yurek11111
11.12.10, 01:01
Świat drży w posadach, gdy Amerykanie drukują „zielone”. Na początku listopada zdecydowali, że dodrukują ponad pół biliona. Wprawdzie zamiast pras drukarskich używają komputerowych myszek i nie mówią o „drukowaniu”, tylko o „pobudzaniu ilościowym”, ale w praktyce wychodzi na to samo.
Ben Bernanke, szef Rezerwy Federalnej (Fed), czyli centralnego banku USA, ogłosił, że do połowy przyszłego roku skupi od banków obligacje skarbowe za kwotę 600 miliardów dolarów. „Skupi” jest tu słowem umownym, bo operacja będzie polegała na zaksięgowaniu odpowiednich kwot na rachunkach, które poszczególne banki komercyjne mają w Fed. Pieniądze pojawią się więc wyłącznie jako większe liczby na kontach. Bernanke liczy, że dzięki takiemu zastrzykowi „gotówki” banki obniżą ceny kredytów, przedsiębiorcy zapukają do ich okienek, wezmą kasę, zatrudnią dodatkowych pracowników, a bezrobocie zniknie. Przy okazji – dzięki wywołanej w ten sposób inflacji – osłabi się dolar, co pomoże eksportowi. Ameryka odżyje.
Piękny plan. Problem w tym, że ma małe szanse na powodzenie. Ma za to sporą szansę nadmuchać bańkę, jakiej świat nie widział, i doprowadzić do kryzysu, przy którym bledną wszystkie, jakie znamy z życia i z lekcji historii.
Dwa człekokształtne misie rozmawiają o gospodarce:
– Przez ostatnie 20 lat Fed mylił się za każdym razem.
– Chcesz powiedzieć, że nie przewidział bańki na rynku IT?
– Nie, wręcz pomógł ją nad-muchać.
– I nie widział bańki na rynku nieruchomości?!
– Nie, wręcz ją wykreował.
– I nie zapobiegł kryzysowi na rynku kredytów mieszkaniowych?!
– Nie, ogłaszał, że ten problem jest pod kontrolą na chwilę, zanim wszystko pieprznęło.
– To czy Fed kiedykolwiek postąpił właściwie?
– Niech pomyślę... (myśli przez sześć sekund) Nie, nigdy.
przekroj.pl/wydarzenia_kraj_artykul,7928.html