Mam 2 dzieci w szkole i mimo ze juz kilka lat oplacam rozne skladki i akcje, coraz bardziej zaczynam sie buntowac. Rozumiem skladki na wyjscie do teatru, kina, jakies wycieczki, ale...
Corka poszla wlasnie do 1 klasy. Na pierwszym zebraniu RODZICE usiedli w lawkach dla DZIECI i stwierdzili, ze im - RODZICOM - jest niewygodnie, w zwiazku z tym co? Kupujemy nowe lawki! (Corka, owszem, przyznala, ze sa niewygodne, bo... sa twarde

Czyli nowe tez beda niewygodne, bo nikt im nie da foteli w szkole). Platne oczywiscie przez rodzicow. Szybko znaleziono odpowiedni towar i kaza sie rodzicom zadeklarowac, ile zaplaca.
Nastepnego dnia podchodzi do mnie jeden z rodzicow z zadaniem "10 zl na kwiaty". Owszem, zbliza sie dzien nauczyciela, ale dzieci nie ida w tym dniu do szkoly i chcialabym wiedziec, na co pojdzie kwota 260zl.
I tak jest niestety co chwila... Czy standardem w szkole jest teraz oplacanie wszystkiego - srodki higieniczne, art. papiernicze czy nawet meble? Bezplatna szkola, prawda?