itek1
16.08.06, 10:10
Rz: Czego pan tak naprawdę szuka w kosmosie?
Aleksander Wolszczan: Drogi w nieznane. Moja praca to jest otwieranie drzwi i
zaglądanie za nie, potem za następne i tak dalej.
Myśli pan o Bogu, gdy patrzy pan w niebo?
Nie. Tak długo, jak długo metoda naukowa jest wystarczająca, żeby
zinterpretować to, co się widzi, nie ma takiej potrzeby. Oczywiście jeśli
kiedyś dotarlibyśmy do granic, poza którymi nauka zawodzi, to można zacząć
myśleć o tym, czy gdzieś dalej zaczyna się Bóg, który potrafi to wszystko,
czego my nie potrafimy. Jest taka możliwość, ale jeśli w ogóle istnieje
granica naukowego poznania, to jesteśmy od niej jeszcze bardzo daleko. Teza,
że nauka osiągnęła już kres swoich możliwości, to kompletna bzdura.
Jak pan ocenia procentowo, ile wiemy na temat wszechświata? Tak intuicyjnie.
Zero procent. Wiem, że nic nie wiem.
A nie przeraża pana ta pustka? Gdy patrzy pan w niebo, nie boi się pan czasem?
Wręcz przeciwnie! Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się wyrwać z oków
ograniczeń, które narzuciła nam natura człowieka. Chciałbym zajrzeć za tę
kurtynę, za ścianę tego więzienia, w którym siedzimy. Odczuwam to jako
więzienie, np. kiedy patrzę na startujący prom kosmiczny, dla mnie jest to jak
agonia, ta wściekła, rozpaczliwa walka z grawitacją, która w większości
wypadków kończy się sukcesem, ale czasem nie i pojazd spada, dochodzi do
tragedii...
Głosi pan tezę, że dojdzie kiedyś do sytuacji, w której na Ziemi nie da się
już żyć i ludzkość będzie musiała się gdzieś przenieść.
Patrzę na to bardziej ogólnie. To, co panowie mówią, to prosta powtórka
ekspansji człowieka na Ziemi, z kolonizacji Dzikiego Zachodu. Oczywiście taka
ekspansja może kiedyś mieć miejsce, ale ważniejsze jest pytanie o nasz
prawdziwy związek z kosmosem. Wiadomo, że jesteśmy jego integralną częścią, w
sensie chemicznym jesteśmy jakąś tam odnogą ewolucji wszechświata. Ale
pytanie, które mnie nurtuje, brzmi: czy jesteśmy tak silnie zamknięci w tej
niszy, którą stworzyła dla nas natura, że absolutnie nie potrafimy się poza
nią wydostać? Czy też będziemy w stanie zintegrować się z kosmosem, żyć w nim
pełniejszym życiem. Być może uda nam się wejść do rzeczywistości, która jest
znacznie bogatsza i pełniejsza od tej, w której jesteśmy zamknięci jak w
złotej klatce.
Kiedy człowiek będzie mógł wyprowadzić się, uciec z Ziemi? Czy to perspektywa
kilkuset, czy kilkuset tysięcy lat?
Trudno powiedzieć, dlatego że rozwój technologii kosmicznej następuje w
ostatnich latach bardzo wolno. Jest on ograniczony krótkoterminowymi celami
politycznymi...
Najczęściej związanymi z wojskiem...
Oczywiście. Tak było ze Sputnikiem i lądowaniem na Księżycu, tak było z
promami kosmicznymi i tak jest teraz z planem powrotu na Księżyc i
wystrzeliwaniem Chińczyków na orbitę. To wszystko to polityka i militaryzm. Na
szczęście, podejmowane są nieśmiałe próby wejścia cywilów do tego procesu.
Bogaci ludzie, którzy mają wizję i mnóstwo pieniędzy.
Cała nadzieja w wolnym rynku?
Pamiętajmy też, że wielu z tych milionerów ma motywacje idealistyczne, oni po
prostu chcą być odkrywcami kosmosu. Mnie to się bardzo podoba, bo wyrywa
badania kosmiczne z ograniczeń politycznych i militarnych. Tak - wolny rynek w
kosmosie ma sens.
Pojawiają się informacje o wykorzystaniu surowców na Księżycu - czyli pojawia
się motywacja ekonomiczna podboju kosmosu.
Z całą pewnością aspekt ekonomiczny również w tym jest. I mam nadzieję, że
będzie on w przyszłości przeważał. Ale na razie to jednak przede wszystkim
chęć trzymania ręki na wszystkim. A najlepiej to robić z przestrzeni kosmicznej.
Gdyby było wolne miejsce na pokładzie statku kosmicznego, poleciałby pan?
Pewnie, że tak. To stawia ludzką perspektywę na głowie.
Gotów byłby pan zaryzykować wszystko, wsiąść do statku kosmicznego jak piloci
z "Odysei kosmicznej 2001" Kubricka i... zobaczyć, co będzie dalej?
Musiałbym ponegocjować z rodziną, ale bardzo mnie taka perspektywa nęci.
Zresztą drugi film na podstawie Artura C. Clarke'a "Odyseja kosmiczna 2010"
mogę oglądać w kółko. To według mnie jeden z najlepszych obrazów science
fiction. Widowiskowość miesza się tu z nauką do tego stopnia, że wykładam
studentom ilustracje technologii kosmicznej w przyszłości na podstawie tego filmu.
Co pan sądzi na temat tezy o istnieniu tzw. drugiej Ziemi, czyli planety o
podobnej masie jak nasza, która krążyłaby wokół gwiazdy podobnej do Słońca?
Druga Ziemia to jest hasło marketingowe, dlatego z taką lubością się je
stosuje. Ale oczywiście nie chodzi o to, żeby znaleźć dokładną kopię Ziemi.
Szukamy planet, które mają podobną masę i krążą po podobnej orbicie, co my,
czyli o znalezienie czegoś, co choć w zarysach przypominałoby nasz Układ
Słoneczny. Na razie niczego takiego nie znaleźliśmy, wręcz przeciwnie - nasze
największe zaskoczenie budzi fakt, że wszystko, co znajdujemy, nie jest do nas
podobne. To oczywiście nie musi świadczyć, że jesteśmy jakimś unikatem w
kosmosie, ale po prostu o naszych ograniczeniach technicznych.
Co trzeba zrobić, żeby taką drugą Ziemię znaleźć? Jaką techniką dysponować?
Właściwie mamy już to, co jest potrzebne. Generalnie chodzi o to, żeby wynieść
poza atmosferę ziemską instrumenty, które będą miały dostateczną ostrość
widzenia. Jak dobrze pójdzie, za dziesięć lat pierwszy taki instrument poleci
i wtedy będziemy mogli stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, czy planety takie
jak Ziemia są przynajmniej tak często spotykane w kosmosie jak gazowe
olbrzymy, które odkrywa się obecnie. Mówię o tym dość szczegółowo, bo sam
jestem w tym projekcie, jest tu "polska pieczątka". Projekt nazywa się SIM i
polega z grubsza na badaniu około 140 gwiazd podobnych do naszego Słońca.
Jeśli po przeszukaniu tych 140 gwiazd okaże się, że w ich okolicach nie ma
żadnej planety przypominającej Ziemię, będzie to bardzo istotny wynik
statystyczny. Po prostu będziemy mogli stwierdzić z dużą dozą pewności, że
jesteśmy unikalni w kosmosie. Natomiast jeśli na 140 gwiazd wokół dziesięciu
odkryjemy układy podobne do Układu Słonecznego, to zacznie się zupełnie inna
zabawa.
To znaczy?
Wtedy zacznie się badanie atmosfer planet tych gwiazd i poszukiwanie tzw.
biomarkerów, czyli związków, które towarzyszą takiemu życiu, jakie znamy na
Ziemi, tlenu, metanu itd.
Jak się właściwie odkrywa planetę?
Przede wszystkim trzeba chcieć. A od strony technicznej to jest trochę tak,
jak próbować odkryć świetlika blisko olbrzymiej jarzeniówki.
Patrzy pan przez teleskop i czeka, aż coś się wydarzy?
Nie, szkoda czasu, nikt tak nie robi. Komputer rejestruje dane uzyskane z
radioteleskopu i je przetwarza, a my właściwie patrzymy już na wyniki.
Oczywiście komputer analizuje to wszystko według recepty podanej przez astronoma.
To znaczy, że odkrycie planety polega w tej chwili na napisaniu dobrego
programu komputerowego?
Przede wszystkim na skierowaniu teleskopu we właściwym kierunku.
A co to znaczy "we właściwym kierunku"?
Niekiedy to jest szukanie igły w stogu siana. Wybiera człowiek jakiś obszar
nieba i przegląda go systematycznie kawałek po kawałku. Te poszukiwania, o
których wcześniej mówiliśmy, koncentrują się na gwiazdach podobnych do Słońca,
których położenie znamy. Mamy katalog gwiazd, dokładnie wiemy, gdzie one są, i
cały problem polega na tym, żeby mieć dobry teleskop i metodę.
A czy można po prostu skierować w niebo teleskop... i zobaczyć?
Bezpośrednie odkrycie planety, czyli takiego malutkiego świetlika, jeszcze nie
jest możliwe. Jakoś trzeba zablokować światło gwiazdy, żeby go zobaczyć.
Próbuje się to robić, ale w praktyce jeszcze nie jest to sprawdzona metoda.
Teraz robi się to nieco inaczej, wykorzystując oddziaływanie grawitacyjne
planety i gwiazdy. Planeta krążąca wokół gwiazdy ciągnie ją tam i z powrotem.
Efekt jest taki, że nie tylko planeta krąży wokół gwiazdy, ale gwiazda również
krąży wokół wspólnego środka masy tego układu. A więc obserwuje