Dodaj do ulubionych

Pytanie na poziomie 15latki?

19.10.07, 10:28
Czy ktoś z was wie, co sprawia, że tak chętnie oglądamy filmy (oczywiście nie
wszyscy) i wzruszamy się losami bohaterów? Dlaczego płaczemy na filmach?
Dlaczego nam się wydaje, że niektórzy bohaterowie powinni być parą, a inni -
powinni się rozstać? No w ogóle - dlaczego się tym w ogóle przejmujemy? To
projekcja nas samych i naszych problemów? Jakaś pozostałość po procesie
uczenia się po przodkach z serii "jak dziadek nie opowiedział, że trzeba się
bać mamuta to mamut nas zjadał"?
Obserwuj wątek
    • beatanu Re: Pytanie na poziomie 15latki? 19.10.07, 11:48
      Ponieważ jesteśmy stworzeniami empatycznymi?
      Ponieważ mamy gdzieś "wmontowaną" potrzebę chwilowego oderwania się
      (bo chyba nie odklejenia;) od rzeczywistości?
      Ponieważ utożsamiamy się z bohaterami? Zresztą nie tylko filmów, bo
      ostatnio chyba częściej płaczę i śmieję się, czytając...

      No to tylko tyle pytań, nie odpowiedzi, nie wiem na jakim poziomie,
      bo nie mam miarki, a Bromba zajęta ;)
    • brunosch Re: Pytanie na poziomie 15latki? 19.10.07, 12:36
      > Czy ktoś z was wie, co sprawia, że tak chętnie oglądamy filmy?

      bo człowiek to istota plotkująca o bliźnich. Najpierw siedział w jaskini i z
      uciechą obrabiał tych z drugiego plemienia.
      A to, że córka ich wodza dziwnie do małpy podobna; a to, że do krzesania ognia
      nie krzemieni używają, lecz patyczków - co dziwne jest i niezrozumiałe.
      I w każdej z tych historii Ludź albo rechotał się (bo mądrzejszy od tamtego, co
      go wilk gonił), albo wzruszał się opowiastką, bo sam siedział na drzewie trzy
      dni, zanim niedźwiedź sobie poszedł...

      Jak sądzę, dzisiejsze emocje przy lekturze czy oglądaniu filmów biorą się z
      przystawalności losów do naszych doświadczeń.
      To trochę tak jak ze sceną tortur w Maratończyku. Robi większe wrażenie niż
      najkrwawsze sceny. Dlatego, że każdy odwiedza dentystę i sam czuje jak wiertło
      masakruje ząb, jak wjeżdża w nerw. Nie Hoffmana - w jego własny.

      ***
      PS mamuty były roślinożerne, więc opowieść o zjedzeniu homosapiensa przez
      słonia, było traktowane jako literatura fantasy. Tej słuchano z zapartym tchem...
    • blue.berry Re: Pytanie na poziomie 15latki? 19.10.07, 13:22
      bo potrzebujemy wzruszen a wzruszenia filmowo-ksiazkowe sa
      bezpieczne bo nawet jak sie poplaczemy to przeciez i tak wiemy ze
      wszystko to jest wymyslone. tak jest zdrowo i bezpiecznie.
      ot przyklad z mojego ulubionego serialu Grey's Anatomy - glowna
      bohaterka musiala zadecydowac o uspieniu psa chorego na raka -
      poplakalam sie, wysmarkalam, napilam ziemnej wody i juz. moja
      decyzja, dokladnie taka sama jak jej (o uspieniu psa chorego na
      raka) kosztowala mnie wiele siwych wlosow i pare tygodniu wyrwanych
      z zyciorysu.
      poza tym ludzie zawsze lubili iteresowac sie losami innych - w
      dzisiajszym swiecie paradoksalnie latwiej jest interesowac sie
      losami wymyslonymi do ktorych mamy codziennie dostep po wlaczeniu tv
      lub otwarciu ksiazki. bo "dostepy" do losow innych, tych prawdziwych
      ludzi, wcale nie sa takie oczywiscte. w dzisiejszym swiecie corazm
      mniej i chcemy i mamy molziwosc zeby interesowac sie sasiadami:)
    • braineater Re: Pytanie na poziomie 15latki? 19.10.07, 13:36
      O dżi, pytanie typu gwóźdź w zwoje :) I chyba nie wiem, dlaczego. Może żeby nie musieć wszystkiego przezywać samemu? (gupia teza, nie podoba mi się). Albo żeby się czegoś nauczyć? (czego to ja sie nauczyłem z np What Ever Happened to Baby Jane? - chyba niczego a oglądałem zasliniony z zachwytu. Czyli tez nie). Żeby "Poznać Innego?" (smierdzi egzystencjalizmem, ale chyba poniekąd się nadaje). Może jak oglądamy i ten Inny nie okazuje się wcale aż taki inny, to zaczynamy go lubić, tak po prostu i mu kibicować? Takie przeniesienie emocji, jak u kiboli, że sam w sumie tego nie zrobię, ale jakbym leciał na bramkę, to chciałbym strzelić tak, tak i tak, żeby był punkt.
      A może żadne z tych, może po prostu siedże wieczorem, palę blanty i żeby nie musieć myslec o pierdołach, wpatruję się w jakiś obrazek?

      P:)
    • aquarantina Re: Pytanie na poziomie 15latki? 19.10.07, 14:59
      Może dlatego, że film jest jak sen. Odłączasz się od rzeczywistości,
      która jest zazwyczaj nudniejsza niż sen.
    • dr.krisk A mi przeszło..... 19.10.07, 15:39
      I zupełnie się nie wzruszam, oglądam film jak migającą reklamę
      proszku do prania. Tak mi się na starość porobiło, a przecież
      drzewiej z osiem razy siedziałem na filmie produkcji
      amerykańskiej "Taksówkarz"....
      Moze to przesyt rzeczywistością wirtualną, wymyśloną? Może mnie
      konkretu trzeba?
      • chihiro2 Re: A mi przeszło..... 19.10.07, 17:49
        Ale przeciez wiele filmow jest niezwykle 'konkretnych'! W kazdym
        razie ja kazdy film traktuje tak prawdziwy. Gdybym myslala o nich
        jako i fikcji nudzilyby mnie chyba okropnie.
        Ja ogladam i kocham to, bo lubie sie przenosic w inne swiaty, inne
        rzeczywistosci, pobyc troche tu, troche tam, z tymi ludzmi, z
        tamtymi, przezyc to, co oni przezywaja. Moze jestem troche voyerka,
        bo sprawia mi frajde przygladanie sie ludziom (w tym faktycznym
        zyciu tez, nie tylko w filmie). I fajnie jest, ze nie musze jechac
        do Meksyku, by pobyc tam, wystarczy wlaczyc film.
        Ale nie przenosi sie to na inne swiaty wirtualne, wszelkie zycie
        typu second life jest zdecydowanie nie dla mnie, ludzie to raczej
        zbyt serio traktuja (a zreszta widzialam pare zdjec z tego, estetyka
        mi nie odpowiada). W filmach jest jeszcze wlasnie kwestia estetyki -
        rozni rezyserzy pokazuja swiat na rozne sposoby i bardzo mnie to
        przyciaga. Fajnie popatrzec na swiat nie tylko ze swojego punktu
        widzenia.
        • daria13 Re: No właśnie 19.10.07, 18:54
          Pytanie z wątku jest dziś przypadkiem chyba szczególnie dla mnie.
          Podkreślam DZIŚ, bo normalnie moje emocje związane z kinem nie
          wykraczają ponad normę. Płaczę, gdy temat jest mi szczególnie
          bliski, czyli niedola dzieci, ich rodziców, no i cierpienia
          zwierząt. To ostatnie mam od dziecka.
          Dziś jedank płakałam prawie dwie godziny oglądając ponownie, chyba
          po 20 latach film, który i wtedy skłonił mnie do łez (płakałam nie
          tylko po samym filmie, ale tak naprawdę przepłakałam cały wieczór.
          Jak bóbr). Ten film to UWAGA! Rok spokojnego słońca Zanussiego, z
          1984 r. Jestem ciekawa, czy znajdzie się ktoś, kogo ten film też
          wzruszył, bo wiem, że Zanussi nie dla każdego, ja też w sumie nie
          jestem jakąś wielką fanką, ale ten film rozwala mnie emocjonalnie
          całkowicie. I tu właśnie pojawia się pytanie - dlaczego? Chyba
          dlatego, że to film o miłości niemożliwej, takiej jaką uważam, że
          prawdziwa miłość powinna być, a w której istnienie nie wierzę, choć
          bardzo bym chciała. Chyba na żadnym filmie żaden aktor nie miał tyle
          miłości w oczach, co Scott Wilson, kiedy patrzył na Komorowską i
          słowa nie były mu do niczego potrzebne. Eh, jakie to było piękne. To
          cudna rola.
          Ok. 20 lat temu film poruszył mnie też kwiestią matka-córka,
          poświęcenie i tym podobne, bo jakoś było mi to bliższe, no i o
          miłości miałam jeszcze wtedy lepsze mniemanie. Ale dzisiaj zupełnie
          nie byłam w stanie zrozumieć swoich emocji.
          Film to jednak magia. Zwłaszcza dla podatnych;)
          Jestem ciekawa, czy jest tu ktoś, kogo ten film kiedykolwiek
          poruszył, bo mam przeczucie, że niekoniecznie i mam wrażenie
          jakiegoś lekkiego wyobcowania z tego powodu;)
          P:)
        • brunosch Re: A mi przeszło..... 19.10.07, 19:11
          a już najgorzej jest, jak człek liźnie tzw "techniki filmowej", to
          nie dość, że wyplusknięty "mózg z krwią" widzi jako rozrobiony
          widelcem banan z ketchupem, to jeszcze się bawi chwytami wielce
          symbolicznymi, jak w Domie sumaszedwszych (Michałkowa? Nie pomnę!),
          gdzie kupa filmoznawców wyła ponuro na tanie chwyty, a film był w
          założeniu symboliczny do bólu o wojnie rosyjsko-czeczeńskiej.
          Dlatego największe wrażenie robią filmy o tym co znamy, co przystaje
          do naszych bezpośrednich doznań i bez manipulacji artystycznej.
      • dr.krisk No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 19:22
        .. gdy pomyślę o tycn tysiącach ludzisków, co po szarym dniu wracaja
        do domu, odpalają tivi/DVD/wideło i przeżywają.....
        Takie to trochę przygnębiające jest.
        • beatanu Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 19:53
          dr.krisk napisał:

          > .. gdy pomyślę o tycn tysiącach ludzisków, co po szarym dniu
          wracaja
          > do domu, odpalają tivi/DVD/wideło i przeżywają.....
          > Takie to trochę przygnębiające jest.

          To pomyśl na chwilę, dla odmiany, o tych tysiącach, co w tej chwili
          siedzą przed komputerami :) Też oderwani, przynajmniej w pewnym
          sensie, od rzeczywistości. A ci czytający właśnie coś z
          beletrystyki? A ci słuchający najnowszej płyty Kenta (jak ja np:)
          Mnie to jakoś nie przygnębia... Każdy ma jakieś substytuty mniej lub
          bardziej szarej rzeczywistości...
          • chihiro2 Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 20:06
            A ja kompletnie nie uwazam, ze rzeczywistosc jest szara!!! Moja
            wrecz iskrzy kolorami.
            A zreszta, dlaczego substytut? Kino, ksiazka, muzyka to elementy
            jakiejs rzeczywistosci, nie jej substytuty. I zaglebiajac sie w nie
            poznajemy rzeczywistosc w wielu jej wymiarach.
            Wedlug mnie zreszta praca jest troche substytutem rzeczywistosci,
            zawsze gdy pracuje (akurat moja praca nie jest ani ciekawa ani nie
            spelniam sie w niej) mam wrazenie, ze prawdziwy swiat jest gdzies
            obok...
            • beatanu Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 20:20
              chihiro2 napisała:

              > A ja kompletnie nie uwazam, ze rzeczywistosc jest szara!!! Moja
              > wrecz iskrzy kolorami.

              No to fajnie, że iskrzy :) Ale nie wszystkim jest zawsze kolorowo.
              Moja rzeczywistość też nie jste szara, chociaż czasami zwykle
              powtarzalna, monotonna i przewidywalna...

              > A zreszta, dlaczego substytut? Kino, ksiazka, muzyka to elementy
              > jakiejs rzeczywistosci, nie jej substytuty.

              No dobrze, czasami kompelemnt ale czasami jednak substytut... tak to
              widzę.

              > Wedlug mnie zreszta praca jest troche substytutem rzeczywistosci,
              > zawsze gdy pracuje (akurat moja praca nie jest ani ciekawa ani nie
              > spelniam sie w niej) mam wrazenie, ze prawdziwy swiat jest gdzies
              > obok...

              Tutaj mam zupełnie inny punkt widzenia. Moja praca jest bardzo
              bliska rzeczywistości. Do bólu bliska...
        • braineater Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 20:16
          Dochtore - sprzeciw postawię, bo ja akurat z tych, co wieczór bez filmu, to dno a nie wieczór (a czasem dwóch i trzech filmów). Dla mnie to jest najbardziej tradycyjne zamknięcie dnai, od paru lat (czytaj od momentu jak się nauczyłem ściągać filmy z sieci:), jest to już taki rytuał, jak czytanie przed zaśnięciem. Raz - idealna chwila, żeby przygarnąć Maj Lovli Łajf, bo tak całym dniem się nie widzimy, dwa - moment w którym mogę odstawić worda, słowniki etc i popatrzyć przez 90 minut na świat nie składający się z literek. I serio, wolę być jednym z tych, co odpalają diviXa i przezywają, niż jednym z tych, co otwierają se flaszkę czystej i zaczynają ględzić o tym, że jakas partia coś tam, albo, że stara Malinowska znowu komuś dała dupy w bramie. Leże sobie spokojnie, oglądam, mam jakieś procesy myślowe, czasem z Marysieńką gadam, jeśli film z serii tych, co im komentarz ofu wzbogaca tkankę. Po prostu - jakaś forma rytuału. Dlaczego oglądam - jak napisąłem wyżej - nie potrafię sprecyzowąć. Ale, że jest mi to potrzebne tak jak spacer, paczka cameli albo kawa, tego jestem pewny.

          P:)
          • chihiro2 Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 21:26
            No wlasnie ja mam tak samo :) Tez mi to jest niezbedne do zycia, jak
            powietrze... Jak ja cierpialam, ze przez 2 miesiace w Indiach nie
            widzialam zadnego filmu. Przepraszam, widzialam "Gwiezdne wojny 6"
            na HBO w Boze Narodzenie w Jaipurze. Na ichnie filmy nie moglam isc
            do kina, bo nie pokazuja zadnych po angielsku :( I nie chodzi o to,
            ze nie mialam wrazen, mialam ich az nadto, ale mialam wielka
            potrzebe obejrzenia filmu. Chyba jestem uzalezniona.
            Dzis u mnie albo "Into great silence" albo "The spirit of the
            beehive" albo "La belle noiseuse".
            A co u Ciebie, Brain?
            • braineater Re: No i jakoś mi ponuro.... 19.10.07, 22:09
              chyba wreszcie Grindhouse :)

              P:)
        • dr.krisk Obściślam.... 20.10.07, 13:03
          Jasne: słuchanie precyzyjnej muzyki Sibeliusa albo straszliwego ryku
          dud szkockich (genialny Angus Mac Magnus!), oglądanie obrazów, czy
          czytanie książki to też jakaś wirtulandia.

          Smutno mi się jednak robi jak pomyślę o ludzich co wieczorem
          włączają TV, żeby w serialu zobaczyć podobnych ludzi jak wsuwają
          kolację, strofują bachory czy obliczają oszczędności, bo trza
          samochód do naprawy.....
    • ash3 Re: Pytanie na poziomie 15latki? 20.10.07, 23:23
      Bo lubimy szczęśliwe zakończenia? Jesli bohaterowie przeżywają jakiś swój
      problem, próbują odnaleźć wyjście z najdziwniejszych sytuacji, to odbieramy to
      jako zmagania się o coś ważnego, czasem o coś najważniejszego w życiu (nawet
      jeśli nasze życie jest diametralnie rózne od ich).
      Druga częśc odpowiedzi, dlaczego lubimy się zajmować losami innych, jest taka,
      że to przyjemne poszerzać swój świat, poszerzać o przygody innych ludzi. Czasem
      mam takie wrażenie, że czegoś ważnego dowiedziałam się, chociaż trudno to opisać
      jakimś zdaniem. To trochę jak ze snami - czasem przezywamy w nich coś
      intensywniej niż na jawie, czasem coś pokazuje się z całą ostrością (np jakieś
      uczucie), i to jest bardzo realne uczucie, chociaż nie ma nic wspólnego z życiem
      na jawie. To jest jakieś realne przeżycie, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że
      "nic się nie stało". A ponieważ jest prawdziwe (naprawdę je przeżyliśmy) więc
      się nim przejmujemy. I np domyslamy sie, dlaczego tak, kombinujemy, porównujemy,
      staramy się zapomniec, albo zadajemy sobie takie jak te pytania;-)
    • ash3 Całkiem nie a propos 24.10.07, 22:22
      ale bardzo mi się to ostatnio spodobało i zachwyciło, a dziś wreszcie odnalazłam
      z powrotem cytat: "Ludzie nie wiedzą, czemu jakiemuś dziełu sztuki gotują sławę.
      Dalecy znawstwa, zdają się znajdować w nim sto zalet, by usprawiedliwić tak
      wielkie nim zainteresowanie; ale właściwym powodem ich uznania jest
      imponderabile, sympatia".
      To fragment ze "Śmierci w Wenecji", a cytuje Kertesz w "Dzienniku galernika".
      Czy to nie piękne i bezbłednie trafne spostrzeżenie? A może tylko mi się wydaje
      takie odkrywcze?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka