W szkole mojej znajomej miała miejsce następująca sytuacja. Na lekcji matematyki był sprawdzian. Nauczycielka kazała schować komórki do toreb. Po pewnym czasie usłyszała, że coś pika u jednego ucznia. Okazało się, że coś pisał w komórce. Kazała mu ją schować. Po pewnym czasie znów usłyszała, że z niej korzysta, i tym razem mu ją zabrała. Wtedy przyszedł i wyświetlił się na ekranie sms: Wyślij to zadanie. Po minucie przyszedł następny: Wyślij to zadanie, czekamy z panią Hanią. Mama.
Nauczycielka kazała uczniowi wytłumaczyć, co znaczą te smsy, ale nic nie powiedział.
Dalszy ciąg tej historii jest jeszcze ciekawszy... Otóż szkoła kompletnie nie wiedziała, jak zareagować. Właściwie nie zareagowała wcale. To znaczy niby komórka została zarekwirowana, ale wkrótce uczeń dostał ją z powrotem. Niby sprawa otarła się o dyrektorkę (w sensie: dyrektorka wie) - ale ta nic z tym nie zrobiła. Mama do sekretariatu szkoły zadzwoniła, ale tylko po to, by powiedzieć, żeby oddano komórkę jej synowi. Do szkoły jej nie wezwano. Zresztą, może trzeba by raczej wezwać jej matkę

A co szkoła - dyrekcja, wychowawczyni, matematyczka - powinna była Waszym zdaniem z tym zrobić?