Dodaj do ulubionych

Tego uczyłem się w szkole

IP: *.DeutschePost.de / 10.176.37.* 20.03.02, 15:36
...zatrzymali 12-letniego sprawcę kradzieży z włamaniem do samochodu.
Nieletni włamał się do samochodu m-ki Mercedes i po nieudanej próbie
uruchomienia pojazdu ukradł z niego radioodtwarzacz oraz okulary...

Urodził się w biednej rodzinie, trudne dzieciństwo, od dziecka interesował się
samochodami. Marzył o tym by raz usiąść za kierownicą Merdedesa. Biedne małe
serce drżało na tę myśl ze szczęścia.

Tragiczne los utalentowanego, biednego, wrażliwego dziecka.
Nikt z otoczenia nie rozumie jego pragnień.
Dlaczego Janek nie zostanie wybitnym konstruktorem albo kierowcą rajdowym?
Obserwuj wątek
    • Gość: Tomek Re: Tego uczyłem się w szkole IP: *.DeutschePost.de / 10.176.37.* 20.03.02, 15:42
      To prawdziwy Janko Muzykant XXI wieku.
      Szkoła nie wychowuje "dla pracy" zawsze były jakieś "szklane domy", "zajazdy",
      "ślimaki", ... ale ani słowa o szacunku dla pracy.
      • Gość: mycha Re: Tego uczyłem się w szkole IP: *.acn.waw.pl 20.03.02, 22:11
        Szkola, szkola - ale zanim dziecko pojdzie do szkoly to przeciez sie uczy
        podstaw od swoich rodzicow !
        Gdzie sa rodzice ? Jaka jest ich rola ?
        Podstawy wychowania - okazania pewnych wzorcow - daja rodzice. Szkola tylko
        wspomaga i uczy. Glownym zadaniem szkoly nie jest wychowac lecz uczyc.
        • roseanne chyba nie zrozumialas 20.03.02, 22:49
          Czytalas "Janka Muzykanta" - to bylo w XIX wieku, srzypeczki, o ile dobrze
          pamietam
          teraz to moze byc autko.
          Chodzi o tresc ksiazki w przelozeniu na zycie.

          polecam zastanowienie sie raz jeszcze
          • Gość: Jarek Re: chyba nie zrozumialas IP: *.siemens.pl 21.03.02, 15:54
            A ja polecam przeczytanie jeszcze raz oryginalu.
            Janko chcial sobie tylko pograc. W noweli nie ma slowa o tym, ze po nieudanej
            probie koncertu oberwal struny i zabral sobie na pamiatke.
            • Gość: KierMerc Oryginał: "...Biedne, potrzaskane skrzypki!... " IP: *.dip.t-dialin.net 27.03.02, 21:40
              JANKO MUZYKANT

              Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie
              położnicy, kręciły głowami i nad matką, i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa,
              która była najmądrzejsza, poczęła chorą pocieszać:

              - Dajta - powiada - to zapalę nad wami gromnicę, juże z was nic nie będzie,
              moja kumo; już wam na tamten świat się wybierać i po dobrodzieja by posłać,
              żeby wam grzechy wasze odpuścił.

              - Ba! - powiada druga - a chłopaka to zara trza ochrzcić; on i dobrodzieja nie
              doczeka, a - powiada - błogo będzie, co choć i strzygą się nie ostanie.

              Tak mówiąc zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż
              poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:

              - Ja ciebie „krzcę” w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na
              przezwisko Jan, a terazże, duszo „krześcijańska”, idź, skądeś przyszła. Amen.

              Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i
              opuszezać chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako
              mogła, i płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: „myślałby
              kto, kocię nie kocię albo co!”

              Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się
              lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo zipał, ale zipał; aż w
              czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim
              takim zdrowiu doszedł do dziesiątego roku życia.

