nutnut
14.10.09, 19:04
Wszystko zaczęło się we środę 23 września. Aktywny dzień – spacer dookoła Malty, potem herbatka malinowa, schodzenie po schodach. Wieczorem byłam umówiona z moją położną na kontrolę sytuacji. Około 20 zameldowaliśmy się w szpitalu, położna mnie zbadała i okazało się, że z 3 cm rozwarcia jakie miałam do tej pory zrobiło się 4-5 cm. Decyzja, że powinnam pokazać się lekarzowi na izbie przyjęć i zasięgnąć jego porady co dalej. Pojechaliśmy spokojnie do domu, wzięłam prysznic, zapakowałam ostatnie gadżety do torby i ruszyliśmy z powrotem do szpitala. KTG niestety nie pokazało czynności skurczowej. Wyjaśniono mi, że powinnam zostać na obserwacji - z uwagi na zwiększone ryzyko zakażenia, wypadnięcia pępowiny (gdyby pękł nagle pęcherz) lub nagłego postępu akcji. Zaproponowano mi również podanie małej dawki oksytocyny, tak żeby sprawdzić czy uda się w ten sposób pobudzić naturalną czynność skurczową. Zgodziłam się. Po jakimś czasie okazało się, że moich własnych skurczy prawie brak, natomiast rozwarcie się powoli zwiększa. Zgodziłam się na podanie dalszych dawek oksytocyny. Podłączona do pompy miałam mało możliwości manewru, ale spokojnie udawało mi się robić przysiady, tuptać krokiem bociana, zwisać z łóżka i pobliskiego parapetu w różnych pozach, kołysać - no i generalnie robić wszystko poza pakowaniem się na łóżko.
Kwadranse mijały, a ja wciąż nie czułam prawie nic. Rozmawiałam z Córeczką, pytałam jak się miewa i czy nie jest zaniepokojona tym, że w środku nocy nie śpimy. Mąż przysypiał na fotelu obok, a ja nadal się kołysałam. Następne badanie pokazało 7 cm rozwarcia. Zaczęłam się martwić, że z tak słabą czynnością macicy nie uda mi się wyprzeć Małej, do tej pory chyba nie do końca docierało do mnie, że mój poród dzieje się dziś i naprawdę. Położna zaproponowała przebicie pęcherza, mówiąc że na podstawie wieloletniej praktyki klinicznej ocenia, że nadszedł odpowiedni moment. Po krótkim wahaniu zgodziłam się. Poczułam ciepłe wody wypływające ze mnie i jednocześnie ruch córeczki. Starałam się uspokoić ją oddechem i zapewnić, że nie powinna się denerwować, bo już niedługo na siebie popatrzymy. Dosłownie 5 min po odejściu wód poczułam co to znaczy rodzić . Skurcze zdecydowanie nasiliły się, w końcu coś konkretnego poczułam. Po następnym kwadransie wiedziałam już, że jedynie oddech da mi siłę przejścia przez kolejną falę napięcia. Oddychałam instynktownie kierując wdech i wydech bezpośrednio do Małej. W głowie miałam tylko jedną myśl – rozluźniam, rozluźniam, rozluźniam. …Pomiędzy skurczami schodziłam z łóżka, w trakcie wybierałam zmodyfikowaną pozycję kolankowo-łokciową, tułowiem oparta na wysoko podniesionym oparciu łóżka. Próbowałam ułożyć się inaczej, ale ta jedna pozycja była przeznaczona tej nocy dla mnie. W pewnym momencie poczułam, że coś się zmieniło i z niejakim zdziwieniem zanotowałam: aha, to był ten osławiony party! Położna powiedziała, że już odpowiedni moment, że powinnam starać się przeć bardziej aktywnie. Ja wciąż nie czułam takiej potrzeby…i robiłam to delikatnie z intensywnością i przerywnikami jakie dyktował mi oddech. Po kilku następnych minutach wiedziałam, że już pora. Zebrałam się więc w sobie i z całej siły starałam się już pomóc Córci wydostać się na świat. Okazało się jednak, że w pozycji jaką zachowywałam do tej pory nie bardzo wychodzi mi operowanie tłocznią brzucha. Położna zaproponowała, żebym odwróciła się do pozycji siedzącej. Mając w pamięci wszelkie argumenty przeciw pozycji horyzontalnej miauknęłam, że po moim trupie. Na szczęście Położna niezrażona rozmawiała ze mną dalej. Ustaliłyśmy, że spróbuję na jeden skurcz. Przekręciłam się, ułożyłam oparcie pleców wysoko, nogi poniżej poziomu bioder – i okazało się, że rzeczywiście jest mi dużo wygodniej. Parłam z całych sił, we własnym rytmie, delikatnie kierowana przez Położną. W pewnym momencie poczułam poprzez rozpieranie jak wyłania się główka. Położna krzyknęła, że widać włoski.
Nie potrafię opisać fali miłości i spokoju jaki ogarnął mnie podczas ostatnich skurczy. Chwilę potem Córcia wylądowała na moim brzuchu. Była cała mokra, czysta i najpiękniejsza na świecie. Przez chwilę leżała spokojnie jakby analizując co się dzieje, przytulałam ją z całej siły. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić po czym mąż uroczyście ją odciął. Mała powędrowała na moją pierś i tak spędziłyśmy następne chwile. Nie chciała jeszcze ssać, chyba jeszcze nie była gotowa. Kiedy zaczęło się robić jej chłodno pozwoliłam położyć ją pod lampą. Mąż cały czas towarzyszył malutkiej, a ja skoncentrowałam się na III fazie porodu. Minęło już około 20 minut, czynność skurczowa ustała kompletnie, a łożyska ani słychu ani widu. Lekarz prowadzący (do tej pory siedział sobie na stołeczku w rogu sali) podszedł do mnie. Ustaliliśmy, że czekamy dalej. Po kolejnych 20 minutach nadal nic się nie zmieniło. Lekarz nacisnął mi na brzuch usiłując zbadać co dzieje się w środku, a ja poczułam falę wypływającą ze mnie. Okazało się, że bardzo masywnie krwawię. Zaczęła się gorączkowa bieganina dookoła łóżka. Ostatnie co pamiętam to panią anestezjolog, która wyjaśniała, że zaraz poda mi znieczulenie ogólne. Godzinę potem obudziłam się już przykryta kocem i trzęsąca się z zimna, z trzema wenflonami i z sześcioma workami płynów wiszącymi nad głową. Okazało się, że z powodu nieprawidłowej struktury łożyska (nienaturalnie wrośnięte w ścianę macicy) nie było najmniejszych szans, żeby samo się oddzieliło samoistnie. Powiedziano mi, że takich przypadków spotyka się około 1-2% spośród wszystkich porodów. Straciłam około półtora litra krwi. Gdyby działo się to w domu, szanse na przywitanie ze Św. Piotrem miałabym więcej niż duże….
Aha: udało się bez nacięcia i tylko z małymi pęknięciami I stopnia .
Reasumując: cieszę się, że zaufałam intuicji. Domowy chodził mi po głowie długo, często i intensywnie. Przeczytałam ogrom literatury, śledziłam wątek uważnie od kilku miesięcy, płakałam ze wzruszenia czytając opisy narodzin dobrze urodzonych. Mieszkam w Poznaniu, więc możliwości niespecjalnie wiele – pani Alina z Piły. I tu pojawiał się w mojej głowie zgrzyt: nieznajoma… Nie znalazłam alternatywy, za to w międzyczasie spotkałam przypadkiem moją Położną.
Co najważniejsze, poród był piękny, spokojny i wzruszający. Personel szpitala prowadził ze mną dialog, niczego mi nie narzucano z góry, a jedynie proponowano i przekonywano do zastosowania tego i tamtego. Moja opinia była szanowana. Jednocześnie też wiedziałam, że Córcia czuje mój spokój i jest pod okiem specjalistów.
Dzięki mojej wspaniałej Położnej czułam się komfortowo i bezpiecznie. Nie wiem jak jej dziękować za czas spędzony ze mną, zaangażowanie, poświęcenie mi prywatnych, już podyżurowych godzin, również za troskę okazaną już po porodzie. No i przede wszystkim, za spełnienie marzeń o pięknych narodzinach mojego dziecka. To dar, który będzie Córci i mnie towarzyszył już zawsze.
Chciałam też ogromnie podziękować Sun.pl za zaszczepienie wiary we własną intuicję, zaufanie do samej siebie, wewnętrzny rytm i kojący szmer oddechu. Również za harmonię jaką czuję w sobie i spokojną równowagę – bezcenną również dla mojej Córeczki. No i za prozaiczne, 40 tygodniowe likwidowanie bólu pleców i innych ciężarówkowych dolegliwości.
Nusia jest bardzo spokojnym noworodkiem, dzisiaj szeroko otwiera oczy i patrzy ufnie dookoła. Czekam z niecierpliwością na pierwszy uśmiech. Jestem niewyobrażalnie szczęśliwa.