explicit
02.05.06, 17:22
Tak trzymac p. Stanislawie ,...
uklony
============================================================================
Teraz można to ujawnić?
===========================
Stanisław Michalkiewicz
Medialna nagonka, rozpętana przez świeckich i duchownych ormowców politycznej
poprawności z powodu mego "antysemityzmu", wzbudziła w szerokich kręgach
społecznych odruchy solidarności, płynące również z uświadomienia sobie
spustoszeń, do jakich w polskim społeczeństwie doszło w następstwie
bagatelizowania systematycznej tresury podjętej przez zorganizowaną
mniejszość, którą w pewnym, acz niezbyt dużym uproszczeniu, będę
nazywał "środowiskiem »Gazety Wyborczej«".
Tresura ta, nazywana "tolerancją", ma na celu doprowadzenie polskiego
społeczeństwa do stanu bezbronności w obliczu politycznych i ekonomicznych
operacji, podejmowanych przez państwa trzecie w ich własnym interesie,
kosztem polskich interesów państwowych. Tymczasem wskutek korupcji
prowadzonej wśród podatnych na nią polskich elit, część ich przedstawicieli
świadomie podjęła się roli obcych agentów, czyli przeszła na stronę wroga,
inna część, najwyraźniej licząc na zachowanie osobistej pozycji nawet w
zmienionych warunkach politycznych, nie tylko nie ośmiela przeciwstawić się
agentom, ale również "potępia" każdego, kto się na to waży, Część
społeczeństwa, zwłaszcza młodsza, myląc idealizm z naiwnością, uważa, że tak
właśnie trzeba, że lekceważenie, a nawet zaprzeczanie istnieniu polskich
interesów państwowych jest dowodem nowoczesności i "przynależności do
Europy", cokolwiek by to miało znaczyć. Wreszcie "milcząca większość", której
ormowcy politycznej poprawności zamierzają zaplombować wszelkie możliwości
swobodnego wyrażenia własnej opinii.
Moja sprawa jest znakomitą ilustracją i celu owej "tolerancji", i stanu
społeczeństwa, do jakiego doszło wskutek bagatelizowania tej tresury. Kiedy
przez Radio Maryja, rozgłośnię o wielomilionowym audytorium, przeciwstawiłem
się kierowanym wobec Polski bezpodstawnym roszczeniom majątkowym o wielkiej
wartości i poinformowałem o obietnicy złożonej przez premiera polskiego
rządu, iż sprawa tych roszczeń zostanie załatwiona "jeszcze w tym roku",
ormowcy politycznej poprawności podnieśli niebywały klangor z powodu
mego "antysemityzmu". Podniesienie tego zarzutu dostarczało wygodnego
pretekstu do ataku na Radio Maryja i stąd mobilizacja agentury zwerbowanej
wśród duchowieństwa. Charakterystyczne jednak jest to, że chociaż żaden z
moich oskarżycieli nie zarzucił mi kłamstwa, żaden też nie tylko nie odważył
się zapytać pana premiera, co właściwie w sprawie żydowskich roszczeń obiecał
załatwić "jeszcze w tym roku", ale nawet o nich wspomnieć. A przecież
spełnienie tych bezpodstawnych żądań oznaczałoby dla Polski ryzyko
ekonomicznej katastrofy! Oto rezultat spustoszeń, do jakich doprowadziło
bagatelizowanie tresury, oto stan bezbronności, do jakiego wskutek zdrady
jednych, a tchórzostwa i naiwnej głupoty innych, zostało doprowadzone polskie
społeczeństwo.
Tolerancja czy tresura?
