dusia_83
22.01.09, 00:04
Miałyście/mieliście kiedyś tak, że zakochaliście się w osobie od pierwszego spotkania, przy każdym następnym pozostawiała ona swoją obecnością niezacieralny ślad, mąciło wam się w głowie, czuliście się wspaniale i myśl o tej osobie sprawiała nieustannie, że życie było piękne, że z każdym ujrzeniem tej osoby, nawet po długim czasie, zawsze na nowo uświadamialiście sobie, jak wielkie i nieposkromione pali was uczucie...
Staraliście się temu komuś o tym powiedzieć, na wiele sposobów, ale nigdy wprost... bo się nie było w stanie. Bo wiedzieliście, czuliście, że ta osoba nie odwzajemnia tego co wy... Bo ten ktoś prawie że odbierał wam mowę, przy nim stawaliście się zupełnie kimś innym, takim jakiego nie znaliście siebie do tej pory i niepotrafilibyście tej wersji siebie z żadną porównać...
Aż w końcu po paru latach zmagania się i wewnętrznych rozterek, z nigdy niegasnącą nadzieją w sercu, postanowiliście wyznać temu komuś prawdę, taką jaka ona jest, w tych dwóch słowach, bez owijania w bawełnę...
On ma kogoś... twierdzi, że jest zakochany... Dlatego powiedziałam mu, żeby zapomniał o tym co usłyszał...
Ale musiałam mu kiedyś o tym powiedzieć... Zrobiłam to, choć od zawsze wydawało mi się to niemożliwe, wręcz zakazane...
Nie wiem dlaczego, ale ta miłość przerasta mnie, lecz wciąż pali...