zaczne od tego, ze pewnego dnia moj syn, "na moich oczach" znalazl
na ulicy dosc spora ilosc pieniedzy w dwoch zmietych i zlepionych ze
soba banknotach. wychodzilismy ze sklepu a on podbiegl jakby do tych
pieniedzy, podniosl je i z radoscia oznajmil nam ze je znalazl. ja i
tesciowa bylysmy troche w szoku, ze jak to tyle pieniedzy, ze ktos
biedny je zgubil, ale nijak nie bylo komu oddac i kogo pytac bo to
byla ulica.
za znalezione, syn kupil sobie "wymarzona" zabawke.
to bylo 3 miesiace temu. o znalezieniu pieniedzy nie omieszkalismy
powiedziec paru znajomym i kilku czlonkom rodzinie-jako ciekawostke.
wczoraj wieczorem dzwoni do nas wujek i mowi, ze dluzej juz nie
moze, ze musi nam cos przykrego powiedziec

no i wiecie pewnie co :
( tak, dokladnie ta sama ilosc pieniedzy, w dwoch banknotach,
zginela kilka dni przed tym jak moj syn je "znalazl" na ulicy
bylismy wtedy u wujostwa z wizyta. pieniadze byly w biurku w
szufladzie.
zimny pot mnie oblal, doznalam szoku, oboje z mezem niemozemy
uwierzyc. to znaczy wierzymy, ze on te pieniadze ukradl, ale co nas
najbardziej przeraza to ze upozorowal to znalezienie, tak skrzetnie-
tak strasznie nas przy tym oszukal...jestesmy zalamani.
wieczorme mielismy z synem dluga, smutna (ja i syn plakalismy)
rozmowe. na poczatku bardzo nie chcial, ale krok po kroku, przyznal
sie. po tlumaczeniach, ze tak nie wolno, ze policja, ze to nie
uczciwie, ze czyichs rzeczy, chocby nie wiem jak bardzo bysmy je
ccieli, nie zabieramy etc. postanowilismy z mezem, ze pojedziemy
jutro do wuja i on te pieniadze mu odda, przeprosi, ze poczuje swoje
upokorzenie. z drugiej strony boimy sie, czy to odpowiednie
rozwiazanie.
prosze o wasze rady.
dodam, ze syn jest grzecznym, kochanym chlopcem, dobrze sie uczy,
niczego mu nie brakuje etc. czy ewidentnie popelnilismy jakis blad w
jego wychowaniu? co musi siedziec w dziecku, zeby musialo si euciec
do takiego wystepku?

((