Dodaj do ulubionych

zwierzenia malkontenta

08.12.03, 16:09
Ida Swieta, a to oznacza ze...
Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty. Oznacza to, że będę latał po
sklepach, przepychał się przez spoconych ludzi z obłędem w oczach, żeby
wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły. Co gorsza, wszystko już kiedyś
komuś kupiłem. Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie
kupię mu w tym roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic ponad
tekst na etykiecie półlitrówki. Ciocia Jadzia rok temu ukontentowała się
kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za tydzień kończył się
termin ważności. W tym roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby
krem przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden krem
nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na kosmetyki całej kasy na
Boże Narodzenie. I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy
program komputerowy, choć i tak wiadomo, że przestanie się nim zajmować
po 48 godzinach, bo każda gra jest dla niego za trudna, półmózga. Żona
będzie miała jak zwykle pretensje, że Kowalska z jej biura dostanie coś
ładniejszego. W rezultacie kupię byle co - jak co roku. Potem śledzik w
pracy z ludźmi, których mordy są mi nienawistne, i patrzenie na męki
szefa, który życzy nam "dużo pieniędzy", choć wszyscy wiedzą, że dopiero
wtedy byłby szczęśliwy, gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty
łańcuchem do komputera. Krwiopijca. Potem wszyscy się nawalą jak szpaki,
a pan Henio obślini biust pani Bożeny z księgowości, zamkną się oboje w
archiwum, bo oni zawsze walą się jak króliki, kiedy są naprani.
Następnego dnia kac, w dodatku żona będzie robić wymówki. Jeszcze tylko
trzeba jebnąć w baniak karpia, bo małżonka - uważacie - wrażliwa jest i
na męki zwierzątka nie może patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez
zmrużenia oka, garbata owca. Przynieść i przystroić choinkę. Z
dzieckiem, "żeby miało ciepłe wspomnienia z dzieciństwa", a ono w dupie
ma choinkę, mnie, Boże Narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny
może mieć jakiekolwiek wspomnienia? No i kolacyjka wigilijna. Rodzinna,
mać ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co za kutas wymyślił ten
łzawy termin "rodzinna wieczerza"? Przyjdą wszyscy ci, od których na co
dzień trzymam się z daleka z dobrym skutkiem. Usiądziemy za stołem... A
nie, pardon, najpierw prezenty! Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć,
choć z góry wiem, że ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków
dopełniłby liczną kolekcję podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił
szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do
śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś kosmetyki. Jakie - będę
wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w pobliskim supermarkecie
zaczną wyprzedawać to, czego nie udało się upchnąć ludziom. Po
prezentach się zacznie. Te same kretyńskie dowcipy wuja Bronka,
zwłaszcza, kurna, ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego
psa po to, żeby narzygał w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch
godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, "jak to
dobrze, że trzymamy się razem". Gówno prawda akurat, co wykażą następne
dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już, zacznie wyzywać swojego
ślubnego od złamanych chujów. To oczywiście prawda, ale dlaczego
popierać to rzucaniem w niego salaterką po śledziach? Mniejsza o jego
mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze
przez dwa tygodnie po Wigilii. Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku
6-letnia latorośl kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie
kolacji i nie zakomunikuje o tym radośnie jeszcze przed deserem. Bo to,
że coś wywali sobie na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko
muszę przeżyć debilne gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście
skoczą sobie do gardeł i na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula
Jadzia puści maleńkiego pawika na ścianę koło swojego fotela i można
będzie odtrąbić koniec męczarni. A nie, byłbym zapomniał. Kolejną
rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to religijna rodzina. No to
pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą cholerę tłuc się po nocy,
żeby stać na mrozie w bezruchu przez godzinę czy więcej. Ciekawe, czy
moja małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach kościółka - jak to
robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W kościele, jeśli tam
się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni tylko dlatego
stoją na własnych nogach, bo za duży tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś
beknie albo puści głośno bąka, ale i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo
wszyscy drzemią na stojąco. Wracając trzeba tylko będzie uważać na
chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka młodzież szczególnie lubi
wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka Edka, ale on chyba tego
nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę. Wreszcie wychodzą z chałupy,
wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych troglodytów jest
najszczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka dni odpoczynku.
Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się kolejny
kretyński wynalazek - sylwester. Ludzie! Kto to wymyślił?! Już od
listopada ślubna wydala z siebie idiotyczne pomysły, żeby pójść na
"jakiś bal". Jakbyśmy srali pieniędzmi... Albo żeby gdzieś wyjechać,
gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod fikusem, będzie miała
tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na balandze u Witka.
Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje, że to jakiś
uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół budżetu domowego
na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku po
nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat
w Somalii przez kwartał. Ja się wbijam w garnitur, bo europejska
cywilizacja wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na
siebie marynarę, co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy
postronek. I tak mam przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i
jazda, a małżonka kładzie sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do
pierwszego stawu, a daje rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed
konserwacją. I zajmuje ze trzy godziny. Łazienka, oczywiście, zajęta i
wszyscy pozostali domownicy mogą szczać do zlewu, jak mają potrzebę,
albo niech zdychają na uremię. U Witka ten sam zestaw ludzki, ale czasem
trafia się coś nowego, na czym można by oko zawiesić. Jak zwykle nic z
tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą chałupę, to ryzyko za duże.
Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą doprowadza się do stanu, w
którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być radosnym jak młody pies,
szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w tany, nawet jeśli ni pyty nie mam o
tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy miotają się w
konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli się z
tydzień. Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już
koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko,
na co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te
oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego
najlepszego, choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił
czym prędzej. Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu - rozmazane
makijaże kobitek (najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie
mordą w sałatkę), śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w
kiblu. Norma.
Ja, oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności
odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu. I tak zakończę ten najgorszy
okres w roku...

Obserwuj wątek

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka