Zainspirowała mnie opowieść Noelli i fragment o tym, że w porodzie
domowym można wybrać dziecku godzinę urodzenia

Otóż ja jakoś tak się czułam z tym lekko niewyraźnie.
Nie wiem co prawda jak wygląda porodówka w szpitalu, ale na filmach,
zwaszcza amerykańskich, jest olbrzymi zegar nad łóżkiem, noworodek
się rodzi, lekarz czy położna spoglądają na zegar, dłuugie ujęcie i
ktoś wypowiada czas narodzin.
A ja nie miałam zegarka, nikt nie pomyślał o tym, by w łazience go
zamontować

i godz. urodzenia została wydedukowana przez położną.
Na pewno dużo się nie pomyliła, a znając jej intuicję, to może i w
ogóle, ale jakoś i tak mi to nie dawało spokoju. Nie wiem, co tak
naprawdę by mi dało, że dziecko się urodziło np. o 18.01 czy 17.59 a
nie o 18.00... Znam osoby, które mają inny miesiąc czy nawet rok
urodzenia w papierach niż naprawdę i jakoś nie mają z tego powodu
rozterek; tłumaczyłam sobie/siebie, że może lekko szurnięta jestem

No i wreszcie natrafiłam na opis Noelli, a potem Clementiy i
zupełnie inaczej na to spojrzałam

Olałam to! I mam nareszcie
święty spokój.