Dodaj do ulubionych

Eliszewa Federman i s-ka

IP: *.bytom.sdi.tpnet.pl 03.07.04, 19:40
Organizatorzy dyskusji politycznych, toczonych w polu widzenia kamer
izraelskiej telewizji i w polu słyszenia mikrofonów radia Kol Israel, zwykli
zapraszać panią Eliszewę Federman, aktywną mieszkankę żydowskiej dzielnicy
Abraham Awinu w Hebronie, do udziału w wymianach poglądów, krzykliwych
tropikalnym zwyczajem i burzliwych omalże do granic rękoczynów.

Można zaryzykować twierdzenie, że gdyby nie rosnąca ilość trupów ścielących
się pokotem w Gazie, w Nablusie, w Ramalli i Tulkarem, w Jerozolimie, w
Hajfie i Hederze, na peryferiach żydowskiego państwa, a ostatnio także w
okolicach telawiwskiego studia, dyskusje z udziałem Federman byłyby
znakomitym programem rozrywkowym.

Mnie pani Eliszewa Federman przypomina do złudzenia aktorkę Aleksandrę Śląską
w roli SS-womenki w filmie Wandy Jakubowskiej "Ostatni etap", chociaż zamiast
służbowego uniformu oficerskiego, szytego na miarę w Wytwórni Filmów
Fabularnych w Łodzi, występuje Federman w odzieniu religijnej Żydówki i łypie
na niebiesko spod ortodoksyjnej chustki, a nie spod esesowskiego czaka. Mocą
paradoksu oczy Federman mają kolor słynnych, hebrońskich szklanideł
produkowanych przez arabskich mieszkańców miasta, błękitnych jak niebo
figurek, wazoników i paciorków, po które przyjeżdżaliśmy niegdyś z pobliskiej
Jerozolimy.

Nie ulega wątpliwości, że Eliszewa Federman, pobudzona narodowo do
nieprzytomności amerykańska Żydówka, naturalizowana w Izraelu i w
ortodoksyjnym getcie Hebronu, jest porównywalna z SS-womenką reżysera Wandy
Jakubowskiej pod względem fizycznym, dzięki unikalnemu w tropikach,
nordyckiemu profilowi i gładkiej skórze zdradzającej wychów na witaminach,
ale przede wszystkim z powodu głoszonych poglądów. Na tle pań Żydówek
Hebronu, wyglądających jak gdyby przed chwilą ogoliły twarze tępą żyletką
męża, i nie wiedzących dlaczego mieszkają w legendarnym mieście biblijnych
Żydów, narażone na arabskie nieprzyjemności, Eliszewa Federman wyróżnia się
łatwiejszą urodą, giętkim językiem i fanatyzmem.

Według Federman, 3,5-milionowa nieprzydatność palestyńska powinna zniknąć z
Hebronu, z Zachodniego Brzegu Jordanu i Strefy Gazy, wytransferowana do
krajów arabskich albo zlikwidowana proszkiem na karaluchy, ponieważ na
historycznej ziemi Izraela jest miejsce tylko dla jednego narodu, wybranego
przez żydowskiego Pana Boga.

Onegdaj w dyskusji telewizyjnej z udziałem Federman i po jej zapewnieniach na
temat rozlicznych dobrodziejstw, mogących przypłynąć do brzegów żydostwa
dzięki praktycznemu wytransferowaniu Arabów i Palestyńczyków gdzie pieprz
rośnie albo jeszcze dalej, podjął rękawicę ideologiczną jerozolimski historyk
Bauer, Żyd na poły lewicowy, na poły jadwaszemski, jak większość miejscowych
wspominaczy holokaustu. Bauer przypomniał po kolei wszystkie transfery
mniejszości narodowych dokonane w historii XX wieku, a także poprzednie
transfery średniowieczne i napomknął miedzy innymi, że międzywojenna Polska
nosiła się z niedwuznacznym zamiarem wytransferowania Żydów.

Kataw Zar postawił dwoje uszu i przetarł uważnie patrzałki, ale Bauer nie
kontynuował tematu i nie uchylił przed izraelskimi telewidzami rąbka
tajemnicy strzeżonej w archiwach instytutu Yad Wa Szem w Jerozolimie i nie
powiedział, która Polska w latach 20. ubiegłego stulecia chciała pozbyć się
własnych Żydów, poza trzema Polskami: Polską oenerowską, Polską endecką i
Polską kabaretową, wyśpiewującą żydowskimi głosami do żydowskich tekstów
przedwojenne żydowskie marzenia o dalekim, podzwrotnikowym raju "Ech,
Madagaskar, kraina parna, skwarna"...

Pewna Brytyjka testująca samochody sportowe powiedziała w BBC: "Nie ważne
jest, co masz - ważne jest, jaki robisz z tego użytek". Bauer ma głowę, ale
nie główkuje do końca. Nie domyśla się, że gdyby Polska w dwudziestoleciu
międzywojennym, kierując się uchwałą Sejmu, postanowieniem rządu albo
wynikami rozpisanego referendum, istotnie dokonała transferu polskich Żydów
na Madagaskar, zgodnie ze scenariuszem warszawskich tekstów kabaretowych,
albo wysłała ich do ówczesnej mandatowej Palestyny, wraz z manelami i
dobrodziejstwem inwentarza, dając zatrudnienie flotylli PŻM, ze statkami
Batorym i Sobieskim na czele, polscy Żydzi najpewniej przeżyliby wojnę.

Wracając do Eliszewy Federman

Federman jest nietykalna, ponieważ występuje w imieniu bezpieczeństwa
własnych dzieci, które spłodziła przy udziale męża Federmana, aktywisty
skrajnie prawicowego hebrońskiego getta. Dzieciom Federmanów, wychowanych w
ideologii hitlerjugend, w ksenofobicznej pogardzie wobec tubylców i obsesjach
religijnych, należy się spokojna przyszłość na ziemi praojców. Do arabskich
dzieci ("które nas nienawidzą, lżą i obrzucają kamieniami") żywi Eliszewa
Federman analogiczny stosunek, jaki objawiały niemieckie SS-womenki w
odniesieniu do dzieci warszawskiego getta albo do dzieci Oświęcimia.

Ostatnio potomstwo Eliszewy Federman i jej sąsiadów znalazło nowe zajęcie:
obrzucanie raz to jajkami, raz to kamieniami policjantów i żołnierzy straży
granicznej, pilnujących dniem i nocą żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej w
Hebronie, "ponieważ policjanci i żołnierze nie wywiązują się z obowiązku i
nie strzelają do palestyńskich mieszkańców Hebronu, chociaż mają broń."
Federman uważa, że obrzuceni jajkami policjanci i żołnierze zasłużyli na
karę, bo "mogliby przecież brać przykład z wartowników przy zaporach
drogowych, którzy strzelają do każdego Palestyńczyka pojawiającego się w polu
widzenia, a nie biorą (przykładu)."

Bohater hebrońskich Żydów

Bohaterem Eliszewy Federman, jej męża Federmana, gromady Federmaniąt i
podobnych Federmanom 120 Żydów i Żydówek Hebronu, pilnowanych przez dwie
wzmocnione kompanie żołnierzy i policjantów, jest doktor Baruch Goldstein,
którego grób znajduje się przy wjeździe do pobliskiego miasta osadników,
Kiriatu Arby. Przed 8 laty dr Goldstein, uzbrojony w amerykański karabin M-16
i wyposażony w plecak z nabojami wtargnął do Groty Praojców w Hebronie, gdzie
zdołał zastrzelić 34 modlących się Palestyńczyków, póki pozostali przy życiu
mężczyźni nie zlinczowali go, kiedy zmieniał kolejny magazynek. "Wszyscy
jesteśmy Goldsteinami!", mówi Federman i wraz z dziećmi systematycznie
odwiedza wystawny grób doktora mordercy. Podlewa kwiaty, kładzie kamyki na
marmurowej płycie nagrobka i modli się za duszę nieboszczyka, "któremu Jehowa
powierzył przywrócenie honoru Żydów".

Bohater Palestyńczyków

Bohaterem Palestyńczyków jest snajper, który podkradł się do zapory drogowej
ustawionej na szosie w dolinie zwanej przez tubylców "Emek Haszodedim"
("Dolina Rozbójników"), koło żydowskiego osiedla Ofra, i ze starego
amerykańskiego karabinu M-1 pamiętającego II wojnę światową zastrzelił 10
Izraelczyków, w tym 7 żołnierzy. Z odległości ok. 100 metrów zamachowiec
prowadził ogień przez pół godziny, naciskając na cyngiel co 45 sekund, poczem
uciekł, porzucając karabin, który odmówił mu posłuszeństwa.

W miejscu, z którego strzelał, obok zdezelowanego karabinu bez lunety
znaleziono 25 łusek po pociskach kalibru 7,65 mm.

Kamienne ściany wąwozu, okalające Dolinę Rozbójników, powtarzały kilkakrotnie
trzaskanie wystrzałów, przez co rozstrzeliwani żołnierze nie mogli się
zorientować, skąd przychodzi śmierć, schować się bądź odpowiedzieć ogniem.
Kładli się tylko na ziemi i wstawali, żeby udzielić pomocy konającym kolegom,
a palestyński napastnik strzelał do nich jak do kaczek wyciętych z dykty i
powieszonych w przycyrkowej strzelnicy, a po wykonaniu zadania złośliwie
pozostawił pod drzewem stary karabin pochodzący z amerykańskiego demobilu.
Takimi samymi karabinami Izraelczycy obdzielają jedynie żydowskich staruszków
i żydowskie babcie, na pół godziny przed ich ochotniczymi spacerami
partrolowymi wzdłuż ulic Tel Awiwu, Jerozolimy, Aszdodu, Ber Szewy i Hajfy.

Nowoczesne kamizelki kuloodporne i stalowe hełmy nie uchroniły
Obserwuj wątek
    • Gość: Gaal Re: Eliszewa Federman i s-ka IP: *.bytom.sdi.tpnet.pl 03.07.04, 19:43
      nieszczęsnych ofiar palestyńskiego snajpera przed pociskami karabinowymi,
      wycelowanymi z zimną krwią, prosto między oczy żołnierzy rezerwy najlepiej
      wyszkolonej i wyposażonej armii świata.

      Nie czuli się ostrzeżeni

      Przed laty kapral izraelskiej armii Kataw Zar stanął przed sądem wojskowym i
      siedział dwa dni pod kluczem za kpiny z pistoletu maszynowego Uzi,
      strzelającego gdzie chce i kiedy ma ochotę, oraz za publiczne wyśmiewanie
      żydowskiej myśli taktycznej, dochodzącej do głosu przy ustawianiu zapór
      drogowych na szosie wiodącej z Tel Awiwu do Jerozolimy.
      - Jesteście bałwanami - dowodził Zar, który ani myślał odszczekać herezji, do
      czego go bezskutecznie namawiali przełożeni. - Po pierwsze źle stoimy,
      zatrzymując samochody - dowodził - a w wypadku ujawnienia terrorysty pozabijamy
      się nawzajem! A ponadto, po dwóch stronach szosy, na wzgórzach ponad nami są
      doskonałe stanowiska strzeleckie i kto chce, może wystrzelać nas z procy.
      - Pragniemy cię poinformować - oświadczył zespół sędziowski - że to my
      wygraliśmy Wojnę Sześciodniową, doszliśmy do Kanału Sueskiego, zdobyliśmy
      Jerozolimę Wschodnią i Wyżynę Golan. A gdzieś ty wtedy był?

      I zaraz potem Kataw Zar miał dość czasu w areszcie wojskowym, żeby móc oddać
      się pasjonującym dywagacjom, jak też to oni wygrali wojnę, kiepsko strzelając,
      i jak zdołali dojechać po Kanału Sueskiego poprzez Pustynię Synajską, nie
      potrafiąc prowadzić samochodów? Poza tym Katawisko przypomniało sobie, że w
      czerwcu 1967 roku, kiedy tropikalni Żydzi biegali z Uzi do odzyskanej Ściany
      Płaczu, onże Kataw Zar brylował bezczelnie w łódzkiej kawiarni "Honoratka" na
      soku porzeczkowym wzbogacanym spirytusem i planował podróż automobilową do
      Jastarni.

      A panowie oficerowie, którzy Katawa Zara posadzili pod kluczem na koszernym
      wikcie, jeszcze po dzień dzisiejszy nie nauczyli się stawiania zapór drogowych,
      ułatwiając proceder palestyńskim snajperom.

      Kataw Zar żydowski publicysta pisujący do tygodnika
      "Najwyższy CZAS!" z 16 marca 2002.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka