Gość: kasiacha
IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl
22.05.02, 10:56
Uparty, złośliwy i agresywny 2-3 latek, o którym kilka wątków wcześniej, to
pestka przy moim 6-letnim synu. Jestem już bezradna i nie wiem, co z nim
począć. Jest inteligentny, mądry, pomysłowy, słowem wszelkie atuty, by być
radością dla rodziców. I jesteśmy z niego dumni i kochamy go bardzo, ale czasem
mam ochotę go udusić. Na wszelkie przeciwności czy ograniczenia, nawet te
najmniejsze, reaguje zaciśniętymi pięściami, szturchańcami, wczoraj, nawet nie
wiadomo dlaczego, ugryzł w ramię swoją 3-letnią siostrę, zapatrzoną w niego jak
w obrazek. Bunt przeciw rodzeństwu i ograniczeniom - OK, ale to już przechodzi
moją wytrzymałość. Jeśli się nie awanturuje, to beczy o byle co. Nie myśli
wcale nad tym co robi, a później płacze i jest mu bardzo przykro, że my czy
pani w przedszkolu mamy do niego pretensje. A zupełnie bez powodu, od
niechcenia, wyczynia rzeczy niewyobrażalne: kłamie, jakby mimochodem rozdziera
ubrania, rysuje po meblach, pruje dywan, sypie sobie i siostrze piasek do
majtek i na głowę, w przedszkolu podarł ceratę, porysował koledze książkę.
Przykłady mogłabym mnożyć. Awantura stale wisi w powietrzu: o to, to pierwszy
pójdzie do toalety, dlaczego Gosia go naśladuje i zawsze chce jeść czy pić to,
co on, dlaczego nie można kopać piłki w mieszkaniu itp. itd. Jest uparty do
bólu: moje uwagi, powtarzane wielokrotnie i spokojnie ignoruje zupełnie,
reaguje dopiero na krzyk (najczęściej towarzyszy temu jego tupnięcie lub
wrzask). Moi rodzice wychowywali nas bez używania siły, nawet klapsa, dlatego
moją wielką klęską i rozpaczą jest to, że niestety muszę się uciekać do takich
metod, ale nie mam czasem innego wyjścia: dopiero po klapsie w tyłek przerywa
swe naganne zachowanie. Kary, typu embargo na komputer, wideo czy słodycze
(uwielbia je) niewiele dają: syn jest rozżalony, obrażony na cały świat i jest
mu przykro, obiecuje (wydaje się, że szczerze) poprawę, po czym za 5 minut jest
to samo. Boję, co będzie w przyszłym roku w szkole... Jesteśmy szczęśliwym
małżeństwem, nie kłócimy się, nie awanturujemy. Dzieci widzą, że szanujemy i
kochamy siebie i ich. Dużo czasu spędzamy razem, staramy się uczyć je
samodzielności i odpowiedzialności. Rozmawiamy z synem dużo, tłumaczę, proszę,
i nic. Czuję się bezsilna i zrozpaczona. Braki mi już cierpliwości i sił.
Zastanawiam się, czy nie zwrócić się o pomoc do psychologa, ale z doświadczeń
znajomych wiem, że nie jest łatwo o fachową, dobrą poradę. Wszyscy mówią:
czekaj, to minie. Tylko kiedy i czy nie pozostanie w nim „zadra” na całe życie.
No, popłakałam sobie nad klawiaturą, trochę mi ulżyło, ale co robić? Czy komuś
udało się podobne dziecko wychować na ludzi?