akzcalis
30.11.06, 20:53
Mieszkałam i studiowałam zagranicą. Studia zagraniczne były spełnieniem
moich
marzeń. Dobrze wiodło mi się też w życiu osobistym - byłam w bardzo
szczęśliwym związku. Dla wszystkich znajomych byliśmy przykładową parą.
Zakochani, tak mocno. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić życia bez siebie.
Pewnym utrudnieniem było mieszkanie w różnych miastach. Oboje studenci –
zawsze jednak jakoś sobie radziliśmy, by być ze sobą. Nawet nieobecności na
zajęciach (bowiem albo on był u mnie albo ja u niego) nie
były dla nas większym problemem, bowiem nawzajem mobilizowaliśmy siebie do
nauki. Oboje ambitni, mieliśmy plany na wspólną przyszłość, dobrą przyszłość.
Pochodziliśmy z różnych krajów, różnych kontynentów, różnych kręgów
kulturowych, lecz byliśmy zdolni zrozumieć siebie, różnice między nami nie
stanowiły dla nas przeszkody, lecz raczej nas ciekawiły.
Wszystko było dobrze aż do momentu, gdy zaszłam w ciążę. To rozpoczęło
problemy między nami. Ja chciałam ciążę utrzymać. On był przeciwnego zdania.
Twierdził, że na dziecko
jest jeszcze za wcześnie, że zdecydujemy się na nie, kiedy oboje będziemy
gotowi. Ja podobnie twierdziłam, póki nie zaszłam w ciążę, lecz gdy już życie
było we mnie – chciałam go. Długo o tym rozmawialiśmy i zdecydowaliśmy się
jednak przerwać ciążę. Najpierw próbowaliśmy za pomocą tabletek poronnych,
ale nie zadziałały. Z powodu ciąży i tej kuracji bardzo źle się czułam – na
dodatek trafiła mi się wtedy sesja bardzo ważnych egzaminów. On wtedy mnie
wspierał, gdy źle się czułam, nawet płakał. Gdy tabletki nie przyniosły
skutku – zdecydowaliśmy się na zabieg. Zabrał mnie do kliniki dla kobiet,
gdzie ginekolog dokonał aborcji. Mój mężczyzna jako student ostatniego roku
medycyny – na moją prośbę – był ze mną w środku w pokoju zabiegowym (później
powiedział mi, że także asystował przy zabiegu). Gdy zasypiałam po otrzymaniu
środka nasennego – trzymał mnie za rękę i patrzył mi się w oczy. Gdy się
wybudzałam się z narkozy – znów mnie trzymał za rękę. Zabrał mnie do domu i
cały dzień się mną opiekował. Cały czas powtarzał, że za kilka lat będziemy
mieli dzidziusia, że jestem jedyną kobietą, z którą chciałby spędzić życie,
jak mocno mnie kocha. Następnego dnia byłam w złym humorze, byłam załamana.
Czułam się winna. Powtarzałam, że zabiliśmy nasze dziecko, powiedziałam mu,
że on je zabił. Później po prostu byliśmy razem w mieszkaniu. Bez mówienia,
po prostu siedząc i patrząc się na siebie. Powiedział, że musi wyjść na 5
minut, by coś dać koleżance. Nie wracał, więc zadzwoniłam. Powiedział, że
poszedł do znajomych i musi przemyśleć różne sprawy. Gdy dalej nie wracał –
wysłałam mu smsa z zapytaniem. Odpisał, że wraca do siebie do swojego
mieszkania, do swojego miasta. Od tamtego dnia się nie odezwał.
Ja bardzo ciężko przechodziłam utratę dziecka i mężczyzny. Chciałam popełnić
samobójstwo – tabletki nasenne. Ale aptekarz nie sprzedał mi tabletek –
polecając mi wypić przed snem ciepłe mleko z miodem. Tym trudno by mi było
osiągnąć cel. Kolejnego dnia zmusiłam się, by pójść na zajęcia. Nie byłam się
jednak w stanie nad niczym skupić. Wróciłam do mieszkania. Płakałam.
Wpadłam na pomysł, że muszę się od tego wszystkiego oderwać. Wyjechać. W
następny dzień przygotowałam wszystko do wyjazdu, pozałatwiałam różne sprawy
i kolejnego dnia wyjechałam za granicę. Zamieszkałam z przyjaciółmi. Jeden z
nich jest pielęgniarzem, więc mną się zajął. Wszyscy się mną zaopiekowali.
Dbali, bym nie miała czasu myśleć o tym, co się stało. Gdy wracałam z
powrotem do domu, byłam już w lepszym stanie, lecz powrót to miejsc, które mi
się kojarzyły z przeszłością był trudny.
Zmieniłam się bardzo. Ścięłam włosy na krótko, zmieniłam styl ubierania się.
Wpadłam w towarzystwo lubujące się w przyjęciach, zaczęłam pić alkohol.
Wiedziałam, że koi ból, ale też czułam, że nie powinnam z nim przesadzać
(dotąd byłam osobą sporadycznie pijącą). Najpierw więc piłam codziennie (po
alkoholu nie czułam bólu, smutku), a następnie coraz rzadziej, rzadziej.
Teraz ponownie jestem osobą pijącą sporadycznie. W momencie, gdy już
świadomie rezygnowałam z alkoholu - zrezygnowałam też z przyjęciowego
towarzystwa (co z mojej strony było nie fair, bowiem oni mi nigdy nic złego
nie zrobili, byli dobrymi ludźmi, lecz żaden z nich nie wiedział, czemu to
robię. Potrzebowałam wówczas czegoś takiego, lecz w momencie gdy zaczęłam
powracać do prawdziwej siebie - zrezygnowałam ze znajomości z nimi).
Następnie nastał czas wyciszenia. Jestem osobą niewierzącą, lecz zaczęłam
jeździć do klasztoru na odludziu, pozostawać tam w ciszy na kilka dni.
Pozwalało mi to się wyciszyć, zastanowić. Jeden z mnichów wiedział ode mnie o
wszystkim. To on mi kazał wtedy wyrzucić test ciążowy, który dotąd miałam
zawsze ze sobą. Przed tym starałam się skontaktować z moim mężczyzną (forma
kontaktu e-mail, nie chciałam rozmawiać), by dostać odpowiedź i następnie
zostawić to wszystko za sobą. Nie odpisywał. Zadzwonił natomiast do mojej
przyjaciółki. Mówiła, że powiedział jej o moim mailu i że chciałby wszystko
wyjaśnić, lecz nie wie jak. Twierdziła, że mówił bardzo chaotycznie, podczas
rozmowy na zmianę był smutny i wesoły (śmiał się). Podejrzewała, że być może
pijany. ). Ona mi powiedziała o tym, a także opowiedziała mi, że od czasu
aborcji on co jakiś czas do niej dzwonił wypytywać się czy ze mną wszystko
jest w porządku (ze mną ani razu się nie skontaktował). W końcu mi odpisał.
Jego odpowiedź bardzo lakoniczna (smsem po dwóch tygodniach) niczego nie
wyjaśniła. Napisał, że to co się stało - tak miało się stać, był
nieodpowiedni czas i tak jest lepiej dla naszych przyszłości. i że życzy mi
jak najlepiej. Tylko, że to to nie była dla mnie odpowiedź - na to dlaczego
odszedł w takim momencie. Ale po takiej odpowiedzi ja już postanowiłam, że
wystarczy mi już kontaktu z nim. Nie chciałam już rozdzierać ran. To miał być
koniec sprawy.
Ja czułam się już coraz lepiej, zaczęłam normalnie funkcjonować, śmiać się,
żyć. Wyjechałam z kraju na wakacje. Wszystko było zupełnie normalnie, dobrze
się bawiłam. Lecz od razu w dzień powrotu miałam missed call od niego.
Później zaczęły się maile i smsy - takie normalne, jak do koleżanki, jakby
nic się nie stało - pytał się co u mnie, jak tam egzaminy, badania naukowe,
wyjazdy itp. Ja swoimi odpowiedziami sprowadzałam go na ziemię - że jak śmie
mnie o to wszystko pytać, po tym co się stało. Bowiem w żadnym z maili czy
smsów nie
wspominał nic o aborcji, jakby nie było ciąży, nie było aborcji. Wspominał
dobre czasy. Prawda, mieliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, ale później doszło
do katastrofy. Opisałam mu to co czułam i przez co przechodziłam. Odpisał, że
jest mu przykro i chciał się ze mną spotkać. Nie odpisałam.
Później nawet przyjechał do mojego miasta. I napisał jednego smsa, żebyśmy
się spotkali (cały czas jest kontakt tylko pisany - maile i smsy, bez
dzwonienia). Ja mu tylko odpisałam, że spóźnił się o ponad 7 miesięcy z
propozycją spotkania. Już nie odpisał.
10 dni później ja byłam w jego mieście. Zatrzymałam się u innego kolegi X
(zresztą On X też zna tylko, że X nie wiedział, że byliśmy parą) i jego
rodziny. A Jemu nie powiedziałam, że przyjeżdżam, nic nie wiedział. Natomiast
o 4 w nocy zaczął robić sygnałki komórką (missed calls). Odpisałam mu smsa -
żeby przestał się bawić moim kosztem.
Następnego dnia zadzwonił. Byłam akurat wtedy w muzeum (on nie wiedział, że
jestem w jego mieście. Zdziwił się). Usłyszałam jego głos po raz pierwszy od
8 miesięcy. Dla mnie to był szok. A on znowu zachowywał się jakbyśmy byli
starymi znajomymi, którzy niewiadomo czemu stracili ze sobą kontakt, a teraz
trzeba się wypytać o to wszystko co się działo przez ten cały czas, pytając
się jednak tylko o przyjemne rzeczy, studia, egzaminy, prz