Podczas nagrywania telewizyjnego programu poświęconego tolerancji
zaproponowałem zdefiniowanie tego pojęcia. Przypomniałem, że zgodnie z
łacińskim źródłosłowem (cuius est cognere eius est tolere - kto ma władzę
ustanawiania, ten może znosić), tolerancja oznacza cierpliwe znoszenie
czegoś, co mi się nie podoba, czym się brzydzę, co uważam za szkodliwe, a
nawet niebezpieczne - w imię jakiejś wyższej wartości, np. spokoju
społecznego. Z takiego rozumienia tego pojęcia wynika jednak, że moja
cierpliwość z definicji nie jest bezgraniczna. Mogę wykazywać cierpliwość
dopóty, dopóki sam nie jestem zmuszany do czynienia czegoś, co mi się nie
podoba, czym się brzydzę, co uważam za szkodliwe czy niebezpieczne, albo -
gdy dochodzę do wniosku, że zezwalanie na to coś zagraża istnieniu czegoś, co
mi się podoba, co uważam za ważne i pożyteczne. W takiej sytuacji
kontynuowanie tolerancji nie da się już uzasadnić pokojem społecznym, bo to
nie żaden pokój, tylko zwyczajna kapitulacja. Zatem w samej istocie tak
rozumianej tolerancji jest wpisane ryzyko wojny. Od pana red.Janusza
Majcherka dowiedziałem się wszelako, że "obecnie" tamten sposób rozumienia
tolerancji jest już "nieaktualny", ponieważ oznacza ona po prostu
akceptację. "Tak wylazła z archanioła stara świnia reakcyjna" - jak
powiedziałby poeta. Pan red.Majcherek może trochę lekkomyślnie, ale szczerze
ujawnił, że naszym treserom wcale nie chodzi o zachowanie społecznego pokoju
przy poszanowaniu wzajemnych odmienności. Tolerancja w ich rękach stała się,
a właściwie od początku była zwyczajną pałką do wyrabiania w naiwniakach
pożądanych odruchów Pawłowa, a właściwie jednego odruchu - odruchu uległości
wobec każdej, nawet najbezczelniejszej zachcianki. Akceptacja oznacza
przecież uprzednią rezygnację z własnych upodobań, z własnych kryteriów oceny
i wreszcie - z własnych interesów. I pomyśleć, że prawie 40-milionowy naród
prawie że dał się w ten sposób zoperować kilkudziesięciu hucpiarzom! Co
prawda towarzyszy im osioł obładowany złotem, ale warto zwrócić uwagę, że na
grzbiet tego osła włożono nasze złoto, a ściślej - to my sami lekkomyślnie je
tam włożyliśmy.
Precz z Policją Myśli!
Red.Daniel Passent, uczestnicząc w programie w TV 5 prowadzonym przez
red.Tomasza Wołka m.in. w celu potępienia mego "haniebnego postępku"
(Nawiasem mówiąc, TV 5 w ciągu dnia nadaje takie sobie różne programy, ale
wieczorem - już czystą pornografię. Z tego zapewne powodu pan red.Wołek
cieszy się opinią autorytetu moralnego, może jeszcze nie takiego, jak
red.Michnik przed klęską pod Rywingradem, ale zawsze.) - wyraził opinię,
że "niektóre" poglądy powinny być "niedopuszczalne". Trzeba przyznać, że
red.Passent zawsze tak myślał, z tą tylko różnicą, że zmieniały mu się
poglądy "niedopuszczalne", jako te "niektóre". Za pierwszej komuny
za "niektóre" uchodziły poglądy "antysocjalistyczne", w chwilach napięcia
nazywane nawet "kontrrewolucyjnymi" i z powodu owej "niektórości" oczywiście
były "niedopuszczalne". No, ale za komuny panował u nas totalitaryzm, któremu
zresztą pan red.Passent skwapliwie się wysługiwał. Czyżby i teraz ta
totalitarna zasada miała pozostać w mocy, a tylko przesunięty został punkt
ciężkości, a właściwie - "niektórości"? Czy w związku z tym np.
za "niedopuszczalne" miałyby zostać uznane poglądy "antysemickie"?
Jest rzeczą oczywistą, że tej totalitarnej zasady niepodobna pogodzić z
wolnością, zwłaszcza - z wolnością słowa. Po pierwsze bowiem - musielibyśmy
przyjąć do wiadomości konieczność ustanowienia Policji Myśli, która
decydowałaby, jakie poglądy są "niektóre", a jakie nie. Podkreślam, że i
red.Passentowi, i mnie chodzi o "poglądy", nie zaś - o czyny. Jeśli np. ktoś
uważa, że nawoływanie do waśni narodowościowych nie powinno być penalizowane,
to jest to pogląd, za który w państwie szanującym wolność słowa nikt nie
powinien być karany. Jeśli natomiast ktoś by zaczął do takich waśni
nawoływać - wtedy mamy do czynienia z czynem, który już może podlegać karze.
Są to rzeczy oczywiste i znane już prawnikom w starożytnym Rzymie, którzy,
swoim zwyczajem, wyrazili tę myśl w postaci sentencji cogitationes poenam
nemo patitur, co się wykłada, że "za myśli się nie karze". Po drugie - godząc
się na Policję Myśli, musimy pożegnać się z autentycznością, która jest
fundamentem i warunkiem rozwoju każdej kultury. Po trzecie wreszcie - godząc
się na Policję Myśli, musimy pożegnać się ze swobodą badań naukowych. Zatem
widać wyraźnie, że zgoda na propozycję red.Passenta oznaczałaby regres
zarówno w sferze wolności osobistej, jak i w sferze kultury, a także nauki. W
imię czego właściwie mielibyśmy poświęcić to wszystko? Obawiam się, że takiej
wartości nie ma.
Narody istnieją
Pani Magdalena Bajer podczas roz