Dodaj do ulubionych

moja historia... (długie)

30.11.06, 20:53
Mieszkałam i studiowałam zagranicą. Studia zagraniczne były spełnieniem
moich
marzeń. Dobrze wiodło mi się też w życiu osobistym - byłam w bardzo
szczęśliwym związku. Dla wszystkich znajomych byliśmy przykładową parą.
Zakochani, tak mocno. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić życia bez siebie.
Pewnym utrudnieniem było mieszkanie w różnych miastach. Oboje studenci –
zawsze jednak jakoś sobie radziliśmy, by być ze sobą. Nawet nieobecności na
zajęciach (bowiem albo on był u mnie albo ja u niego) nie
były dla nas większym problemem, bowiem nawzajem mobilizowaliśmy siebie do
nauki. Oboje ambitni, mieliśmy plany na wspólną przyszłość, dobrą przyszłość.
Pochodziliśmy z różnych krajów, różnych kontynentów, różnych kręgów
kulturowych, lecz byliśmy zdolni zrozumieć siebie, różnice między nami nie
stanowiły dla nas przeszkody, lecz raczej nas ciekawiły.

Wszystko było dobrze aż do momentu, gdy zaszłam w ciążę. To rozpoczęło
problemy między nami. Ja chciałam ciążę utrzymać. On był przeciwnego zdania.
Twierdził, że na dziecko
jest jeszcze za wcześnie, że zdecydujemy się na nie, kiedy oboje będziemy
gotowi. Ja podobnie twierdziłam, póki nie zaszłam w ciążę, lecz gdy już życie
było we mnie – chciałam go. Długo o tym rozmawialiśmy i zdecydowaliśmy się
jednak przerwać ciążę. Najpierw próbowaliśmy za pomocą tabletek poronnych,
ale nie zadziałały. Z powodu ciąży i tej kuracji bardzo źle się czułam – na
dodatek trafiła mi się wtedy sesja bardzo ważnych egzaminów. On wtedy mnie
wspierał, gdy źle się czułam, nawet płakał. Gdy tabletki nie przyniosły
skutku – zdecydowaliśmy się na zabieg. Zabrał mnie do kliniki dla kobiet,
gdzie ginekolog dokonał aborcji. Mój mężczyzna jako student ostatniego roku
medycyny – na moją prośbę – był ze mną w środku w pokoju zabiegowym (później
powiedział mi, że także asystował przy zabiegu). Gdy zasypiałam po otrzymaniu
środka nasennego – trzymał mnie za rękę i patrzył mi się w oczy. Gdy się
wybudzałam się z narkozy – znów mnie trzymał za rękę. Zabrał mnie do domu i
cały dzień się mną opiekował. Cały czas powtarzał, że za kilka lat będziemy
mieli dzidziusia, że jestem jedyną kobietą, z którą chciałby spędzić życie,
jak mocno mnie kocha. Następnego dnia byłam w złym humorze, byłam załamana.
Czułam się winna. Powtarzałam, że zabiliśmy nasze dziecko, powiedziałam mu,
że on je zabił. Później po prostu byliśmy razem w mieszkaniu. Bez mówienia,
po prostu siedząc i patrząc się na siebie. Powiedział, że musi wyjść na 5
minut, by coś dać koleżance. Nie wracał, więc zadzwoniłam. Powiedział, że
poszedł do znajomych i musi przemyśleć różne sprawy. Gdy dalej nie wracał –
wysłałam mu smsa z zapytaniem. Odpisał, że wraca do siebie do swojego
mieszkania, do swojego miasta. Od tamtego dnia się nie odezwał.

Ja bardzo ciężko przechodziłam utratę dziecka i mężczyzny. Chciałam popełnić
samobójstwo – tabletki nasenne. Ale aptekarz nie sprzedał mi tabletek –
polecając mi wypić przed snem ciepłe mleko z miodem. Tym trudno by mi było
osiągnąć cel. Kolejnego dnia zmusiłam się, by pójść na zajęcia. Nie byłam się
jednak w stanie nad niczym skupić. Wróciłam do mieszkania. Płakałam.

Wpadłam na pomysł, że muszę się od tego wszystkiego oderwać. Wyjechać. W
następny dzień przygotowałam wszystko do wyjazdu, pozałatwiałam różne sprawy
i kolejnego dnia wyjechałam za granicę. Zamieszkałam z przyjaciółmi. Jeden z
nich jest pielęgniarzem, więc mną się zajął. Wszyscy się mną zaopiekowali.
Dbali, bym nie miała czasu myśleć o tym, co się stało. Gdy wracałam z
powrotem do domu, byłam już w lepszym stanie, lecz powrót to miejsc, które mi
się kojarzyły z przeszłością był trudny.

Zmieniłam się bardzo. Ścięłam włosy na krótko, zmieniłam styl ubierania się.
Wpadłam w towarzystwo lubujące się w przyjęciach, zaczęłam pić alkohol.
Wiedziałam, że koi ból, ale też czułam, że nie powinnam z nim przesadzać
(dotąd byłam osobą sporadycznie pijącą). Najpierw więc piłam codziennie (po
alkoholu nie czułam bólu, smutku), a następnie coraz rzadziej, rzadziej.
Teraz ponownie jestem osobą pijącą sporadycznie. W momencie, gdy już
świadomie rezygnowałam z alkoholu - zrezygnowałam też z przyjęciowego
towarzystwa (co z mojej strony było nie fair, bowiem oni mi nigdy nic złego
nie zrobili, byli dobrymi ludźmi, lecz żaden z nich nie wiedział, czemu to
robię. Potrzebowałam wówczas czegoś takiego, lecz w momencie gdy zaczęłam
powracać do prawdziwej siebie - zrezygnowałam ze znajomości z nimi).

Następnie nastał czas wyciszenia. Jestem osobą niewierzącą, lecz zaczęłam
jeździć do klasztoru na odludziu, pozostawać tam w ciszy na kilka dni.
Pozwalało mi to się wyciszyć, zastanowić. Jeden z mnichów wiedział ode mnie o
wszystkim. To on mi kazał wtedy wyrzucić test ciążowy, który dotąd miałam
zawsze ze sobą. Przed tym starałam się skontaktować z moim mężczyzną (forma
kontaktu e-mail, nie chciałam rozmawiać), by dostać odpowiedź i następnie
zostawić to wszystko za sobą. Nie odpisywał. Zadzwonił natomiast do mojej
przyjaciółki. Mówiła, że powiedział jej o moim mailu i że chciałby wszystko
wyjaśnić, lecz nie wie jak. Twierdziła, że mówił bardzo chaotycznie, podczas
rozmowy na zmianę był smutny i wesoły (śmiał się). Podejrzewała, że być może
pijany. ). Ona mi powiedziała o tym, a także opowiedziała mi, że od czasu
aborcji on co jakiś czas do niej dzwonił wypytywać się czy ze mną wszystko
jest w porządku (ze mną ani razu się nie skontaktował). W końcu mi odpisał.
Jego odpowiedź bardzo lakoniczna (smsem po dwóch tygodniach) niczego nie
wyjaśniła. Napisał, że to co się stało - tak miało się stać, był
nieodpowiedni czas i tak jest lepiej dla naszych przyszłości. i że życzy mi
jak najlepiej. Tylko, że to to nie była dla mnie odpowiedź - na to dlaczego
odszedł w takim momencie. Ale po takiej odpowiedzi ja już postanowiłam, że
wystarczy mi już kontaktu z nim. Nie chciałam już rozdzierać ran. To miał być
koniec sprawy.