              Chudy był zawsze i opalony, z brzuchem wydętym, a zapadłymi policzkami;
              czuprynę miał konopną, białą prawie i spadającą na jasne, wytrzeszczone oczy,
              patrzące na świat, jakby w jakąś niezmierną dalekość wpatrzone. W zimie
              siadywał za piecem i popłakiwał cicho z zimna, a czasem i z głodu, gdy matula
              nie mieli co włożyć ani do pieca, ani do garnka; latem chodził w koszulinie
              przepasanej krajką i w słomianym „kapalusie”, spod którego obdartej kani
              spoglądał, zadzierając jak ptak głowę do góry. Matka, biedna komornica, żyjąca
              z dnia na dzień niby jaskółka pod cudzą strzechą, może go tam i kochała po
              swojemu, ale biła dość często i zwykle nazywała „odmieńcem”. W ósmym roku
              chodził już jako potrzódka za bydłem lub, gdy w chałupie nie było co jeść, za
              bedłkami do boru. Że go tam kiedy wilk nie zjadł, zmiłowanie Boże.

              Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki przy rozmowie z
              ludźmi palec do gęby wkładający. Nie obiecywali sobie nawet ludzie, że się
              wychowa, a jeszcze mniej, żeby matka mogła doczekać się z niego pociechy, bo i
              do roboty był ladaco. Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną
              rzecz był tylko łapczywy, to jest na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak
              tylko trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. Pójdzie, bywało, do
              boru za bydłem albo z dwojakami na jagody, to się wróci bez jagód i mówi
              szepleniąc:

              - Matulu! tak ci coś w boru „grlało”. Oj! Oj!

              A matka na to:

              - Zagram ci ja, zagram! nie bój się!

              Jakoż czasem sprawiała mu warząchwią muzykę. Chłopak krzyczał, obiecywał, że
              już nie będzie, a taki myślał, że tam coś w boru grało... Co? Albo on
              wiedział?... Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta!

              Echo też... W polu grała mu bylica, w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż
              się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i
              pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój
              rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach.

              Zobaczył go tak raz karbowy, stojącego z rozrzuconą czupryną i słuchającego
              wiatru w drewnianych widłach... zobaczył i odpasawszy rzemyka dał mu dobrą
              pamiątkę. Ale na co się to zdało! Nazywali go ludzie „Janko Muzykant”!...
              Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały
              rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty
              piały po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie,
              jakie on i w tym nawet słyszał granie... Do kościoła matka nie mogła go brać,
              bo jak, bywało, zahuczą organy lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy
              tak mgłą zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły...

              Stójka, co chodził nocą po wsi i aby nie zasnąć, liczył gwiazdy na niebie lub
              rozmawiał po cichu z psami, widział nieraz białą koszulę Janka, przemykającą
              się w ciemności ku karczmie. Ale przecież chłopak nie do karczmy chodził,
              tylko pod karczmę. Tam przyczaiwszy się pod murem, słuchał. Ludzie tańcowali
              obertasa, czasem jaki parobek pokrzykiwał: „U-ha!” Słychać było tupanie butów,
              to znów głosy dziewczyn: „Czegóż?” Skrzypki śpiewały cicho: „Będziem jedli,
              będziem pili, będziewa się weselili”, a basetla grubym głosem wtórowała z
              powagą: „Jak Bóg dał! jak Bóg dał!” Okna jarzyły się światłem, a każda belka w
              karczmie zdawała się drgać, śpiewać i grać także, a Janko słuchał!...

              Co by on za to dał, gdyby mógł mieć takie skrzypki grające cienko; „Będziem
              jedli, będziem pili, będziewa się weselili.” Takie deszczułki śpiewające. Ba!
              ale skąd ich dostać? gdzie takie robią? Żeby mu przynajmniej pozwolili choć
              raz w rękę wziąć coś takiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słuchać, toteż
              i słuchał zwykle dopóty, dopóki głos stójki nie ozwał się za nim z ciemności: -
              Nie pójdzieszże ty do domu, utrapieńcze?

              Więc wówczas zmykał na swoich bosych nogach do domu, a za nim biegł w
              ciemnościach głos skrzypiec: „Będziem jedli, będziem pili, będziewa się
              weselili”, i poważny głos basetli: „Jak Bóg dał! Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!”

