mohandis.bolandi
02.12.02, 14:58
Melduję się i witam na forum, które-mam nadzieję, zacznie się powoli rozwijać
w stronę kontaktową polskich expat’ów. Jest ich wcale niemało, ale jakoś nie
mamy jeszcze swojego popularnego forum. Brawo, Chaladia, za ciekawą
inicjatywę.
Dobrze, ale teraz do rzeczy! Spróbuję, zatem, streścić swoją ME historię.
Miło będzie trochę powspominać tamte, słoneczne (w przenośni i dosłownie),
czasy w te ponure dni listopadowe.
Moja historia zaczyna się, w zasadzie, podobnie jak Chaladii. Ja też marzyłem
w młodości o podróżach, czytając „Tomki” Szklarskiego i takie tam, różne
inne.... Jednak do głowy mi nie przychodziło, że tak szybko znajdę się w
takich miejscach jak, na przykład, Malta, o której wiedziałem, w zasadzie
tyle, że mieszkali tam kiedyś Rycerze Maltańscy. Było to jednak miejsce, w
którym spędziłem trochę czasu właściwie przy okazji, ponieważ krajem mojego
expat’stwa stała się Libia, na prawie 7 lat.
W 1989 wyjechałem tam, z firmy „konsultingowej”, na 2 lata. Jednak, już po
roku, przed wyjazdem na urlop do kraju mój szef spytał mnie czy nie miałbym
ochoty zostać dłużej niż ten mój 2-letni kontrakt. W zasadzie nie wiedziałem
co odpowiedzieć. Po pierwsze, w kraju wszystko zmieniało się bardzo szybko, a
to oznaczało, że mój „transfer” dolarowy zastraszająco szybko tracił na
wartości. W ogóle, nie bardzo było wiadomo co z tym wszystkim zrobić dalej.
Chodziła mi też i taka myśl po głowie, żeby może wcale z tego urlopu do Libii
nie wracać. Z drugiej strony w kraju dalej była straszna bryndza i, w tamtej
chwili, nie miałem praktycznie żadnego „zawodowo” sensownego miejsca żeby
wracać.
Kto wtajemniczony, to wie na jakich zasadach dobierano wtedy kierownictwo
kontraktów i placówek dyplomatycznych, szczególnie w takich krajach. W Libii,
jednym z sekretarzy Ambasady był w tym czasie sam .... Albin Siwak (zakładam,
że czytający to pamiętają jeszcze tę postać). Ja, świeżo przybyły do Libii po
czerwcowych wyborach w Polsce przeżyłem prawdziwy szok spotykając na miejscu
w różnych polskich firmach cały ten „skansen” składający się z różnego
rodzaju „personalnych” i sekretarzy POP PZPR, którzy byli przysłani z SB i
wielu podobnego pokroju osobników. Tym bardziej miło było patrzeć jak
szybko „spuszczano” ich do kraju, łącznie z ówczesnym Ambasadorem.
Wracając do głównego wątku, powiedziałem szefowi, że przedłużenie kontraktu
wchodzi w
grę jeśli pozwolą mi sprowadzić rodzinę. Ku mojemu zaskoczeniu wyrazili na to
zgodę, więc załatwiłem (expat’ci z Libii wiedzą ile trzeba wysiłków żeby
załatwić wizy) rodzinie przyjazd na kilkutygodniowy pobyt na Boże
Narodzenie „na próbę”. Oczywiście postarałem się o ciekawy „program” na ten
czas – zwiedzanie ruin rzymskich, wycieczkę do pustynnej oazy, wycieczki w
pobliskie góry itd. Stanęło na tym, że mogą tu do mnie jeszcze przyjechać od
najbliższego roku szkolnego, bo w Trypolisie istniała (zresztą funkcjonuje do
dziś) szkoła polska przy Ambasadzie. Dla mnie miał być to tylko dodatkowy
jeden rok, bo na tyle przedłużyłem swój kontrakt, ale w końcu przedłużyło się
to na wspólny pobyt przez następne 5 lat.
Przyszło, w końcu, wracać do kraju kiedy w Libii, w wyniku restrykcji ONZ
oraz splotu wielu innych okoliczności, polskie firmy straciły rynek. Poza
tym, syn kończył szkołę podstawową i pobyt w Libii zaczął go już mocno nudzić
mimo, że nauczył się tam bardzo dobrze angielskiego i francuskiego (od native
speaker’ów) co dopiero teraz docenia, studiując lingwistykę stosowaną. Wtedy
mówił, że przez nas stracił „normalną” młodość w Polsce.
Zawodowo, jestem inżynierem, robiłem wiele różnych rzeczy bliższych i
dalszych mojej właściwej profesji, jak to na kontrakcie bywa. Niemniej,
wszystkie te doświadczenia zawodowe i organizacyjne chyba, tak czy inaczej,
jakoś tam zaprocentowały mi dalej w życiu i pracy zawodowej. Żona popracowała
trochę we wspomnianej szkole. Zarobki, cóż powiedzieć, zdewaluowały się te
nasze expats’kie oszczędności strasznie, ale coś tam starczyło na chatę i
samochód.
Mohandis Bolandi