Ja czułam się już coraz lepiej, zaczęłam normalnie funkcjonować, śmiać się,
żyć. Wyjechałam z kraju na wakacje. Wszystko było zupełnie normalnie, dobrze
się bawiłam. Lecz od razu w dzień powrotu miałam missed call od niego.
Później zaczęły się maile i smsy - takie normalne, jak do koleżanki, jakby
nic się nie stało - pytał się co u mnie, jak tam egzaminy, badania naukowe,
wyjazdy itp. Ja swoimi odpowiedziami sprowadzałam go na ziemię - że jak śmie
mnie o to wszystko pytać, po tym co się stało. Bowiem w żadnym z maili czy
smsów nie
wspominał nic o aborcji, jakby nie było ciąży, nie było aborcji. Wspominał
dobre czasy. Prawda, mieliśmy mnóstwo wspaniałych chwil, ale później doszło
do katastrofy. Opisałam mu to co czułam i przez co przechodziłam. Odpisał, że
jest mu przykro i chciał się ze mną spotkać. Nie odpisałam.

Później nawet przyjechał do mojego miasta. I napisał jednego smsa, żebyśmy
się spotkali (cały czas jest kontakt tylko pisany - maile i smsy, bez
dzwonienia). Ja mu tylko odpisałam, że spóźnił się o ponad 7 miesięcy z
propozycją spotkania. Już nie odpisał.

10 dni później ja byłam w jego mieście. Zatrzymałam się u innego kolegi X
(zresztą On X też zna tylko, że X nie wiedział, że byliśmy parą) i jego
rodziny. A Jemu nie powiedziałam, że przyjeżdżam, nic nie wiedział. Natomiast
o 4 w nocy zaczął robić sygnałki komórką (missed calls). Odpisałam mu smsa -
żeby przestał się bawić moim kosztem.

Następnego dnia zadzwonił. Byłam akurat wtedy w muzeum (on nie wiedział, że
jestem w jego mieście. Zdziwił się). Usłyszałam jego głos po raz pierwszy od
8 miesięcy. Dla mnie to był szok. A on znowu zachowywał się jakbyśmy byli
starymi znajomymi, którzy niewiadomo czemu stracili ze sobą kontakt, a teraz
trzeba się wypytać o to wszystko co się działo przez ten cały czas, pytając
się jednak tylko o przyjemne rzeczy, studia, egzaminy, prz
Obserwuj wątek
    • akzcalis cd moja historia... (długie) 30.11.06, 20:55
      Następnego dnia zadzwonił. Byłam akurat wtedy w muzeum (on nie wiedział, że
      jestem w jego mieście. Zdziwił się). Usłyszałam jego głos po raz pierwszy od 8
      miesięcy. Dla mnie to był szok. A on znowu zachowywał się jakbyśmy byli starymi
      znajomymi, którzy niewiadomo czemu stracili ze sobą kontakt, a teraz trzeba się
      wypytać o to wszystko co się działo przez ten cały czas, pytając się jednak
      tylko o przyjemne rzeczy, studia, egzaminy, przyjęcia, przyjaciół, sposobu
      spędzania wolnego czasu, gdzie i z kim mieszkam. Zadawał najróżniejsze pytania -
      czasem odpowiadałam. Byłam w muzeum oglądałam eksponaty, a łzy spływały mi po
      policzkach, cały makijaż spływał. Jak ja mu o tym powiedziałam, stwierdził, że
      inni zwiedzający pomyślą, że ja tak mocno przeżywam prezentowaną wystawę),
      czasem próbowałam przypomnieć mu ten ważniejszy temat - aborcję. Powiedział, że
      przeprasza jeszcze raz i znowu zaczął nawijać o czymś innym. Zaproponował,
      żebyśmy się spotkali jak za dawnych czasów, pogadali. Nie wytrzymałam i
      rozłączyłam telefon. Za kilka minut napisałam mu smsa - że byłoby dobrze
      spotkać się i wyjaśnić sobie wszystko. Znów zadzwonił, lecz termin, który mu
      zaproponowałam mu nie odpowiadał, a ja później już nie mogłam (Rodzice X
      zaprosili mnie na obiad). Tak więc się rozłączyliśmy, chyba to ja znowu
      rozłączyłam bez pożegnania się.

      Wróciłam do siebie. Znowu rozpoczęły się missed calle i bezsenowne smsy (jakby
      fragmenty wierszy, o samotności, miłości, ale takie w powietrze skierowane,
      niekoniecznie do mnie). (tak przy okazji moja przyjaciółka też w pewnym
      momencie otrzymała od niego smsa w takim stylu - ni to wiersz, ni to wyznane
      miłosne. Przesłała to do mnie - tak naprawdę nie rozumiałyśmy, czemu i ona
      dostała to). Napisałam mu, że nie życzę sobie by do mnie robił missed calle i
      słał smsy (nie wspomniałam mu o smsie do koleżanki) i że nie życzę sobie już
      takiego kontaktu od niego. Odpisał, że mi nie wierzy, że nie chcę kontaktu z
      nim, ale się do tego zastosuje.

      Na kilka dni przed moim wyjazdem z kraju odwiedził mnie X. Powiedział mi wtedy,
      że On go odwiedził w miejscu, gdzie pracuje i zaczął się wypytywać o to, co
      robiłam podczas pobytu w mieście, gdzie chodziłam, ile czasu tam spędziłam, o
      czym rozmawialiśmy itp. W końcu X powiedział mu, że nie rozumie czemu o to
      wszystko pyta. On odpowiedział mu, że byliśmy parą, on ze mną zerwał, ale ja
      próbuję do niego wrócić. X odpowiedział, że po tym jak On go o wszystko
      wypytuje to ma wręcz przeciwne wrażenie na temat tego, kto do kogo chce wrócić.
      Ja Jemu tylko po tym napisałam maila, że nie ma prawa tak wtrącać się w moje
      życie, bowiem już nie jest jego częścią.

      Wróciłam do Polski. Nie odzywał się przez trzy miesiące i w pewnym momencie
      znowu zaczął się ze mną kontaktować. Powiedział, że impulsem, żeby się ze mną
      skontaktować był wywiadzik ze mną w lokalnej gazecie, na który natrafił
      przeglądając czasopisma, czekając na swoją kolej u dentysty. Zaczął
      przepraszać, powtarzać, jakim to jest dupkiem, że wie jak bardzo mnie
      skrzywdził itp. Powiedział, że się załamał. Jak wspomniałam, na moją prośbę
      (był wtedy studentem ostatniego roku medycyny, a teraz jest lekarzem), był on
      obecny w gabinecie podczas zabiegu, trzymał mnie za rękę i wszystko widział, ja
      nie – bo byłam pod narkozą. Widział więc zabijanie swojego dziecka. Powiedział,
      że cierpiał na depresję, że się leczył. Dostałam jednak przeprosiny, przyznanie
      się do winy, ale nie wyjaśnienia. Jego każda próba kontaktu ze mną bardzo mnie
      krzywdzi, niszczy spokój wewnętrzny, który staram się zbudować. Obiecał mi, że
      nigdy już takiego błędu nie popełni, że nigdy nikogo tak nie skrzywdzi.
      Twierdził, że jeździ pod moje dawne mieszkanie i siedzi wpatrzony w moje dawne
      okna, chodzi w miejsca, w które dawniej chodziliśmy. Od czasu do czasu zdarza
      się mu napisać o jakiejś rzeczy, drobiazgu z naszego związku, która mu się
      przypomniała. Gdy ja to czytam też się uśmiecham i strasznie mi żal, że to
      straciliśmy, bo nasz związek był bardzo udany. Oboje stwierdziliśmy, że to
      czego najbardziej byśmy chcieli – to cofnięcie czasu wstecz. Lecz jest to
      niemożliwe. Niestety od czasu, kiedy zaczął się odzywać jest mi o wiele
      trudniej. Po prostu przyzwyczaiłam się do tych miesięcy ciszy. I chyba byłoby
      mi łatwiej zrozumieć, jakby mężczyzna mnie porzucił, gdyby mnie nie kochał. Ja
      na jego próby kontaktu przyjęłam pozycję wypominająco-atakującą. Nie
      odpisywałam na jego smy, maile albo odpisywałam cynicznie albo z prośbą o
      zaprzestanie kontaktu ze mną, a jednocześnie oczekiwałam na te jego próby
      nawiązywania kontaktu, które miały miejsce.

      I tak było do wczoraj, kiedy przeszłam największy szok. Dostałam smsa, w którym
      pyta się, którego ginekologa polecę na aborcję dla jego koleżanki
      (odwiedziliśmy wtedy dwóch ginekologów – i wybraliśmy jednego z nich). Ten sms
      rozbił mnie na drobniutkie kawałki. Byłam w trakcie konferencji – zaczęły mi
      lecieć łzy po twarzy. Po wyjściu ze spotkania, już na ulicy, wybuchłam płaczem
      i chodziłam sobie po mieście rycząc. Nie rozumiałam jak mógł mi tak głęboko
      wbić ostrze i tak sadystycznie postąpić. Ten sms tak mi nie pasuje do tej całej
      układanki, nie pasuje mi do tych prób kontaktu, które przez ostatni czas
      podejmował, nie pasuje mi do jego przepraszania. Dodam, że sms jest napisany w
      bardzo nie jasnym stylu – tj. nie wiadomo czy to jest jego dziewczyna czy też
      tylko koleżanka, a wręcz nie wiadomo nawet czy koleżanka czy kolega (sms jest
      po angielsku, gdzie słowo friend pozbawione jest nacechowania płcią), więc może
      ja nadinterpretuję fakty, bowiem sms w przetłumaczeniu na język polski
      brzmi: „Cześć! Czy pamiętasz tego ginekologa, do którego poszliśmy najpierw,
      czy polecasz raczej tego, u którego byliśmy później. Którego z nich bardziej
      rekomendujesz dla mojej koleżanki (* dziewczyny, *kolegi).”

      Jeszcze przedwczoraj przysyłał smsa w swoim stylu – jak to tęskni, jaka byłam
      ważna dla niego, a ja odpisałam mu w moim „spławiającym go” stylu. Dzisiaj
      odpuściłam sobie pójście na zajęcia, bo niczego mi się nie chciało, lecz wiem,
      że już niedługo zmuszę się dalej do nauki, do kończenia pracy magisterskiej i
      do wielu innych rzeczy, bo wiem, że muszę iść do przodu.

      Teraz minął rok od aborcji i jego odejścia. Najtrudniejszy rok w moim życiu.
      Wiele się nauczyłam, próbowałam siebie zrozumieć, ale nie uporałam się jeszcze
      z tym wszystkim. Pewne kroki podejmowałam podświadomie, pewne półświadomie,
      pewne świadomie (próbowałam wszystko racjonalizować, analizować) i widziałam,
      że mi pomagały, że wychodziłam z tego wszystkiego. Do momentu, kiedy on zaczął
      się ze mną kontaktować. Czuję, że on ma problemy z zdrowiem psychicznym, że
      zwariował. Tak naprawdę nie wiem, co dalej z tym wszystkim zrobić i chyba
      dlatego postanowiłam o tym napisać.

      • monalajza Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 21:12
        nie beardzo wiem co napisac bo nie bardzo wiem czego oczekujesz od nas?



        Kretyn a nie facet!....znieczulica jakich mało.....wez go wykasuj z
        telefonu...pousuwaj maile.....nei otwieraj nowych....dziewczyno! po co Ci to??!!
        • shameeka Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 22:04
          Boze sciskam cie mocno. Jesli mialabys ochote pogadac. wygadac.. albo wysluchac tzn zajac sie czyimis problemami ( czyt. moimi) aby zapomniec o swoich.Zapomniec sie nie da, ale moze.. choc na chwile..

          Faceci to sukinsyni.
          A ty badz dzielna, musisz..
          zacisnac piastki..
          i kreowac swoje szczescie, to prawdziwe.. szczescie...
          • monalajza Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 22:17
            atka jets taaaka kochana a ja znowu wyszlam na babsztyla wrednego:9...ehhh....


            3majcie sie dziewczynki:*
            • shameeka Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 22:32
              :) no coz, bo ja taka kochana :)
              a tak naparwde ciezkie wczesniej zycie mialam,przeszlam przez droge bardzo kreta..
              i tak jakos , slowa otuchy same przychodza...
              • sanyu Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 23:33
                wiesz co niesamowita ta Twoja historia..wspólczuję Ci ( chociaż pewnie nie tego
                oczekujesz ) takiego faceta, sama mam nielekko, ale chyba do tego by się nie
                posunął..trzymaj się ciepło,..bo nie wiem co powiedzieć ..
              • ebi3 Re: cd moja historia... (długie) 01.12.06, 08:40
                normalnie zatkalo mnie przed monitorem...
                z tym facetem jest cos nie tak...jakby byl jakis chory psychicznie,
                najwidoczniej on tez ma po tym wszytskim wyrzuty i odgrywa sie na Tobie....
                moja rada to zmien telefon i zlikwiduj skrzynke pocztowa zeby nigdy nie miec z
                nim zadnych kontaktow bo te kontaktu tylko pogarszają Twoj stan....

                trzymaj sie cieplutko i przesylam mnostwo uscisków*)*)
              • shameeka Re: cd moja historia... (długie) 01.12.06, 15:39
                straszne. ze dla ciebie ta data jest koncem... u mnie byla poczatkiem mego zwiazku..
                • akzcalis Re: cd moja historia... (długie) 02.12.06, 22:06
                  shameeka napisała:

                  > straszne. ze dla ciebie ta data jest koncem... u mnie byla poczatkiem mego
                  zwia
                  > zku..
                  >

                  która data? 3.12 - była aborcja (jutro mija rok), 4.12 - odszedł
                  • shameeka Re: cd moja historia... (długie) 02.12.06, 22:17
                    3.12.
                    niezaleznie jak na te date patrzymy, pomodle sie za was...
                    a Tobie zycze duzo sily...
                    "niewazne" co bylo.. najwazniejsze jeszcze przed Toba...
                    nie zapominaj o tym..
          • akzcalis Re: cd moja historia... (długie) 01.12.06, 11:25
            shameeka napisała:

            > Boze sciskam cie mocno. Jesli mialabys ochote pogadac. wygadac.. albo
            wysluchac
            > tzn zajac sie czyimis problemami ( czyt. moimi) aby zapomniec o swoich.Zapomn
            > iec sie nie da, ale moze.. choc na chwile..
            >
            ja cały czas wyznaczam sobie termin końcowy, chcę to odrzucić za siebie. Teraz
            tym terminem końcowym ma być 3 grudnia, czyli rocznica aborcji. Tak naprawdę
            miałam już czas, kiedy nauczyłam się o tym myśleć bez bólu - właśnie przez te
            trzy miesiące od kiedy wyjechałam stamtąd, a on się nie kontaktował, a później
            zaczęło się od nowa

            > Faceci to sukinsyni.
            > A ty badz dzielna, musisz..

            próbuję... choćby przeczytaj wspak mój login

            > zacisnac piastki..
            > i kreowac swoje szczescie, to prawdziwe.. szczescie...
            >
            dzięki za wsparcie
        • akzcalis Re: cd moja historia... (długie) 01.12.06, 00:11
          monalajza napisała:

          > nie beardzo wiem co napisac bo nie bardzo wiem czego oczekujesz od nas?
          >
          >
          nie wiem czego oczekuję, może słów otuchy, może porad jak się z tego wyplątać
          lub jak przeżyć pierwszą rocznicę aborcji, która przypada 3 grudnia

          >
          > Kretyn a nie facet!....znieczulica jakich mało.....wez go wykasuj z
          > telefonu...pousuwaj maile.....nei otwieraj nowych....dziewczyno! po co Ci
          to??!
          > !
        • olianka Re: cd moja historia... (długie) 01.12.06, 17:58
          monalajza napisała:

          > nie beardzo wiem co napisac bo nie bardzo wiem czego oczekujesz od nas?
          >
          >
          >
          > Kretyn a nie facet!....znieczulica jakich mało.....wez go wykasuj z
          > telefonu...pousuwaj maile.....nei otwieraj nowych....dziewczyno! po co Ci to??!
          > !

          Chciałam to samo napisać, ale wtedy padł mi net.
      • krasnoludka Re: cd moja historia... (długie) 30.11.06, 23:59
        ...co nas nie zabije, to nas wzmocni...

        nie da się czegoś takiego zapomnieć, wymazać z pamięci, z życia. trzeba przyjąć
        każde doświadczenie, to nas buduje i kształtuje. akceptować siebie i iść dalej,
        do przodu. otaczaj się ludźmi, przyjaciółmi. on zawsze będzie częścią twojego
        życia, tak jak wasze dziecko. jak blizna...
    • imme1981 Re: moja historia... (długie) 30.11.06, 23:53
      nie jestem może najlepszym doradcą i ciężko coś radzić. poza tym ostatnim
      smsem, który wysłał do Ciebie miałam cały czas wrażenie, że jego faktycznie to
      wszystko przerosło, może nie tak samo jak Ciebie, ponieważ Ty nosiłaś dziecko,
      ale na jego sposób, chyba do niego dotrało co się stało naprawdę, okazał się
      być człowiekiem słabym, niedojrzałym i nieodpowiedzialnym. nie wątpiłabym w
      szczerość jego uczuć przed tym co się stało, ale teraz? teraz zachowuje się
      faktycznie jak psychicznie chory, może naprawdę przez depresje postradał
      zmysły, ale Ciebie to już nie powinno obchodzić. Niech ponosi teraz
      konsekwencje wywierania na Tobie nacisku jeśli chodzi o zabieg. Zmień numer i
      staraj się zapomnieć o nim, myśleć p przyszłości i o tym, że masz jeszcze wiele
      pięknych chwil przed sobą, a przede wszystkim masz jeszcze nie jedną szansę
      spełnić się jako matka. trzymam kciuki i pozdrawiam
      • akzcalis Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 00:09
        imme1981 napisała:

        > nie jestem może najlepszym doradcą i ciężko coś radzić. poza tym ostatnim
        > smsem, który wysłał do Ciebie

        dlatego sama napisałam, że ten ostatni sms jest elementem całkiem nie pasującym
        do tej układanki

        > miałam cały czas wrażenie, że jego faktycznie to
        > wszystko przerosło, może nie tak samo jak Ciebie, ponieważ Ty nosiłaś
        dziecko,
        > ale na jego sposób, chyba do niego dotrało co się stało naprawdę, okazał się
        > być człowiekiem słabym, niedojrzałym i nieodpowiedzialnym. nie wątpiłabym w
        > szczerość jego uczuć przed tym co się stało, ale teraz? teraz zachowuje się
        > faktycznie jak psychicznie chory, może naprawdę przez depresje postradał
        > zmysły,

        moje koleżanka już w momencie, gdy on wydzwaniał do niej pytać się co u mnie -
        gdy mnie o tym informowała, stwierdziła, że całkiem zwariował... a ja
        obserwując dalsze wydarzenia - też miewam takie odczucia. ona twierdzi, że
        niebezpieczne jest, że on teraz pracuje jako lekarz

        > ale Ciebie to już nie powinno obchodzić. Niech ponosi teraz
        > konsekwencje wywierania na Tobie nacisku jeśli chodzi o zabieg. Zmień numer i

        z powodów zawodowych trudno by mi było zmieniać numer oraz maile (ale
        zablokowałam go na messengerach)

        > staraj się zapomnieć o nim, myśleć p przyszłości i o tym, że masz jeszcze
        wiele
        >
        > pięknych chwil przed sobą,

        przez cały czas właśnie próbuję to robić

        > a przede wszystkim masz jeszcze nie jedną szansę
        > spełnić się jako matka. trzymam kciuki i pozdrawiam

        dzięki
        • imme1981 Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 00:26
          a jeśli chodzi o rocznicę, może zaplanuj, że w ten dzień podejmiesz się adopcji
          na odległość, niewiele to kosztuje, a ratujesz życie jednemu dziecku i stajesz
          się jego mamą chrzestną, może to pomysł dość naiwny, ale ten dzień powinien
          zacząć się kojarzyć także z jakąś inną, ale już pozytywną chwilą i decyzją w
          Twoim życiu. Dla takiego dzieciaczka nie jesteś anonimową, on dla Ciebie także,
          dostajesz jego zdjęcia i w razie możliwości otrzymać od niego list tłumaczony
          przez misjonarzy.
          Tu podaję Ci link do strony, gdzie znajdziesz wszelkie informacje:
          www.adopcja.salezjanie.pl//index.php?j=1&m=0
    • monalajza Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 00:29
      wyslalam ci amila na gazetowa poczte.
    • rzesa20 Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 01:53
      historia jak z filmu...
      bardzo Ci współczuję, domyślam się, że musi to być bardzo trudne


      skoro mu tylko zależało na tym, żebyś usunęła jego dziecko, oznacza, że miał
      kogoś na boku, a to dziecko by skomplikowało jego życie.
      skurwiel i tyle.

      a choćby i teraz żałował tego co zrobił, obiecywał, że się zmieni, że kocha etc
      to ze szczerego serca nie wracaj nigdy przenigdy do niego, jak ktoś się chujem
      urodził to nim pozostanie...

      jeśli żałuję teraz tego co zrobił to niech cierpi, tylko na to zasłużył. nie rób
      nic by ulżyć jego cierpieniu i poczuciu winy

      najlepiej zerwij z nim całkowity kontakt, nawet sms'owy

      trzymaj się mocno i życzę żebyś odnalazła swoje szczęście jak najszybciej.
      pozdrawiam
      • siula5 Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 09:01
        Jakbym czytała opowieść z książki. Przykro mi że straciłaś dziecko, i nie
        rozumiem tego jak można zabić, w końcu na siłę cię tam nie zaciągnął, to była
        wasza decyzja, ty jesteś rozżalona bo Cię porzucił i pewnie gdyby cię nie
        rzucił to byś zapomniała o dziecku, może zła opinia z mojej strony, ale
        najpierw chcieliście tabletkami zabić, a potem dopiero zabieg, więc chyba
        decyzja zapadła szybko. Przepraszam za te słowa, ale jesteście obydwoje winni
        za śmierć dziecka.
      • more.words Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 15:06
        nooo

        koles ...kompletny debil..

        ja ne rozumiem jak mozna byc takim smieciem !!!

        wez do serca rady dziewczybn - zerwuij całkowicie kontakt... skauj wszystkie
        wiadomosci, zmien numer telefonu...

        wyrzuc wszystkie rzeczy ktore od niego dostalas...

        jejku <głaszcze>

        3maj sie...
    • hmatisse Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 15:29

      Bardzo mi przykro, że spotkała Cię w życiu taka krzywda. I nic oryginalnego nie
      dopiszę, najlepszym wyjściem byłoby całkowite zerwanie kontaktów.
      Trzymaj się mocno.
    • bubster Re: moja historia... (długie) 01.12.06, 23:30
      zmien numer telefonu i mu go nie dawaj
      wyrzuć faceta ze swojego życia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka