happy2709
24.12.08, 16:20
Drodzy czytelnicy Mam problem. Myślałam, że mój facet się zmienił na lepsze a
jednak. Zacznę może od początku.
Jestem z nim prawie 3 lata w tym 2 razy sie rozstawaliśmy.
Jakieś pół roku temu zarzuciłam mu że rzadko się widujemy jak na 30 km
odległości (spotykaliśmy się wtedy raz na 2 tygodnie). Od wakacji się
polepszyło, spotkania były raz na tydzień, wtedy był jeszcze na stażu. Teraz
znów zaczął się problem.
On nie pracuje bo roboty nie może znaleźć, a wyjechać do innego miasta nie
chce, gada że nie ma kasy na start (uważa że potrzeba mieć 1000 zł wg mnie
mieszkanie 400 zł +200 na wyżywienie to wystarczy na pierwszy miech). Ja
studiuje obecnie mam kupę projektów bo na Polibudzie nie ukrywam ciężko jest.
Ale zawsze znalazłam czas by do niego przyjechać, a ten mi teraz mówi że do
mnie nie przyjedzie do świąt bo musi mamusi pomóc zawozi ją na rynek pchając
wózek (tam pracuje sprzedając ciuchy)/ Tłumaczy się że mamusi rączki bolą i
nie może, jedynie w weekend kiedy ona nie pracuje może do mnie przyjechać. A
ja na to możesz przyjechać bo mnie i tak nie bedzie jestem na uczelni. A on
przecież wiesz że w tygodniu nie mogę przyjechać do Ciebie bo mam obowiązki
tylko weekendy.
Jestem wściekła, uważa że to ja niszczę związek. Ale pytanie kiedy my mamy sie
spotykać, jak w tygodniu nie weekendy mam szkołę, a mam dosyć do niego nom
stop jeździć.
Kiedyś mu powiedziałam że wyjadę za pracą do innego miasta. A on nie widzi
problemu, mówi że będzie się cieszyć jak będę pracować, ale nawet się nie
będziemy spotykać, bo nawet większa odległość nas będzie dzielić. Nie wiem,
ale zaczynam twierdzić, że nie widzę przyszłości w tym związku.
Powiedział że spotkamy się po świętach.
Już 4 tydzień się nie widzimy, gdyby nie ja to byłby 7 tydzień. A tu
niewiadomo kiedy spotkamy się. I tylko 30km (tłumaczy się tym, że nie ma
prawka brak samochodu, mamusia)
Druga sprawa zaczynam się od niego oddalać, jakieś blokady u mnie powstają.
Dobrze mi jest samej, nie musi przyjeżdzać, bo mam własne sprawy, nauka itp.
Obawiam się, że jak tak będzie uczucie minie.
Wczoraj w nocy zdałam sobie sprawę co by bylo gdyby zaszła w ciążę.
Pewnie bym całymi dniami siedziała sama i płakała, że nie ma go przy mnie, a
on by mamusi pomagał, a gdy dziecko na świat by przyszło to by raz na jakiś
czas przyjeżdżał do niego. Żal mi się zrobiło, od takich myśli
Teraz też na niego wkurzyłam się. Miałam jechać do niego na sylwka. Ale
rozchorowałam się i wiem że szybko nie wyzdrowieje z 2 tyg napewno będę
chorować. Oznajmiłam mu, że moge do niego nie przyjechać na tego sylwka. A on
na to ja już zaplanowałem nie zostawię mamy samej, najwyzej pogram w gry i
pójdę po 23 spać. A ty jak chcesz nie musisz przyjeżdżać jeśli nie chcesz.
Dla mnie to szczyt wszystkiego. Woli być z matka niż ze mną, kiedy jetem
chora. W zeszłym roku było podobnie miałam dużo projektów na zaliczenie
porobić i sylwka spędzałam w domu. Dopiero jak matka powiedziała że wyjeżdża
do rodziny a on sam będzie, zdecydował się do mnie przyjechać. A mata go
okłamała została sama to teraz jemu jest jej żal. Bo mama sama w domu.
Od 4 tyg się nie widzieliśmy i nawet nie wiem kiedy zobaczymy sie. Jak w
sylwka nie spotkamy się to dopiero w lutym spotkamy się. bo ja zajmę się nauka
a nie spotkaniami z nim. Bo po co jak on żadnego kroku nie robi, to ja tez
stanę w miejscu. Zaczynam myśleć coraz bardziej o zerwaniu. O tym jakie mnie
czeka z nim życie.
Kilka dni temu powiedział mi tak: Może powinnaś że mną skończyć, znaleźć
bogatego chłopaka z którym sobie życie ułożysz, bo ze mną bieda Cię czekać będzie.
Myślę nawet że nawet z biednym mogę mieć dostanie życie, jak będzie się starał
pracował. A on nic.