Dodaj do ulubionych

Jak A. Szycht red. Smoleńskiego wykpiłł; czyli..

01.06.08, 22:18

....gołe(a) d.py(a) redaktora. GWsmile)

Kolejny, świetny tekst Aleksandra Szychta:
www.wolgal.pl/
„Pamiętamy wszyscy ekscytację Wyborczej, gdy z oburzeniem informowała, że
główna różnica na zmienionym pomniku pomordowanych przez UPA to „nagie piersi
powieszonej matki”. Wtedy to gazeta, jak mi się zdaje „czerwona z
onieśmielenia”, pobrzękiwała nie kojarzonym wcześniej z nią konserwatyzmem. Ba
nawet Marian Konieczny - autor projektu został za to obdarzony przez Gazetę
antynagrodą o nazwie „noga od stołka”.
Otóż tym razem to nasza „ulubiona” gazeta sama zaświeciła 4 damskimi gołymi
tyłkami i nie jedną nagą piersią. Zdjęcie przedstawione jest oczywiście w
kontekście pozytywnym. Nie koniec jednak na tym. Któż jest autorem publikacji?
Znany skądinąd ze swego krytycyzmu wobec organizacji Kresowian, ich poglądów
oraz inicjatyw - Paweł Smoleński. Wcześniej swój sprzeciw wobec wspomnianego
projektu pomnika wykazał z poświęceniem i pośpiechem, dopisując się
elektronicznie do listy osób protestujących przeciw omawianemu upamiętnieniu. (…wink
O ile „nagie piersi powieszonej matki” na projekcie pomnika pomordowanych
przez UPA były niejako kwintesencją niedawnej kampanii przeciwko pomnikowi i
przedstawione zostały w negatywnym kontekście, o tyle ostatnio Wyborcza
rozpoczyna ostrzał sprawy kolejnego upamiętnienia zbrodni UPA, o dziwo - od
ukazania 4 krotnie większej ilości nagich damskich piersi i tyłków, ale w
kontekście pozytywnym. Jak tego można w ogóle dokonać? Takie rzeczy znajdziemy
tylko u Pawła Smoleńskiego.”
Tak sobie myślę, że redaktor. Michnik powinien zawrzeć dożywotnie kontrakty
ze swoimi „tuzami” dziennikarstwa „wschodniego” . Nic tak bowiem nie
ośmiesza GW jak jej „specjaliści” od „wojen chłopskich”, „gołych tyłków” oraz
„piersi” smile))

Obserwuj wątek
    • mat120 Requiem dla red. Smoleńskiego :) 25.06.08, 22:45
      Ciekawą analizę śledczych "umiejętności" znanego fachmana od "wojen
      chłopskich" przeprowadził Dymitr Bagiński na nieocenionej stronie
      Wołyń-Galicja.

      www.wolgal.pl/
      Okazuje się, że za "śledcze" grzebanie w krzakach pod
      Gorzowem /zapewne na sygnał i z udziałem gorzowskich banderassów/
      wziął się kompletny amator, który już raz dał d..y w sprawie Rywina
      i który i który swoją nieudolnośc szczerze nazwał po imieniu:

      "To było niedopatrzenie wynikające, możemy to nazwać, z głupoty.” –
      powiedział w wywiadzie, udzielonym tygodnikowi PRESS(3)".

      Oczywiście nie śmiem twierdzic, że ten sam powód skłonił go do
      tropienia pomnika banderowskich ofiar w Marwicach ale zastanawiac
      musi np., że taki znawca przedmiotu, informacji o tym co się stało
      w wołyńskich Kątach szukał na blogu Dymitra Bagińskiego. Niechby -
      jednak okazuje się dalej, że "śledczy" miał nawet trudności
      z prostym porównaniem napisów na pomniku z tym co na blogu napisał
      D. Bagiński.

      Myślę, że można mu jednak te "niedopatrzenia" wybaczyc - „nie
      pracuję jak porucznik Colombo" - jak sam oświadczył.

      Fakt, porucznika Colombo przełożeni zazwyczaj się nie wstydzili.smile

      Można by to wszystko zbagatelizowac gdyby nie fakt, że red.
      Smoleński jest swoistą wyrocznią "saloonu" w sprawach polsko-
      ukraińskich /powinno byc - w sprawach polsko-banderowskich) i swoje
      teorie przekazuje milionom czytelników, wypaczając sens
      historycznego sporu jaki się toczy i demonstrując przy tym coraz
      marniejsze umiejętności, słusznie przyrównane do Petera Sellersa.smile

      Red. Smoleński mógłby pióro za Ziemkiewiczem nosic.smile



    • liberum_veto Smoleński - cyngiel Michnika 02.03.09, 17:26
      trochę prawdy o środowisku "Gazety Wyborczej" od człowieka z wewnątrz
      www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_uzyciu_cyngli.html
      Młoda prawica - także pańskie ówczesne środowisko -
      uważaliście "Gazetą Wyborczą" za taki obóz warowny, więc
      wystawialiście naprzeciwko niej własne obozy. Na przykład telewizję
      Walendziaka. Napisałem kiedyś tekst o środowisku pampersów, ale nie
      został puszczony do druku jako nazbyt koncyliacyjny. Do napisania
      tego tekstu w wersji, która już została w "Gazecie" opublikowana,
      wyznaczono więc "cyngla" Michnika, czyli Pawła Smoleńskiego, który
      zawsze potrafił w lot odgadnąć, jaki tekst ma napisać, by podobał
      się szefowi. Drugim z tych "cyngli" jest Agnieszka Kublik, która
      dysponuje podobną zdolnością jak Smoleński. Paradoks sposobu
      redagowania "Gazety" przez Michnika polegał na tym, że ludzie
      atakujący nas uważali, że Michnik wydaje swoim "cynglom" określone
      polecenia. Nawet pan, gdy pisał swój artykuł "Zniewolony umysł III
      RP", napisał, że "Alfa otrzymał od redaktora polecenie napisania
      artykułu o Żydach mordowanych przez żołnierzy AK podczas Powstania
      Warszawskiego". Nikt mi nigdy nie wydał żadnego polecenia, bym
      napisał jakiś tekst.

      Ale dla nas, na zewnątrz, naprawdę nie było istotne, czy Smoleński
      pisze swoje teksty, żeby się Naczelnemu przypodobać, czy dlatego, że
      Naczelny mu kazał. Krążyła anegdota, że po pierwszym tekście
      Smoleńskiego na temat motłochu popierającego Wałęsę Michnik
      podziękował mu wielkim bukietem róż wręczonym w obecności reszty
      redakcji.
      • mat120 Otyły dietetyk 02.03.09, 18:55
        Bardzo interesujący wywiad. Polecam go zwłaszcza PUK-niętym wielbicielom
        "pisarstwa" również innych cyngli A.M. jak chociażby Wojciechowski. Niech sobie
        poczytają trochę prawdy o motywach ich radosnej twórczości i moralnej
        dwuznaczności:

        Misja Heleny, która jest stuprocentową Żydówką, polegała zawsze na chronieniu
        polskich Żydów przed jakimkolwiek złym losem. To zadanie wykonała w stu
        procentach. Była komendantką ŻOB w latach 90. Nie można się dziwić, że ona ze
        swoim zapleczem kulturowym i genetycznym nie była specjalnie wrażliwa na to, że
        mordowano księży po 1981, czy że generał Fieldorf był ofiarą mordu sądowego, w
        którym brała udział sędzia Wolińska. Misją Łuczywo było ratowanie sędzi
        Wolińskiej i wszystkich, obojętnie jak zapisanych w historii Polaków żydowskiego
        pochodzenia przed jakimkolwiek nieszczęściem. Także przed naprawdę istniejącym
        tutaj antysemityzmem.

        Tak samo nie można się dziwić, że Michnik ciągle mentalnie jest w marcu 1968
        roku. Zdziwiłbym się, gdyby on był w stanie się od tego uwolnić. Trauma, której
        wtedy doznał, nie polegała na tym, że państwo komunistyczne wzięło się za
        komandosów. Polegała na tym, że państwo komunistyczne za pośrednictwem
        Mieczysława Moczara sięgnęło po kombatantów Armii Krajowej i zyskało sobie wśród
        nich autentyczne poparcie na glebie antysemityzmu. To jest przerażenie, które
        Michnika po dziś dzień nie opuściło.

        Uderzenie przez "Gazetę Wyborczą" w powstanie jako pogrom na Żydach było więc
        reakcją na…
        ...na Moczara, to ciągle jest walka z Moczarem. AK-owcy, kombatanci ze
        zgrupowania "Radosław", poszli wówczas za Moczarem. Więc za to dostali. Istnieje
        prawda faktów i prawda faktów jest taka, że wszyscy Żydzi zastrzeleni przez
        ludzi z opaskami AK i NSZ, o których pisałem, rzeczywiście zostali zastrzeleni.
        Jest także prawda duchowa i symboliczna, która jest następująca: nie należało
        tego tekstu publikować w 1994 roku w "Gazecie Wyborczej". Na 50. rocznicę
        wybuchu Powstania Warszawskiego.

        Mamy pokolenie 1968 roku z jego traumą marcową i mamy pokolenie stanu wojennego
        z jego traumą. Michnik obsługuje traumę własną, ale niespecjalnie jest czuły na
        traumę młodszych. Nie tylko uprawia politykę z generałami - co bym nawet
        zrozumiał - ale musi się popisywać swoimi wobec generałów uczuciami. Na nas to
        działa tak jak na Michnika zadawanie się kombatantów ze zgrupowania "Radosław" z
        Moczarem. Zaczynamy na Michnika psioczyć. Michnik udaje, że tego nie rozumie, a
        jego "cyngle" coraz bardziej w pokolenie stanu wojennego - szczególnie w jego
        prawicową część - nawalają. Efekt jest taki, że zamiast rozmowy, a nawet
        polityki, mamy przepychankę traum i wrażliwości, która daje w efekcie piekło. A
        dzisiaj moi rówieśnicy są gotowi symbolicznie dekomunizować SLD, a nawet Agorę,
        choćby pod wodzą Kryżego, Karskiego czy Wassermanna, bo wierzą, że to będzie akt
        sprawiedliwości za pałowania w latach 80. i za artykuły "cyngli" Michnika z lat 90.

        Najpiękniejszy oksymoron opisujący to, o czym mówimy, na który natknąłem się w
        swoim życiu, brzmi: "otyły dietetyk". Michnik jest otyłym dietetykiem. Wszyscy
        to widzą poza nim samym. Michnik wygłosił kiedyś zdanie, które mi się bardzo
        mocno wryło w pamięć: "Nie jest bez znaczenia, kogo udajesz; nawet jeżeli jesteś
        hipokrytą, to jeżeli udajesz świętego, a masz naturę węża i lubisz tylko syczeć
        uwodzicielsko, a później dusić albo gryźć, to jeżeli udajesz świętego, mając
        taką naturę, to i tak jesteś troszkę lepszy, niż gdybyś nie udawał". Istnieją
        pewne pożytki nawet z hipokryzji. Adam potrafił ją wykorzystywać także do
        dobrych celów. Na przykład do ucywilizowania SLD.

        Absolutna zgoda co do hipokryzji. Powinno się udawać lepszego od siebie, bo to
        zawsze człowieka podnosi. Ale jak się udaje Chrystusa i jedną ręką pokazuje
        stygmaty, a drugą kogoś dusi, to taka dwulicowość już standardów moralnych, a
        nawet politycznych, w niczym nie poprawia. Wytwarza tylko konflikty w miejscach
        niepotrzebnych.

        • liberum_veto córka funkcjonariusza komunistycznej cenzury 03.03.09, 13:36
          a ja polecam uwadze dwa inne cytaty z redaktora Cichego, które dość
          trafnie tłumaczą, dlaczego GW jet nazywana gazetą "koszerną"
          tudzież "polskojęzyczną"...
          www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_uzyciu_cyngli.html
          W zasadzie ma pan rację. Ale proszę jednocześnie pamiętać: problem
          polega na tym, że każdy widzi dookoła siebie tyle, ile może. Bardzo
          istotne jest to, kto się skąd wywodzi, jakie ma doświadczenia i czym
          nasiąka przy rodzinnych herbatkach i śniadaniach. Nie można mieć
          pretensji do Heleny Łuczywo, która była córką funkcjonariusza
          komunistycznej cenzury, Ferdynanda Chabera, że jej punkt odniesienia
          obejmował to środowisko, z którym miała do czynienia.

          Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie. Tak
          się składa, że ludzie Agory byli w większości pochodzenia
          żydowskiego. Nie było to ani żadnym przypadkiem, ani żadnym powodem
          do wstydu. Ale nie można oczekiwać od ludzi z takim backgroundem, że
          nagle staną się piewcami Narodowych Sił Zbrojnych.
          • mat120 Re: córka funkcjonariusza komunistycznej cenzury 03.03.09, 22:01
            liberum_veto napisał:
            Ale jak pan ich nie bierze pod uwagę, to pan nic nie zrozumie.

            No to nam się sporo wyjaśniło skąd wzięli się "bandyci" z AK i NSZ
            a także sojusz z prawdziwymi bandytami z OUN_UPA.
      • liberum_veto Smoleński - cyngiel Michnika 04.03.09, 16:54
        Na szczęście nie wszyscy dziennikarze GW są tak obrzydliwie
        dyspozycyjni jak "redaktor" cyngiel Smoleński... Ale za
        swoje "szaleństwa" płacą zwykle wysoką cenę... Redaktor Michnik nie
        toleruje takich przypadków niesubordynacji... Pozbywa się wszelkich
        odszczepieńców, bez żadnych skrupułów...
        www.dziennik.pl/dziennik/europa/article325207/Wojna_pokolen_przy_uzyciu_cyngli.html
        Na głupotę starszych nie ma lekarstwa. Możesz wpływać tam, gdzie
        sięgają twoje kompetencje. Moje kompetencje były takie, jakie były,
        ja byłem wtedy zaledwie dowódcą kompanii w tej gazecie. Owszem,
        Michnik mówił ze łzami w oczach, że zrobi mnie swoim następcą, ale
        wyszło z tego tyle, ile ze wszystkich jego obietnic pod adresem
        wszystkich, to znaczy dwa lata później przestał się do mnie odzywać,
        ponieważ odmówiłem wykonania jego polecenia zaszlachtowania
        amerykańskich Żydów za to, że Hannah Arendt oskarżyli o antysemityzm
        w związku z "Eichmannem w Jerozolimie". Dostałem plik kartek po
        angielsku, czyli w języku, którego Michnik nie zna, z poleceniem
        napisania na podstawie tych kwitów szybkiego eseju. Powiedziałem, że
        po pierwsze muszę się przygotować, poczytać książki, bo nie mam
        wystarczających kompetencji w tej sprawie, a po drugie uważam, że
        oni trochę mieli rację, bo Hannah Arendt sama była wtedy za szybka.

        To nie jest ezoteryczny powód. Odmówiłem bycia "cynglem", choćby w
        takiej - jak to pan sugeruje - subtelnej sprawie. To był pierwszy
        raz, kiedy Michnik próbował mi coś w taki sposób zlecić, próbował ze
        mnie zrobić Smoleńskiego, a ja Smoleńskim zostać nie chciałem. On
        zaczął na mnie wrzeszczeć, że mam przynieść tekst, zaczął na mnie
        bluzgać. My zawsze bluzgaliśmy w redakcji, z Helenką i z Adamem, ze
        wszystkimi - to było środowisko, w którym ja się do pewnego momentu
        czułem rzeczywiście wolny. Dla mnie wolność polegająca na tym, że
        się chodzi w krawacie i w marynarce i nie używa brzydkich słów, to
        jest g..., nie wolność, natomiast w momencie, kiedy Adam zaczął na
        mnie wsiadać i zaczął mi grozić, że mnie ześle do działu internetu,
        gdzie Helenka ze mnie zrobi pracownika, który będzie zasuwał od
        dziewiątej rano do dziewiątej wieczór, ja mu powiedziałem: "Stary,
        ty mnie chyba masz za kogoś innego, ja nigdy nie piszę na
        zamówienie". On wtedy krzyknął do mnie "won!" i wyrzucił mnie z
        gabinetu, po czym przestał się odzywać, a przecież wcześniej byliśmy
        przyjaciółmi i ja go nadal uważam za kogoś w rodzaju swojego
        zastępczego ojca - trochę taką rolę w moim życiu odegrał, tylko
        przegapił moment, w którym sam zaczął tracić siły. Jest taki moment
        w życiu człowieka starzejącego się, którego nie można przegapić -
        moment, kiedy trzeba nauczyć się mieć sojuszników w młodszych.
        Michnik przegapił ten moment, bo on zawsze był tak silny, że
        wydawało mu się, że może zaszlachtować żyletką każdego. Przeliczył
        się i poniósł za to karę, która mu się należała.
    • liberum_veto narcybiskup 09.03.09, 22:20
      w rolę obrońcy dobrej czci Michnika wcielił się narcybiskup Życiński
      fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/narcybiskup-w-walce-pras,1270521
      Ksiądz Metropolita, występując z pozycji publicysty "Wyborczej" i
      używając stosownej do tego retoryki pontificare, zgromił "Dziennik"
      za zamieszczenie wywiadu z Michałem Cichym, rozdarł szaty nad
      upadkiem polskiej prasy, poza tą, w której sam drukuje, a w
      szczególności nad jej antysemityzmem, i naplótł innych jeszcze nie
      licujących z jego zajęciem rzeczy, które pominę, bo coś z nauk Taty
      wciąż we mnie tkwi.
      Oczywiście, w środowiskach, które od lat oburzone są angażowaniem
      Kościoła w politykę przez Ojca Dyrektora, tym razem nikt niczego
      niestosownego nie zauważył.
      Sławnym wywiadem Cichego w "Dzienniku" zajmować się nie chciałem -
      kto ciekaw, znajdzie i przeczyta. Moim zdaniem ani nie jest to
      wywiad z wariatem, jak niedwuznacznie sugeruje "Wyborcza" (wariat by
      się nie zabezpieczył sprytnie przed procesem notką, że na dowód
      zaufania do redakcji rezygnuje z autoryzowania tekstu), ani jakaś
      sensacyjna demaskacja sekty z Czerskiej, jak twierdzi "Dziennik"
      (nie dowiadujemy się z tego wywiadu niczego, czego by od dawna nie
      było wiadomo, poza tym, że Michał Cichy jest w sumie fajny i tylko
      dlatego robił brzydkie rzeczy, że wpadł był w złe towarzystwo). Co
      zaś do zarzutu "antysemityzmu", to, Boże mój, każdy zarzut
      postawiony kierownictwu tej gazety jest okrzykiwany "antysemityzmem"
      z definicji, tak samo, jak jest okrzykiwany "podłością", i nie
      rozumiem doprawdy, jak ktoś jeszcze może te poryki traktować
      poważnie.
      Dlaczego wysoki hierarcha Kościoła miesza się do tego, schodząc ze
      swą godnością do poziomu harcownika w gazetowej bijatyce? I to
      jeszcze w homilii na Środę Popielcową?! Jedyne wyjaśnienie, jakie
      potrafię znaleźć, brzmi: bo oszalał.
      (Rafał Ziemkiewicz)
    • liberum_veto Arcybiskup Cyngiel 19.03.09, 12:24
      Jak pokazuje przykład Kazimierza Marcinkiewicza miłość bywa ślepa. I
      nie dotyczy to tylko miłości do kobiet, ale także rozmaitych
      intelektualnych zauroczeń. A najnowszym tego przykładem jest
      arcybiskup Józef Życiński, który - postanowił udowodnić, że jest nie
      gorszym "cynglem GW" niż Agnieszka Kublik czy Paweł Smoleński - i
      poświęcił obronie Adama Michnika i Heleny Łuczywo kazanie na Środę
      Popielcową.
      - W zeszłym tygodniu jedno z pism codziennych wydrukowało atak na
      drugą gazetę, oskarżając, że tam są Żydzi, to oni wszystko potrafią,
      formułując prywatne wycieczki, które dla miłośników plotek będą mieć
      dużą wartość i zainteresowanie, a do tego wykorzystując
      instrumentalnie do wywiadu chorego, który od lat boryka się i
      przeżywa poważne problemy psychiczne - grzmiał metropolita lubelski.
      A dalej było tylko lepiej. Z kazania można się było dowiedzieć, że -
      wielcy twórcy kultury - są zażenowani "antysemityzmem", jaki można
      znaleźć w polskiej prasie.
      Polemika z tego rodzaju "publicystyką" (bo trudno uznać to za
      homilię czy kazanie) jest niezmiernie trudna. Albo bowiem ksiądz
      arcybiskup nie przeczytał rzeczonego wywiadu z Michałem Cichym, albo
      celowo zniekształca jego przekaz, by ułatwić sobie zadanie (trzeciej
      możliwości, że metropolita nie umie czytać ze zrozumieniem nie biorę
      pod uwagę, bo jego znakomite książki filozoficzne pokazały, że
      czytelnikiem jest uważnym). Skąd tak surowy wniosek? Otóż w
      wywiadzie nigdzie nie pojawiają się odniesienia antysemickie. Cichy
      wspomina wprawdzie o pochodzeniu Heleny Łuczywo czy Adama Michnika,
      i o tym jak wpłynęło ono na ich perspektywę, ale tego rodzaju
      refleksje trudno uznać za antysemickie. Są one po prostu elementem
      opisu rzeczywistości "Gazety Wyborczej" i próbą zrozumienia jej
      postawy w minionym dwudziestoleciu.
      Manipulacja arcybiskupa, który oskarża o antysemityzm "Dziennik",
      może być groźna. Nie dlatego, że straci na tym jakaś gazeta, ale
      dlatego, że straci na tym dialog polsko-żydowski. Po raz kolejny
      okazuje się bowiem, że jest on wykorzystywany do bieżącej gry
      politycznej, że oskarżenia o antysemityzm są elementem rozgrywek,
      które wyciąga się, by pognębić przeciwnika i odebrać mu moralne
      prawo do polemizowania z ideowymi oponentami. Szczególnie często po
      taką broń sięgała "Gazeta Wyborcza" i rozmaici zwolennicy dialogu.
      Teraz sięgnął po niego arcybiskup Życiński.
      Ale takie instrumentalne wykorzystywanie antysemityzmu jest groźne
      także dla samych Żydów. Znakomicie ilustruje to przypowieść, jaką
      przywołuje ks. Waldemar Chrostowski w wydanym właśnie przez
      wydawnictwo "Fronda" tomie "Kościół, Żydzi, Polska". Jej głównym
      bohaterem jest błazen, który wyspecjalizował się w bieganiu po
      mieście i krzyczeniu, że właśnie wybuchł pożar. Ludzie bawili się z
      nim w ten sposób co wieczór, i mieli z tego niezły ubaw. Aż do
      momentu, gdy pożar rzeczywiście wybuchł błazen zauważył go jako
      pierwszy i postanowił ostrzec ludzi, krzycząc "pożar, pożar". Ale
      oni mu nie uwierzyli i spłonęła połowa miasta. Arcybiskup Życiński
      niestety spełnia obecnie rolę takiego błazna. Oskarżając o
      antysemityzm w sytuacji, gdy mamy do czynienia z polemiką między
      redakcjami, czy próbą zrozumienia fenomentu "Gazety Wyborczej" jest
      groźną zabawą słowami. Bowiem, gdy przyjdzie moment (a nie możemy
      tego, szczególnie w sytuacji głębokiego kryzysu ekonomicznego,
      wykluczyć), że pojawi się prawdziwy antysemityzm, nikt już nie
      będzie wierzył w słowa, które wcześniej rzucano na wiatr i
      wykorzystywano do zwalczania przeciwników ideowych. A
      odpowiedzialność za to spoczywać będzie właśnie na "bojownikach z
      antysemityzmem", którzy zamiast prowadzić rzeczywisty dialog zajęli
      się etykietowaniem.
      Publicystyczny spadek formy arcybiskupa czy jego szkodliwa dla
      dialogu polsko-żydowskiego działalność jest tym smutniejsza, że
      dokonuje się nie na łamach jakiejś gazety, ale w świątyni. I to w
      dzień początku Wielkiego Postu. Ten dzień jest w Kościele dniem
      szczególnym, wezwaniem do pokuty, a nie okazją do wątpliwych w
      treści połajanek polityczno-redakcyjnych. Metropolita zatem, w takim
      dniu, powinien zapomnieć, czyjej gazety jest "człowiekiem roku" i
      kto najwytrwalej go bronił, a zająć się wypełnianiem swojego
      powołania biskupiego. Jeśli ksiądz arcybiskup nie wie, co to znaczy,
      to mógłby skorzystać ze znakomitych kazań św. Jana Chryzostoma (bo
      choć to, zdaniem wielu komentatorów, antysemita - to kazania
      wielkopostne miał znakomite), św. Efrema Syryjczyka czy choćby
      Cyryla Jerozolimskiego. Ich lektura byłaby z pewnością większym
      pożytkiem tak dla arcybiskupa, jak i jego wiernych, niż zmiksowane
      danie z porannej lektury "Gazety Wyborczej", jakie zaserwował w
      ramach Środy Popielcowej swoim wiernym metropolita lubelski.
      (Tomasz Terlikowski)
      terlikowski.salon24.pl/389070.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka