gumpel
23.02.06, 10:03
Mocno prowokacyjny artykuł Jacka Sarzało z dzisiejszej Gazety.
Źódło: sport.gazeta.pl/turyn2006/1,71348,3178213.html
Treść:
O wyższości LM nad IO
Chyba zaczynam rozumieć tych, którzy we wtorek od rana chodzili
uśmiechnięci. - Nareszcie - mówili. - Wraca Liga Mistrzów, będzie czym się
pasjonować!
Trochę to bluźniercza radość, prawda? Przecież trwają właśnie igrzyska
olimpijskie, sportu mamy akurat w tych dniach zatrzęsienie - do przesytu
włącznie. A jednak właśnie dlatego, przez odniesienia, rzeczywiście można coś
pojąć. Jedyną prawdziwie zespołową, jedyną właściwie, w której pełno jest
bezpośredniej walki i fauli, jedyną, w której o wyniku decydują nie tylko
wytrenowane do granic absurdu mięśnie, ale także pomysł, wizja, taktyka,
błysk geniuszu, jedyną, która jest w stanie wywołać emocje u kompletnych
nawet laików - jest w Turynie hokej. Reszta to popis nienaturalnych, wręcz
odczłowieczonych umiejętności, które - jak choćby w saneczkarstwie -
pozwalają zdobyć nad rywalem niezrozumiałą dla przeciętnego śmiertelnika
przewagę tysięcznych części sekundy. Albo w biegach: wyrusza na trasę cyborg
za cyborgiem, a my nijak nie potrafimy zrozumieć - czemu jeden od drugiego
jest lepszy o niezauważalne 10 s na 10 km... Nie mówiąc już o skokach, w
których nie wiedzieć czemu na równi z odległością ocenia się styl. Czy kto
widział, by na lekkoatletycznych stadionach sędziowie brali pod uwagę
estetykę pokonywania powietrza przez trójskoczków? Poza tym jak tu kibicować
pojedynczemu panczeniście... Owszem, można się cieszyć, że wygrał, ale w
sercu miejsca na dłużej raczej dla niego nie ma.
A w futbolu wszystko jest jasne. Zwłaszcza to, że zespół może składać się z
najlepszych zawodników świata, a mimo to przegrać. Co w takiej na przykład
sztafecie narciarskich biegaczy byłoby już nierealne. Co to zresztą znaczy -
być najlepszym piłkarzem? Jak na przykład porównać Franka Lamparda ze
Stevenem Gerrardem? Tak, tak, nie ma innej drogi - muszą ze swymi drużynami
stanąć naprzeciw siebie i wylewając pot i krew udowodnić nam - który jest
górą. Ścierając się noga w nogę, a nie strzelając serie rzutów karnych.
Mijając się nawzajem zwodami, a nie kopiąc piłkę - kto dalej. Strzelając gole
po niepowtarzalnych zagraniach, a nie biegając na czas dookoła boiska. Bo,
paradoksalnie, właśnie w tych pierwszych dokonaniach najpełniej widać
sportową wielkość. Te drugie wystarczy po prostu odmierzyć zegarkiem lub
centymetrem.
__________________________________________________________________________
No i co Wy na to ?
Ja tam piłkę kopaną również bardzo lubię, ale po mojemu autor przesadził.
Chyba nie oglądał jak Defrasne pokonał Bjoerndalena na 10 km. Tam też było
wszystko - strategia i taktyka, które jak się wydawało w pewnym momencie
wzięły w łęb, a potem bezpośrednia walka, dramaturgia i porażka wielkiego
faworyta, który już, już witał się z króliczkiem ... A Lampart, czy Gerrard
to takie same maszyny jak biegacze, czy łyżwiarze. Kto nie wierzy niech sobie
przebiegnie połowę długości boiska na pełnym gazie ...
Pozdrawiam
G.