa razy i
                porównując obrazy graficzne (jeśli oczywiście Grzesiek daleko)
                3. rację ma Brunosch, bo net działa na człowieka pod wieloma względami
                zdecydowanie destrukcyjnie
                Z mojej strony dodałabym jeszcze, że w ręcznym pisaniu wiele wyrazów zakodowało
                się w naszej podświadomości jako rodzaje ideogramów i ręka sama pisze
                prawidłowo bez zastanowienia.
                W moim konkretnym przypadku to jest tak, że ja piszę co prawda niezupełnie
                bezwzrokowo, ale potwornie szybko, nie skupiając się zupełnie nad ruchami
                palców. Stąd nie tylko zdarzające się (zdażające!) błędy ortograficzne, ale
                także niesamowita ilość literówek, których często nie poprawiam, bo już robię w
                tym czasie zupełnie co innego i myślami jestem również całkiem gdzie indziej.
                Obiecuję, że się poprawię, bo to wygląda tak, jakbym Was lekceważyła.
                A TO NIEPRAWDA.
                mamarcela zawstydzona i z popiołem
    • kawa_malinowa Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 11:27
      wstalam. ledwo - pol nocy patrzylam za okno. zjadlam. posprzatalam po rodzinie.
      wypilam kawe. wlaczylam komputer. poczta i blog. a tam komentarze, listy i
      statystyki i pozniej "i just don;t know what to do with myself".

      plan przewiduje - spakowanie sie. podanie obiadu. wyjazd do wroclawia. piwo z
      kumplem. naukę.
    • ash3 Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 11:51
      Właściwie nie wiem, co uznać za początek dnia: czy 3.30 czy 4.50 czy 7 rano?
      Zacznijmy od siódmej, bo było juz jasno. Wstałam dziarsko juz o 7.10 i zajrzałam
      do łóżeczka małej - byla gotowa na sniadanie, więc szybko wyjrzałysmy za ono
      (śnieg nadal lezal) i przycupnęłyśmy na brzegu łóżka (by nie zasnąć znowu),
      ratując się gazetą i dokończeniem wczorajszego wywiadu o blogach i internetowych
      dziennikarzach. Poranna błyskotliwa refleksja: właściwie to ja też należę do tej
      społeczności internautów... Oraz: zajrzec pod podane pod koniec tekstu adresy
      internetowe. Najpierw jednak spręzyć się i zdążyc z małą na szczepienie na 9.
      Trochę się obawiam tego szczepienia. Włączyć radio, nastawić kawę. Popijając
      małymi łyczkami kawę nosze zaspaną małą, podciągam spodnie od piżamy, zmieniam
      jej pieluszkę i smaruję policzki przed wyjściem na zewnatrz, ale nie na mróz,
      dzisiaj jest cieplej.
    • quarantine Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 12:06
      Po porannym seksie z własnym mężem, szybki prysznic. Włosy?? Co zrobić z
      włosami?? Makijaż, opanowany do perfekcji, mogę robić po ciemku. W co się
      ubrać???? Dobra, ubrałam się. Śniadanko. Musi być śniadanko. I jest to jedyne
      pół godziny w ciągu dnia, kiedy możemy spokojnie porozmawiać z mężem. Zaraz
      potem wyłażą z łóżek moje ukochane, najdroższe dzieci, które jednak wolę, kiedy
      śpią. Ulatniam się w kulminacyjnym punkcie, kiedy kobiety zaczynają wydziwiać
      co by tu zjeść, tatuś dzieci dostaje szału, a Frankowi wszystko to wisi, bo po
      co się spieszyć. Jadę do pracy. W pracy kawa i korespondencja, to na początek.
      Potem praca, a po pracy się dopiero okaże przecież.
    • nienietoperz Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 13:13
      Wstalo sie 8.30, powedrowalo do kuchni wstawic tosty + patelnie na English
      breakfast (co prawda nie full, bo slodkiego groszku i smazonych pomidorow sie
      nie uznaje), powrot w celu umycia sie nieco i rzucenia wlasna pizama w zone
      (rytual codzienny) w celu tej obudzenia (porazka codzienna), proba wlozenia paru
      kolejnych rzeczy do pudel i teczek (przeprowadzka za dwa dni), ukradzione do
      sniadania pare stron 'Soboty' McEwana i wyjazd rowerem na pozegnalne spotkanie z
      ulubionym sklepem z uzywanymi plytami i nieulubionym supermarketem. Powrot na
      kawe, i znow zwijka do tak zwanej expracy (glownie juz w celu czytania forum i
      pakowania swoich papierzysk). Teraz zaczyna sie plan na przyszlosc: seminarium
      plus lunch pozegnalny z jednym Portugalczykiem, co to tylko o futbolu, ale i tak
      sympatyczny, potem znow do expracy w celu troche popracowania moze?, do telefonu
      do nowej pracy i na kolacje pozegnalna do Ukraincow, co to nie tylko o futbolu.

      Wasz nntpz
    • ydorius Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 14:30

      tradycyjnie, koło trzeciej w nocy, kończąc czytać lub grać w morrowinda,
      nastawiam sobie budzik na 10.15, wiedząc, że będzie wył z przerwami do 11.15 nie
      speniając i tak w końcu swej powinności (czasem w okolicy 11.15 przestawiam go
      na 11.30 albo 11.45). Wstaję po południu i przyzwyczajam się do myśli, ze
      kolejny dzień się nie tylko zaczął, ale w dodatku dla większości ludzi już trwa
      w najlepsze. Nie jem śnaiadania, kupuję w sklepie świeżą (niezdrowo) bułkę i
      kefir (zdrowo) i idę na przystanek. Kupuję bilet, wyciągam książkę i zanim się
      obejrzę jestem w pracy. W pracy siedzę i piję kawę. Piszę opowiadania, gadam z
      ludźmi, piszę w necie, znowu piję kawę. Czasem nawet pracuję (ale nie w
      poniedziałki, w poniedziałki zazwyczaj i tak nie mam co robić). Koło 16 wychodzę
      z pracy (chyba, że już jest mało ludzi, wtedy zostaję dłużej - wrzucam sobie
      wówczas na głośniki jakąś muzykę bardzo głośno i nikt nic nie może powiedzieć,
      bo nikogo nie ma). Potem wracam do domu, robiąc po drodze jakieś zakupy. Czytam
      w metrze. Potem jest już późno, więc czytam i siedzę przed komputerem. I słucham
      muzyki. W pewnym momencie okazuje się, ze znów jest trzecia w nocy, więc
      nastawiam budzik na 10.15, wiedząc, że to i tak bez sensu.

      m,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Pinezka's Potted Meat?
      Incomplete.
      wypielęgnowany harmider w duszy
      • eeela Re: Dzień z życia TWA-cza 15.02.06, 13:46
        > tradycyjnie, koło trzeciej w nocy, kończąc czytać lub grać w morrowinda,

        Ydorius!!! Wiedzialam od poczatku, ze cie lubie, choc tak rzadko czytam :-)
    • diffie Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 15:48
      Rano, ale trochę później. W drodze do roboty podchodzę sobie do kiosku "Ruchu".
      Przy okienku stoi chłopaczek, z niewielką konsolą w dłoniach, i zaciekle w coś
      pogrywa.
      - Ma pan coś ? - pyta ten chłopaczek - i nawet na mnie nie spojrzy, bo zajęty -
      No ma pan coś ?
      - Czy wyda pani ze stu złotych ? - nachylam się do okienka.
      - Nie.
      - No ma pan coś ? - podpytuje dalej ten mały - To pan mi da.
      - Poproszę te slimy i gazetę.
      - Wyborczą ?
      - Wyborczą.
      Pani kioskarka daje mi papierosy, gazetę, bez jakielkolwiek uwagi wydaje resztę
      ze stu złotych. Odkładam monetę dwuzłotową i mówię do tego chłopaczka:
      - Pewnie w domu się nie przelewa, co ?
      - No - odpowiada. I gra, aż miło !
      Zastanowiłem się chwilkę i mówię:
      - Ojciec pewnie pije.
      - No.
      - A ty chcesz kupić sobie coś do jedzenia. Bułkę i serek.
      - No - odpowiada chłopaczek, i proszę, jak mu poszło, pewnie wygrał, bo nagle
      wykrzykuje tak jak pan premier, wow, wow !
      - To sobie kup - mówię i daję mu monetę.


      • daria13 Re: Dzień z życia TWA-cza 08.02.06, 21:41
        Nie umiem tak barwnie opowiadać o swoim dniu, bo też nie ma o czym, ale za to
        mogę się poszczycić posiadaniem kapiącej ściany. Właśnie tak. Niedawno
        odkryłam, że ściana w naszym pokoju gościnnym (przez zimno musiałam tam spać
        przez kilka nocy, bo w sypialni było tylko 12 st.)kapie, przy czym kapanie jest
        wyłącznie słyszalne, a nie widzialne. Dziwne to i cholernie denerwujące, bo nie
        można temu zapobiec, ani zakręcić, ani naprawić, bo nie ma czego, a zasnąć przy
        takim odgłosie naprawdę ciężko. Na szczęście noce zrobiły się cieplejsze i
        mogliśmy wrócić do sypialni.
        Pozdrawiam:)
        • brunosch opowieść o kapiącej ścianie 08.02.06, 22:40
          Dawno, dawno temu, chyba na początku lat '90 mieszkał Brunosch na Dolnym
          Mokotowie. I mu w łazience tajemniczo kapało. Znikąd. Na podłodze rosła kałuża,
          a nihuhu nie było widać miejsca przecieku.
          Pewnego dnia poszedł se Brunosch jak zawsze do pracy (niewyspany!!!) zostawiwszy
          na miejscu Przyjaciółkę ze złamaną nogą.
          Nagle w Firmie telefon. Zalewa nas! wody po szyję!
          Lecę do domu ratować niebogę (gips namoknięty to nie przelewki) Co się na
          miejscu okazuje? - źródło bije ze ściany. Rura pękła pod tynkiem i tryska jak
          nie przymierzając skała mojżeszowa. Na szczęście, w międzyczasie Ewa zawołała
          już pogotowie hydrauliczne, zakręcili Główny Zawór, skuli ścianę i dawaj odcinać
          rurę i wymieniać na nową. Wszystko pięknie, ale zawór był jeden, obejmujący nie
          tylko kamienicę, ale też przedszkole i coś jeszcze, więc w momencie, gdy Wielki
          Hydraulik uciął rurę, objawił się jakiś cwaniaczek, któremu wody zabrakło i
          Zawór ten wziął i odkręcił.
          Ba! Czy widzieliście fontannę odbijającą się od sufitu? Mało tego. Czy
          widzieliście Mokrego i Przeklinającego Hydraulika? Ja do tamtej pory nie...
          I nie da się tego zapomnieć.
          • daria13 Re: opowieść o kapiącej ścianie 09.02.06, 09:22
            Psia kosć, ale mnie teraz nastraszyłeś. A jak u mnie to też kapiąca w środku
            rura? Ale w pokoju nie ma kałuż, nie ma nawet śladu wody, tylko ze ściany
            wydobywa się odgłoś delikatnie kapiącej wody.
            Czy mam rozkuwać ścianę, a jeśli tak, to w którym miejscu, bo odgłosu nie da
            się dokładnie umiejscowić.
            Pozdrawiam mocno zaniepokojona:)
            • beatanu Re: opowieść o kapiącej ścianie 09.02.06, 09:35
              daria13 napisała:
              > Czy mam rozkuwać ścianę, a jeśli tak, to w którym miejscu, bo odgłosu nie da
              > się dokładnie umiejscowić.
              > Pozdrawiam mocno zaniepokojona:)

              Dario, spokojnie:) Może najpierw zorientujess się, czy w danej ścianie istnieje
              jakaś rura. O ile pokój nie sąsiaduje z łazienką albo kuchnią to jakoś nie
              widzę powodu istnienia rury w tej właśnie ścianie. Może zadzwonisz najpierw do -
              nie wiem, głównego architekta, firmy, która dom wybudowała, jakiegoś
              administratora czy kogoś jeszcze, kto takie rzeczy powinien wiedzieć. Odgłosy
              domowe roznoszą się bardzo dziwnymi drogami i czasami trudno się zorientować,
              skąd naprawdę pochodzą. A jeżeli gdzieś kapie, to gdzieś ta woda musi się
              zbierać i w końcu ją zauważysz. Trudno skuć cały dom w poszukiwaniu kropelek...

              Mam nadzieję, że to niegroźne kropelki! Głowa do góry!
              Pozdrawiam ciepło!
          • beatanu Re: opowieść o kapiącej ścianie 09.02.06, 09:48
            brunosch napisał:

            >Czy widzieliście Mokrego i Przeklinającego Hydraulika? Ja do tamtej pory
            nie...

            Owszem, widziałam. Też tylko raz i mam nadzieję, że już nigdy więcej :) U nas
            nie było takich spektakularnych zjawisk fontannowych, ale też było mokro i z
            przekleństwami, i naprawdę żyl mi było tego fachowca, bo nie jest fajnie
            stracić panowanie nad sytzacją, chociażby trwało to tylko parę minut...

            Pan przyszedł do nas wymienić kolanka pod umywalkami, bo spółdzielnia
            mieszkamniowa stwierdziła, że stare są za stare (ponad 30 lat) i zardzewiałe
            rdzą i innym brudem zaszłe. Wszystko szło sprawnie i zgodnie z planem z
            łazience, ale w kuchni zaczęły się problemy. I już nawet nie pamiętam, w czym
            te problemy miały podłoże. Dość, że hydraulik (młody wiekiem) biegał między
            głównymi zaworami w piwnicy a naszym mieszkaniem, został zmuszony kuć ścianę (w
            piwnicy) i tłuc się młotkiem (już tylko po zapieczonych rurach) u nas. Zalał
            podłogę w kuchni (sprzątałam ja) i podłogę w piwnicy (sprzątał on). A poza tym
            mieliśmy całkiem udany dzień :)

            Od tej pory mamy ładne, plastikowe rury i kolanka i co tam jeszcze, i mam
            nadzieję, że następną wymianą zajmą się dopiero przyszli właściciele
            mieszkania...

            Beata Z Nową Lodówką-Milczką (ale za to z drzwiami po "złej" stronie ;)
            • blue.berry dalej o hydraulikach 09.02.06, 10:24
              ja za to widzialam wystraszonego hydraulika, a wlasciwie nawet dwoch.
              spoldzielnia w ramach dzialan remontowych majacych zrobic dobrze lokatorom
              postanowila wymieniac rury lazienkowe. (u nas jest to tak sprytnie pomyslanie
              ze do ror owych mozna sie dostac od strony korytarza ogolnego bo lazienka
              przylega i na korytarzu sa do pionu specjalne drzwi) wymiana wiec byla
              komfortowa. do momentu wymieniania na nowe malego kawalka rury co to laczy ten
              caly pion z kranem zlewowym. i ten owy kawalek rury w ramach spoldzielczej
              oszczednosci mial byc puszczony wierzchem znaczy tak sobie luzem nad kafelkami
              jako lazienkowy ozdobnik. oczywiscie panowie uslyszeli ze po naszym trupie i ze
              naten tychmiast maja sie wkuwac fragmentarycznie i wymieniac po bozemu. no i
              sie wkuli. przy 3 puknieciu ze sciany spadly wszystkie kafelki razem z
              przyklejonym do nig wielgachnym lustrem ktore w ostatnim momencie zdazyl
              chwycic moj TZ. myslalam ze bede miala jakis wylew:)))
              o tym jak pozniej bylo to naprawiane i jak moj TZ kupil kafelki pod kolor do
              latania sciany nie chce mi sie opowiadac bo mimo ze zdarzenie sprzed dwoch lat
              to rana ciagle krwawi:)))
              • mamarcela Re: dalej o hydraulikach 09.02.06, 10:42
                mamarcela mogłaby napisać książkę pt.. "Moje życie z hydraulikami". Powiem
                więcej jej najrozmaitsze wodne przygody były parokrotnie opisywane w gazecie
                stołecznej, co to jeszcze wtedy cienka i szara była. A wszystko to dlatego, że
                od lat 20 mieszka w domu głęboko przedwojennym, który to komuna oraz pączkująca
                demokracja usiłowała po swojemu wyremontować. Oj, długo by mówić o hydraulikach
                ze szczególnym uwzględnieniem niejakich Jaśka i Jóżka.
                Rury pękające w scianach to dla mamarceli po prostu chleb powszedni. Nie bez
                powodu mieszkająca pod nią śp. sąsiadka nosiła dumny nick Zalewajka, a jej syn
                niejaki pan Marek zjawia się u mamarceli w domu li i jedynie, żeby oznajmić, że
                u niego znowu cieknie.
                Dolne szafki w kuchni pewnego dnia rozpadły się na trociny, bowiem jak wiadomo
                kropla drąży skałę i wieloletnie sączenie się za szafkami musi kiedyś przynieść
                owoce. Nawet tak trujące jak konieczność wymiany szafek (na takie na nogach,
                coby od razu widzieć, co się święci0.
                ALE i tu słowa pocieszenia dla Darii - nigdy przenigdy tych większych i
                mniejszych katastrof hydraulicznych nie przepowiadały żadne zjawiska
                akustyczne. Nigdy nie było żadnego kapania przepowiadającego.
                Ja uznałabym więc owo kapanie za zjawisko z pogranicza rozdzielności ciała i
                ducha i wsadziłabym do jednego worka z brzęczącymi herbatami, miauczącymi
                lodówkami, gwiżdżącymi wiadrami i głósnikami , co to po portugalsku z akcentem
                brazylijskim.
                Nie ma, co się zawczasu przejmować jak ma pęknąć to i tak pęknie. Niezbadane są
                wyroki Wielkiego Hydraulika. :)
                P:)
                mamarcela w kwestii rur nauczona postawy stoickiej
                • brunosch o wodach tajemnych 09.02.06, 15:01
                  > ALE i tu słowa pocieszenia dla Darii - nigdy przenigdy tych większych i
                  > mniejszych katastrof hydraulicznych nie przepowiadały żadne zjawiska
                  > akustyczne. Nigdy nie było żadnego kapania przepowiadającego.

                  to chyba jednak gorzej, bo znienacka...
                  A woda potrafi robić sobie niezłe jaja z człowieka!

                  Kilka lat temu (cały czas chodzi o to samo mieszkanie) sąsiad z góry zalewał
                  mnie w sposób metafizyczny. Bo nie szło ludzkim rozumem ogarnąć, dlaczego woda z
                  jego kąpieli wylewa się u mnie w pokoju przez pstryczek od światła... Ale tak było.
                  Swoisty rekord pobił zalewając mnie na sucho. To znaczy - u mnie poszedł tynk na
                  suficie, woda lała się z mocą wodospadu, a u niego NIC. Nawet kaloryfer miał w
                  innym kącie pokoju. Zaczęliśmy się głowić i okazało się, że w ramach odwilży
                  śnieg na jego balkonie roztapiając się wpłynął w strop, robiąc tam niezły
                  purchel, tzw "rezerwuar" wody śródstropowej.
                  Zmieściło się tam jak nic ze trzy wiadra wody i nagle rymsło, bo musiało.
                  I kto by pomyślał... nic tego nie zapowiadało, a sufit spadł z hukiem.
              • beatanu Re: dalej o hydraulikach 09.02.06, 10:47
                blue.berry napisała:
                > spoldzielnia w ramach dzialan remontowych majacych zrobic dobrze lokatorom

                Nie wiem czy to będzie pocieszające, ale (ponieważ rana krwawi, to nie mogę jej
                rozdrapywać;)
                a) rurę wam w końcu zamontowali pod kafelkami
                b) czasami takie działania spółdzielni "wymuszają" rzeczy, których normalnie
                nigdy (no, może nie nigdy, ale prawie) byśmy nie zrobili :)

                Na przykład nasza spółdzielnia zachęcała wszystkich mieszkańców do remontu
                generalnego łazienki, bo istniała (wg. tutejszych standardów) potrzeba wymiany
                rur podpodłogowych i takich innych, do których trzeba się wkuwać. Zachęceni
                sporym rabatem na robociznę podjęliśmy decyzję: wymieniamy wsio (oprócz w miarę
                nowej muszli klozetowej) I od dwóch lat mamy o wiele jaśniejszą i czyściejszą
                łazienkę :)
                • blue.berry Re: dalej o hydraulikach 09.02.06, 11:07
                  ja za to mam lazienke w trzech kolorach kafli.
                  wczesniej byla w dwoch - delikatnym niebieskim i jasnym golebim. jako trzeci
                  kolor doszedl, cytuje: "prawie taki sam, tak jak mowilas, golebi, no wiesz,
                  taki jasniutki szary" - KOLOR BARDZO CIEMNEGO BETONU!
                  jedyne co moglam pozniej zrobic to dodac duzo metalowych elementow aby jakos
                  usprawiedliwic ten industrial:)))
                  • beatanu o kafelkach 09.02.06, 11:27
                    blue.berry napisała:

                    > ja za to mam lazienke w trzech kolorach kafli.

                    Bo z kafelkami to nie jest tak prosto jak by się wydawało...Zwłaszcza jak się
                    żyje z mężem-nie-tyle-daltonistą-co-nieczułym-na-subtelności-odcieni :) Wiem
                    coś o tym :)))


                    >KOLOR BARDZO CIEMNEGO BETONU!


                    A może Twój mąż, kupując te nieszczęsne kafelki, miał na myśli brudnawe nieco
                    gołąbki krakowskie? Bo te bywają w kolorze ciemnego betonu...


                    Ale sama przeżyłam szok, gdy przed wspomnianym wcześniej remoncie łazienki
                    musieliśmy podjąć decyzję, co w tej łazience będzie na ścianach i podłodze i
                    pod sufitem. Nikt z nas nie ma zacięcia z tym kierunku (kto nas przyjedzie
                    odwiedzić,zobaczy jaki ładny eklektyzm niezamierzony stosujemy :)
                    Zdecydowaliśmy, że kafelki będą białe (łazienka jest maciupka) a podłoga
                    niebieska. No a w sklepie pani wywala na stół czternaście rodzajów bieli... O
                    niebieskości podłogowe już nie pytaliśmy, tylko wskazaliśmy paluszkiem na jedno
                    z urządzonych w sklepie mini-wnętrz: takie, please!

                    Pozdrawiam serdecznie!
                    • dr.krisk O urokach hydrauliki stosowanej.... 09.02.06, 15:15
                      Nie wiem czy zwróciście uwagę na obowiązkowy element amerykańskich komedii -
                      bohater zabiera się za reperację zlewu i wywołuje powódź, gejzery, erupcje,
                      itp. Zawsze zastanawia mnie owa magia hydraulictwa - przecież jest to jeden z
                      prostszych elementów instalacji domowej, a tu proszę: najwyraźniej jakaś
                      amerykańska trauma... A może woda to ostatni groźny żywioł, który wpuszczamy (i
                      to pod ciśnieniem!!!) do domu, i stąd ów przestrach? Faceci, bez mrugnięcia
                      okiem konfigurujący komputer (partycje dysków, sterowniki, itp..) wymiękają,
                      gdy trzeba zamontować nową baterię w umywalce? Bo tu jak siknie to
                      niewirtualnie jeno na mokro i nie da się zresetować, ino zaleje nas, sąsiadów,
                      dzielnicę, a potem połaczy się z morzem, i tylko patrzeć jak w stołowym jakies
                      behemoty zębate pływac będą i nasze meble na wysoki połysk obgryzać....
                      Okropna to rzecz ta hydraulika, ale ją lubię. Wielkie klucze - żabki, taśmy
                      teflonowe, gwintowniki, uszczelki.. i ten dreszczyk emocji - pocieknie, czy nie?
                      Ciekawe są również lokalne odmiany hydraulictwa - przeciętny włoski syfon
                      umywalkowy przypomina silnik Ferrari: mnóstwo maluśkich częsci, delikatych i
                      podatnych na zagubienie. Amerykanie z kolei stosują mokre miski klozetowe,
                      przez co ich spłuczki charakteryzują się niezywkle złożona budową. No i trzeba
                      było widzieć moją zdziwioną minę, gdym po raz pierwszy odwiedził taki
                      przybytek....
                      Tak, hydraulika to rzecz dla ludzi o mocnych nerwach......
    • ben-oni Re: Dzień z życia TWA-cza 09.02.06, 12:01
      Wszystkim spragnionym posiadania śpiewajacych kubków!
      Bezbłędnym zakupem są kubki "made in Romania", takie ładne, kolorowe,
      połyskliwe... i niemal zawsze śpiewające. Rumuni to widać, bardzo muzykalny
      ludek.
      W trakcie śpiewania kubek wydziela serie bąbelków bezzapachowych. Ciekawe...
      • brunosch Re: Dzień z życia TWA-cza 09.02.06, 12:28
        dziś w moje ręce wpadł kubek chiński.
        Ciekawe - będzie w nim śpiewało czy nie? A jeśli tak, czy będzie to "Wschód jest
        czerwony"?
        Ach, idę naparzać napary.
    • diffie Re: Dzień z życia TWA-cza 09.02.06, 15:43
      Koło południa. Ludzie dzwonią. W sprawie elektrycznych czajników.
      - Proszę pani, nie mamy nic wspólnego z elektrycznymi czajnikami.
      - Proszę nie kłamać ! W ramach promocji przy zakupie powyżej trzystu złotych
      należy mi się czajnik ! Czy to numer taki, a taki ?
      - Zgadza się.
      - Właśnie !!! Taki sam numer mam na paragonie, kasjerka przybiła pieczątkę !
      - Ależ to musi być jakaś pomyłka !
      - Więc odmawia pan wydania czajnika na podstawie opieczętowanego paragonu ?
      - Mamy tylko jeden, a i to używany ...
      - (na boku, pewnie do męża) Antoni, ty sobie wyobrażasz ? Jacy złodzieje ?
      • olahabe Re: Dzień z życia TWA-cza 09.02.06, 23:26
        Około 14tej nieznośna świadomość, że :
        -kwiatek czeka w łazience na przesadzenie i gnije z braku światła i nadmiaru
        wody
        - pranie sztywnieje nadal na sznurach i zaraz odpadnie samo
        - w garnku czekają ugotowane rano jaja, które trzeba obrobić
        - druk bezpiecznego /rozpaczliwego L-4 nadal wisi na lodówce zamiast przejść
        przez jakikolwiek faks
        - dwoje bliskich mi ludzi czeka bez skutku na telefon ode mnie
        Mimo wszystko, ci ludzie są jednak na końcu czarnej listy, a ja wolę sie
        pogrążać w egoistycznym, ale jakże wygodnym chaosie.
    • blue.berry Re: Dzień z życia TWA-cza 10.02.06, 09:01
      pamietacie doskonały film All That Jazz (znany u nas jako Caly ten zgiełk) w
      rezyserii Boba Fosse'a z doskonałą rolą Roya Scheidera?
      tak glowny bohater (skondinad grajacy wlasnie Boba Fosse'a) kazdy dzien zaczyna
      od stalych rutynowych czynnosci takich jak ogladanie swojej zmeczonej twarzy w
      lustrze, lykaniu sterty pigulek, zakraplaniu oczu etctera. slabo sie to
      opowiada bo w filmie ma to swoj niesamowity rytm a dodatkowo klimat robi
      swietnie pokazana ta codzienna powtarzalnosc. zestaw czynnosci ktore
      przywrtacaja cie do zycia i pozwalaja przetrwac nastepny dzien.
      uwielbiam ten film z zwlaszcze te sceny. prawdopodobnie dlatego ze
      przypominaja mi wiekszosc porankow w moim zyciu:))
      • ash3 Re: Dzień z życia TWA-cza 10.02.06, 10:38
        blue.berry napisała:

        > pamietacie doskonały film All That Jazz (znany u nas jako Caly ten zgiełk) w
        > rezyserii Boba Fosse'a z doskonałą rolą Roya Scheidera?
        > tak glowny bohater (skondinad grajacy wlasnie Boba Fosse'a) kazdy dzien zaczyna
        >
        > od stalych rutynowych czynnosci takich jak ogladanie swojej zmeczonej twarzy w
        > lustrze, lykaniu sterty pigulek, zakraplaniu oczu etctera. slabo sie to
        > opowiada bo w filmie ma to swoj niesamowity rytm a dodatkowo klimat robi
        > swietnie pokazana ta codzienna powtarzalnosc. zestaw czynnosci ktore
        > przywrtacaja cie do zycia i pozwalaja przetrwac nastepny dzien.
        > uwielbiam ten film z zwlaszcze te sceny. prawdopodobnie dlatego ze
        > przypominaja mi wiekszosc porankow w moim zyciu:))
        >

        Mi się jeszcze a propos filmów o porankach przypomina stale American Beauty i
        poranek gł. bohatera pod prysznicem (zwłaszcza jego komentarz, że to
        najprzyjemniejsza część dnia, a potem jest już tylko gorzej. Dla mnie czymś
        takim jest filiżanka kawy - zwłaszcza po jakiejś męczącej nocy, która tak
        naprawdę zaczęła się poprzedniego wieczora. Bo na ogół lubię poranki).

        Tez uwielbiam ten film (ATJ). Kiedyś leciał na Alekino i miałam przyjemność
        oglądania go kilkakrotnie w krótkim czasie:-) Poza tym - koniecznie biorę go pod
        uwagę, gdy myślę o śmierci. Wydaje mi się, że sztuki tzw. popularne (jak kino)
        mają sporo ciekawego materiału do analizy do przekazania jeśli chodzi o sprawy
        ostateczne... wbrew pozorom (moze).
        • brunosch Poranek filmowy? 10.02.06, 10:58
          korowód codziennych zmagań z rzeczywistością najdoskonalej przedstawił Koterski
          w "Dniu Świra"
          Nie tylko powtarzalność działań (bo przecież każdy ranek wygląda podobnie) ale
          przede wszystkim rytualną (i neurotyczną) magiczność powtarzanych gestów.
          Kto o sobie może powiedzieć, że "Adaś Miauczyński to ja"?
    • kwiecienka1 Re: Dzień z życia TWA-cza 15.02.06, 22:36
      To był jeden z najbardziej dramatycznych dni w moim życiu. Dzisiaj.
      Rano. Budzi mnie telefon. Matka przerażona każe mi natychmiast przynieść z domu
      wszystkie wiaderka (mamy jedno) i ręczniki (mamy sporo) - dramatycznie
      wyjaśnia, że w ich pracy pękła rura i woda się leje... (dodam: rodzice mają
      mały sklep + małą firmę na parterze sąsiedniego bloku). Na miejscu okazuje się,
      że musiała pęknąć jakaś superwielka rura i wszystko leje się do nas... Po kilku
      godzinach ratowania dobytku & prób powstrzymania lejącej się wody przez nas,
      hydraulików i strażaków spasowaliśmy...
      Okazało się, że ktoś na pierwszym piętrze robił sobie remont przy pomocy
      nieudolnych robotników, którzy niechcący uszkodzili (nie wiem jak) główną rurę
      doprowadzającą wodę do jedenastopiętrowego bloku - pomimo w miarę szybkiego
      zakręcenia zaworów sporo jeszcze tej wody pociekło no i wiele rzeczy nam
      pouszkadzało... do wyrzucenia jest część towaru ze sklepu i komputer, i
      zobaczymy ile mebli z biura...
      ale:
      są i dobre informacje: podobno dobrze, że mieliśmy jakieś dziurki w suficie i
      dlatego nam nie odpadł (woda lała się tylko po ścianach i przez te dziurki) =>
      jak się wszystko wysuszy można się tam dalej bawić :)
      spółdzielnia i ubezpieczalnia zachowały się całkiem całkiem, nie powiem => nie
      powinno być problemów (facet z pierwszego piętra też był ubezpieczony) :))

      a na dodatek jak już ochłonęliśmy, tak koło drugiej, siedliśmy sobie na tym
      pobojowisku a ojciec zapytał: ciekawe jak tam Janica?
      nie wiedzieliśmy, że Janica Kostelić jednak dziś nie wystartowała w zjeździe
      (prąd trzeba było wyłączyć) - to się nazywa być kibicem :-)))
      pozdrawiam
      Kwiecienka i Rodzice-Kibice (z Nadziejami na Szybką Kasę z Ubezpieczenia)
      • beatanu Re: Dzień z życia TWA-cza 15.02.06, 22:46
        kwiecienka1 napisała:
        > a na dodatek jak już ochłonęliśmy, tak koło drugiej, siedliśmy sobie na tym
        > pobojowisku a ojciec zapytał: ciekawe jak tam Janica?
        > nie wiedzieliśmy, że Janica Kostelić jednak dziś nie wystartowała w zjeździe
        > (prąd trzeba było wyłączyć) - to się nazywa być kibicem :-)))
        > pozdrawiam
        > Kwiecienka i Rodzice-Kibice (z Nadziejami na Szybką Kasę z Ubezpieczenia)

        No proszę, a ja zupełnie nieświadoma Twoich dramatycznych przeżyć pracowałam w
        suchych pomieszczeniach szpitala, a później zaparkowałam się w suchym
        mieszkaniu i cieszyłam z brązu Anji Pärson...

        Mam nadzieję, że kasa nie będzie zwlekać z kasą, i że bez problemów i jak
        najszbciej uda się Wam doprowadzić sklep i biuro do używalności!

        Pozdrawiam serdecznie!
      • dr.krisk A mówiłem? Woda to żywioł, a hydraulictwo... 15.02.06, 22:46
        .. to zabawa dla Prawdziwych Mężczyzn!
        Dobrze, że wszystko się tak skończyło! Bo z potopami różnie bywa....
        • kwiecienka1 Re: A mówiłem? Woda to żywioł, a hydraulictwo... 15.02.06, 23:08
          Skończyło się nawet lepiej niż bym kiedykolwiek przypuszczała...
          Nie wiemy co będzie dalej i ile trzeba będzie przejść w administracjach
          przeróżnych, ale wiem jedno - moi rodzice są hmmm, dość nietypowi - zamiast się
          zamartwiać "co to będzie" leżą sobie teraz w łóżku i oglądają hokej (USA-Łotwa)
          i do tego zażarcie komentują :))
          pozdrawiam
          Kwiecienka i w Domu po Staremu
          • stella25b Re: A mówiłem? Woda to żywioł, a hydraulictwo... 16.02.06, 09:21
            To sie nazywa zachowac Olimpijski Spokoj. Takich ludzi lubie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka