Gość: emilia
IP: *.chello.pl
28.05.03, 12:45
Wątek ten powraca już po raz tysięczny - niechybny to znak, że nie ja jedna
borykam się z tym problemem. Jestem osobą wierzącą (mój mąż - jak to się
teraz mówi "wierzący(?)-niepraktykujący - ja tego nie rozumiem chociaż z
grubsza chodzi o to, że kiedyś "przypisano go" do kościoła kat. i on ten fakt
jedynie milcząco akceptuje)i mierzi mnie odwlekanie w nieskończoność chrztu
mojego syna (mój mąż wogóle nie widzi potrzeby chrztu; w zasadzie jest mu
wszystko jedno więc powiedział, że jeśli mi na tym zależy to on nie będzie
przeciwny). Piszę o tym, by łatwiej "wprowadzić" Was w zagadnienie pt.
TEŚCIOWIE. Stosunek mojego męża do koscioła( religii) w duzej mierze wynika z
tego, że u nich w domu wszelkie święta i uroczystości religijne były
traktowane wyłącznie "na pokaz" (I TO JAKI!!!!w myśl zasady "zastaw się a
postaw się") i nie miało to nic wspólnego z jakąś głębszą refleksją ... Dla
mnie chrzest jest zaproszeniem do pewnej wspólnoty, deklaracją, że w życiu
chce się kierować DOBREM i MIŁOŚCIĄ wobec innych, ma znaczenie religijne
właśnie. I tu zaczyna się problem. Wyobrażam sobie to jako b.skromną
uroczystość, bez żadnych tam becików w szparagusie i innych dupereli;
chętnie - podczas codziennej nie - niedzielnej mszy (organizacyjnie do
zrobienia - jako że rodzice moi i mężą mieszkają w Gnieźnie i wszyscy
emeryci); z księdzem, który jest dla mnie wzorem uczciwości i autentycznej
miłości drugiego człowieka (rzadkość co?). Problem w tym, że jest on
proboszczem maleńskiej parafii na obrzeżu, w dość niereprezentacyjnej
zaaranżowanej na prędce kaplicy. A potem ew. fajny obiad dla najbliższej
rodziny i chrzestnych, ew.z dobrym winem do dań na ciepło. I tu zaczyna się
problem nr 1. Moi Teściowie wyobrażaja sobie chrzciny jako: a)niebotyczną
ilość "drogich zagranicznych" samochodów, które podjeżdżają pod okna bloku
tak aby wszyscy sąsiedzi widzieli; (dzień wcześniej - koniecznie e same
samochody również pod ten blok muszą nawieść miliony skrzynek z jedzeniem i
piciem i piwem TAK ŻEBY WW SĄSIEDZI...), chrzest powinien być w katedrze
(udzielany co najmniej przez 4 biskupów) i najlepiej w południe, w tle 10
fotografów i 7 kamerzystów, tak aby po powrocie WSZYSCY SĄSIEDZI WIDZIELI I
WIEDZIELI ... a impreza huczna niczym wesele oczywiście z alkoholem.(i tu
rozbieżnosć A)Albo w najdroższym lokalu w mieście - żeby "przebić kogoś z
rodziny", no ale wtedy nie widzą sąsiedzi więc moze w domu, ale na 1000 osób
i 17 dań ciepłych). Po drugie: w mojej rodzinie tradycją jest że chrześni są
małżeństwem - jako że u nas "poproszenie" kogoś o podawanie dziecka do chrztu
oznacza pełne zaufanie i zawiera przekaz, ze "w razie czego..." to właśnie te
osoby mogą przejąć opiekę nad naszym dzieckiem, są dodatkową "rodziną
zastępczą". Moi chrześni od zawsze intensywnie uczestniczyli w moim życiu,
pamietali (z wzajemnością) o moich rocznicach, towarzyszyli mi w trudnych i
miłych momentach życia. U mojego męża prosi się 1 osobę ze strony rodziny
żony i jedną - ze strony męża. Z tego co zdążyłam zauważyć, żadna z
tamtejszych chrzestnych (również ta mojego męża) wogóle nie pamięta o tym
fakcie (byłam kiedyś przy dyskusji Teściów dot. mojego męża i jej siostry: "A
Asi chrzestną to jest Mirka; co Ty Janek i Zosia, Mirka to Adasia chrzestna;
nie Adasia podawała Monika, Mirka to .... itp.) - tam nikt nie pamieta o
urodzinach imieninach i w zasadzie to gest bez znaczenia. Czuję, że przyjęcie
modelu nr 2, zgodnego z moimi tradycjami wywoła "burzę" - co ciekawsze NIE
DLATEGO, że zostanie ugodzona ich tradycja (bo takowej nie ma, to bez
znaczenia), ale będzie to kolejny przyczynek do dyskusji "bo Wy uznajecie
tamtą rodzinę bardziej niz naszą itp itd.... większość wie o czym mowa). Po
trzecie wybraliśmy już chrzestnych - moją siostrę cioteczną i jej męża, z
którymi jesteśmy bardzo emocjonalnie zżyci i których właśnie chcemy w ten
szczególny sposób wyróżnić. Sęk w tym że mój mąż ma siostrę i obawiamy się że
tu wybuchnie największa bomba. Nie, zeby się garnęła do naszego dziecka,
nie .... na całe 7 miesięcy widziała go słownie 2 razy (na własną prośbę, bo
na ogół wybywa jak my się pojawiamy) - ale ... TO NIE WYPADA !!!!!!!!
Niestety, od lat nasze kontakty są nieco dziwne wiec trudno tu nagle udawać
że to ta jedna jedyna osoba, wymarzona chrzestna dla Kacpra itp itd. Wiedząc
jaką burzę wywoła to wszystko odwlekamy decyzję w nieskończoność. Na codzień
mieszkamy w Poznaniu i fakt - możemy zrobić chrzciny tutaj i zaprosić do nas
rodziców z obu stron i urządzić to wszystko na naszych warunkach; problem
jednak w tym, że nie mamy dobrych warunków lokalowych i byłyby kłopoty z
noclegiem (w Gnieźnie zarówno moi rodzice jak i teściowie mają obszerne
domy). Czy moglibyście doradzić mi sposób, w jaki możnaby było
możliwie "bezkolizyjnie" załatwić tę sprawę? Serdecznie pozdrawiam. Emilia i
Kacper