Dobry wieczór

Chciałam się przywitać i na wstępie podziękować Wam ze to miejsce w sieci,
które tu stworzyłyście.
Forum czytam regularnie, dużo tu praktycznych porad, z których mam nadzieję
skorzystać.
W zasadzie wszystko o mnie już wiecie z tematu wątku. Wiem, że jest tu kilka
kobiet, które dokładnie rozumieją co czuję i dlaczego...
Pierwszy poród - nawet nie brałam pod uwagę innej możliwości niż psn (o
naiwna!). Miałam opłaconą legalnie "swoją " położną i do głowy mi nie
przyszło, że trzeba było również postarać się o "swojego" lekarza. Nie
zdawałam sobie również sprawy, jak ważny jest wpisany na karcie ciąży termin
porodu. Wiedziałam, że te wyliczenia z OM to w moim przypadku kit, bo dziecię
zostało spłodzone w 21 dniu cyklu. Ale nie spodziewałam się, że może paść
argument na IP: "Pani! Ile ja tu już widziałem niepokalanych poczęć, bo mąż w
delegacji, he he he". Nie wiem dlaczego wtedy te słowa nie oburzyły mnie...
Ech - długo by pisać. Niestety - po trzech latach nadal to żywe jest we mnie i
uwierające.
Koniec końców - przez pięć dni podpisywałam na IP, że świadomie rezygnuję z
przyjęcia do szpitala. Potem - cztery dni wywoływania przy pomocy oksytocyny.
Samoczynna akcja rozpoczęta w nocy, wyciszona zupełnie o poranku, zaraz po
przebudzeniu oddziału (jestem przekonana, że to stres związany z wizytą: "i co
my teraz z Panią poczniemy?" spowodował wyciszenie akcji skurczowej). Na nowo
skurcze powróciły o 16... Przyjęcie na porodówkę, kilkugodzinne leżenie pod
KTG z bólami krzyżowymi (w pewnym momencie zeskoczyłam z łóżka i powiedziałam,
że może się KTG pisać na siedząco; położna przerażona: "my tu tak nie
praktykujemy!"; mąż trzymał pelotę od KTG, zapis był ciągły, a ja pierwszy
skurcz macicy bez towarzyszącego bólu w plecach odczułam jako autentyczną p r
z y j e m n o ś ć). No i o 21.30 decyzja o cięciu, z powodu braku postępu
porodu. Klasyka?
Moja koleżanka-lekarka, gdy usłyszała, że teraz chciałabym rodzić naturalnie,
skomentowała: "i co? tak ci potrzebne do szczęścia, żeby dzieciak wyszedł
tamtędy?"
Więc po cichu liczę, że może tu usłyszę chociaż ze dwa słowa otuchy.
Powspieracie Dziewczyny?