              Gdy tylko mógł słyszeć skrzypki, czy to na dożynkach, czy na weselu jakim, to
              już dla niego było wielkie święto. Właził potem za piec i nic nie mówił po
              całych dniach, spoglądając jak kot błyszczącymi oczyma z ciemności. Potem
              zrobił sobie sam skrzypki z gonta i włosienia końskiego, ale nie chciały grać
              tak pięknie jak tamte w karczmie: brzęczały cicho, bardzo cichutko, właśnie
              jak muszki jakie albo komary. Grał jednak na nich od rana do wieczora, choć
              tyle za to odbierał szturchańców, że w końcu wyglądał jak obite jabłko
              niedojrzałe. Ale taka to już była jego natura. Dzieciaczyna chudł coraz
              bardziej, brzuch tylko zawsze miał duży, czuprynę coraz gęstszą i oczy coraz
              szerzej otwarte, choć najczęściej łzami zalane, ale policzki i piersi wpadały
              mu coraz głębiej i głębiej...

              Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które
              zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył
              najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek.

              Ale ta chęć nie wyszła mu na dobre.

              We dworze miał skrzypce lokaj i grywał czasem na nich szarą godziną, aby się
              podobać pannie służącej. Janko czasem podczołgiwał się między łopuchami, aż
              pod otwarte drzwi kredensu, żeby im się przypatrzeć. Wisiały właśnie na
              ścianie naprzeciw drzwi. Więc tam chłopak duszę swoją całą wysyłał ku nim
              przez oczy, bo mu się zdawało, że to niedostępna jakaś dla niego świętość,
              której niegodzien tknąć, że to jakieś jego najdroższe ukochanie. A jednak
              pożądał ich. Chciałby przynajmniej raz mieć je w ręku, przynajmniej
              przypatrzeć się im bliżej... Biedne małe chłopskie serce drżało na tę myśl ze
              szczęścia.

              Pewnej nocy nikogo nie było w kredensie. Państwo od dawna siedzieli za
              granicą, dom stał pustkami, więc lokaj przesiadywał na drugiej stronie u panny
              pokojowej. Janko, przyczajony w łopuchach, patrzył już od dawna przez otwarte
              szerokie drzwi na cel wszystkich swych pożądań. Księżyc właśnie na niebie był
              pełny i wchodził ukośnie przez okno do kredensu, odbijając je w kształcie
              wielkiego jasnego kwadratu na przeciwległej ścianie. Ale ten kwadrat zbliżał
              się powoli do skrzypiec i w końcu oświetlił je zupełnie. Wówczas w ciemnej
              głębi wydawało się, jakby od nich biła światłość srebrna; szczególniej wypukłe
              zgięcia oświecone były tak
              • Gość: KierMerc Oryginał: Reszta IP: *.dip.t-dialin.net 28.03.02, 13:59
                Wówczas w ciemnej głębi wydawało się, jakby od nich biła światłość srebrna;
                szczególniej wypukłe zgięcia oświecone były tak mocno, że Janek ledwie mógł
                patrzeć na nie. W onym blasku widać było wszystko doskonale: wcięte boki,
                struny i zagiętą rączkę. Kołeczki przy niej świeciły jak robaczki
                świętojańskie, a wzdłuż zwieszał się smyczek na kształt srebrnego pręta...

                Ach! wszystko było śliczne i prawie czarodziejskie; Janek też patrzył coraz
                chciwiej. Przykucnięty w łopuchach, z łokciami opartymi o chude kolana, z
                otwartymi ustami patrzył i patrzył. To strach zatrzymywał go na miejscu, to
                jakaś nieprzezwyciężona chęć pchała go naprzód. Czy czary jakie, czy co?...
                Ale te skrzypce w jasności czasem zdawały się przybliżać, jakoby płynąc ku
                dziecku... Chwilami przygasały, aby znowu rozpromienić się jeszcze bardziej.
                Czary, wyraźne czary! Tymczasem wiatr powiał; zaszumiały cicho drzewa,
                załopotały łopuchy, a Janek jakoby wyraźnie usłyszał:

                - Idź, Janku! w kredensie nie ma nikogo... idź, Janku!...

                Noc była widna, jasna. W ogrodzie dworskim nad stawem słowik zaczął śpiewać i
                pogwizdywać cicho, to głośniej: „Idź! pójdź! weź!” Lelek poczciwy cichym lotem
                zakręcił się koło głowy dziecka i zawołał: „Janku, nie! nie!” Ale lelek
                odleciał, a słowik został i łopuchy coraz wyraźniej mruczały: „Tam nie ma
                nikogo!” Skrzypce rozpromieniły się znowu...

                Biedny, mały, skulony kształt z wolna i ostrożnie posunał się naprzód, a
                tymczasem słowik cichuteńko pogwizdywał: „Idź! pójdź! weź!”

                Biała koszula migotała coraz bliżej drzwi kredensowych. Już nie okrywają jej
                czarne łopuchy. Na progu kredensowym słychać szybki oddech chorych piersi
                dziecka. Chwila jeszcze, biała koszulka znikła, już tylko jedna bosa nóżka
                wystaje za progiem. Na próżno, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wołasz: „Nie!
                nie!” Janek już w kredensie.

                Zarzechotały zaraz ogromnie żaby w stawie ogrodowym, jak gdyby przestraszone,
                ale potem ucichły. Słowik przestał pogwizdywać, łopuchy szemrać. Tymczasem
                Janek czołgał się cicho i ostrożnie, ale zaraz go strach ogarnął. W łopuchach
                czuł się jakby u siebie, jak dzikie zwierzątko w zaroślach, a teraz był jak
                dzikie zwierzątko w pułapce. Ruchy jego stały się nagłe, oddech krótki i
                świszczący, przy tym ogarnęła go ciemność. Cicha, letnia błyskawica,
                przeleciawszy między wschodem i zachodem, oświeciła raz jeszcze wnętrze
                kredensu i Janka na czworakach przed skrzypcami z głową zadartą do góry. Ale
                błyskawica zgasła, księżyc przesłoniła chmurka i nic już nie było widać ani
                słychać.

                Po chwili dopiero z ciemności wyszedł dźwięk cichutki i płaczliwy, jakby ktoś
                nieostrożnie strun dotknął - i nagle...

                Gruby jakiś, zaspany głos, wychodzący z kąta kredensu spytał gniewliwie:

                - Kto tam?

                Janek zataił dech w piersiach, ale gruby głos spytał powtórnie:

                - Kto tam?

                Zapałka zaczęła migotać po ścianie, zrobiło się widno, a potem... Eh! Boże!
                Słychać klątwy, uderzenia, płacz dziecka, wołanie: O! dlaboga! szczekanie
                psów, bieganie świateł po szybach, hałas w całym dworze...

                Na drugi dzień biedny Janek stał już przed sądem u wójta.

                Mieliż go tam sądzić jako złodzieja?... Pewno. Popatrzyli na niego wójt i
                ławnicy, jak stał przed nimi z palcem w gębie, z wytrzeszczonymi zalękłymi
                oczyma, mały, chudy, zamorusany, obity, nie wiedzący, gdzie jest i czego od
                niego chcą? Jakże tu sądzić taką biedę, co ma lat dziesięć i ledwo na nogach
                stoi? Do więzienia ją posłać czy jak?... Trzebaż przy tym mieć trochę
                miłosierdzia nad dziećmi. Niech go tam weźmie stójka, niech mu da rózgą, żeby
                na drugi raz nie kradł, i cała rzecz.

                - Bo pewno!

                Zawołali Stacha, co był stójką:

                - Weź go ta i daj mu na pamiątkę.

                Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby
                jakiego kociaka, i wyniósł ku stodółce. Dziecko, czy nie rozumiało, o co
                chodzi, czy się zalękło, dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko,
                jakby patrzył ptak. Albo on wie, co z nim zrobią? Dopiero jak go Stach w
                stodole wziął garścią, rozciągnął na ziemi i podgiąwszy koszulinę machnął od
                ucha, dopieroż Janek krzyknął:

                - Matulu! - i co go stójka rózgą, to on - „Matulu! matulu!!”, ale coraz
                ciszej, słabiej, aż za którymś razem ucichło dziecko i nie wołało już matuli...

                Biedne, potrzaskane skrzypki!...

                - Ej, głupi, zły Stachu! któż tak dzieci bije? Toż to małe i słabe, i zawsze
                było ledwie żywe.

                Przyszła matka, zabrała chłopaka, ale musiała go zanieść do domu... Na drugi
                dzień nie wstał Janek, a trzeciego wieczorem konał już sobie spokojnie na
                tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem.

                Jaskółki świegotały w czereśni, co rosła pod przyzbą; promień słońca wchodził
                przez szybę i oblewał jasnością złotą, rozczochraną główkę dziecka i twarz, w
                której nie zostało kropli krwi. Ów promień był niby gościńcem, po którym mała
                dusza chłopczyka miała odejść. Dobrze, że choć w chwilę śmierci odchodziła
                szeroką, słoneczną drogą, bo za życia szła po prawdzie ciernistą. Tymczasem
                wychudłe piersi poruszały się jeszcze oddechem, a twarz dziecka była jakby
                zasłuchana w te odgłosy wiejskie, które wchodziły przez otwarte okno. Był to
                wieczór, więc dziewczęta wracające od siana śpiewały: „Oj, na zielonej, na
                runi!”, a od strugi dochodziło granie fujarek. Janek wsłuchiwał się ostatni
                raz, jak wieś gra... Na kilimku przy nim leżały jego skrzypki z gonta.

                Nagle twarz umierającego dziecka rozjaśniła się, a z bielejących warg wyszedł
                szept:

                - Matulu?...

                - Co, synku? - ozwała się matka, którą dusiły łzy...

                - Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki?

                - Da ci, synku, da! - odrzekła matka; ale nie mogła dłużej mówić, bo nagle z
                jej twardej piersi buchnęła wzbierająca żałość, więc jęknąwszy tylko: „O Jezu!
                Jezu!”, padła twarzą na skrzynię i zaczęła ryczeć, jakby straciła rozum albo
                jak człowiek, co widzi, że od śmierci nie wydrze swego kochania...

                Jakoż nie wydarła go, bo gdy podniósłszy się znowu spojrzała na dziecko, oczy
                małego grajka były otwarte wprawdzie, ale nieruchome, twarz zaś poważna
                bardzo, mroczna i stężała. Promień słoneczny odszedł także...

                Pokój ci, Janku!

                *

                Nazajutrz powrócili państwo do dworu z Włoch wraz z panną i kawalerem, co się
                o nią starał. Kawaler mówił:

                - Quel beau pays que l’Italie.

                - I co to za lud artystów. On est heureux de chercher lá-bas des

                talents et de les protéger... - dodała panna.

                Nad Jankiem szumiały brzozy...
            • Gość: KierMerc Janko Muzykant == Bin Laden IP: *.dip.t-dialin.net 27.03.02, 21:44
              Jesli zaślepienie jakimś ideałem moze usprawiedliwiać zbrodnię,to zastawmy w
              spokoju Bin Ladena.
              • Gość: Jarek Re: Janko Muzykant == Bin Laden IP: *.siemens.pl 28.03.02, 12:29
                Powtarzam jeszcze raz: Janko nie zniszczyl tych skrzypek celowo, nie ukradl ich
                dla zarobku, o ile kradzieza mozna nazwac to, co on zrobil (nawiasem mowiac
                calosc tekstu ci sie nie skopiowala). Widze tu pewna roznice w porownaniu z
                lebkiem, ktory kradnie samochod, "zeby sie przejechac", a potem go niszczy, czy
                tez w porownaniu z oszolomem, ktory probuje w imie jakichs wlasnych
                idealow "naprawiac swiat" mordujac niewiernych.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka