Gość: MP
IP: *.itpp.pl
17.09.02, 23:19
W odpowiedzi do wątku "Na razie nie widzę różnicy" pozwoliłem sobie
na mała dygresję, która została skomentowana.
Nie chcę rozdmuchiwać wątku dotyczacego czegoś innego, więc myślę, że
najwłaściwiej będzie założyć wątek nowy.
W odpowiedzi na wspomnianą moją dygresję
Gość portalu: Ewka napisał(a):
> Czytajac te oceny opisowe tak wlasciwie nie bardzo
> wiadomo jakie to dziecko jest i czego nie umie (bo zalozenie jest zeby
> eksponowac tylko dobre strony) i wychodzi na to ze sa same geniusze.
Sadzę, że przyczyny mogą być co najmniej trzy.
- osoby piszące te oceny nie bardzo sobie z tym radzą
- rodzice nie mają czasu/chęci/potencjału_intelektualnego, by podjąć
wysiłek zrozumienia ich treści (mam nadzieję, że Ewka, nie weźmie sobie
tego do siebie; po prostu wtórny analfabetyzm połowy dorosłej populacji
jest bolesnym faktem rozpoznanym w starannych badaniach!)
- rodzice i dzieci oczekują oceny wartościującej
To ostatnie przebija z cytowanej wypowiedzi. Także z jej następnego
fragmentu:
> Dzieciakom
> tez brakuje jakiegos wyrazniejszego wyznacznika roznicy miedzy nimi a
> kolegami.
Sadzę, że skrajne motywy takich oczekiwań mogą być dwojakie:
- chęć potwierdzenia jaknajszybciej podejrzewanej wysokiej wartości
dziecka na tle klasy
- chęć uzyskania prostego i czytelnego bodźca, którym można by się
kierować przy ogólnym dopingowaniu dziecka do nauki - ogólnym, a więc
nie wnikającym w istotę problemów dziecka, a jedynie ograniczonym
do ślepej presji typu "ucz się, bo masz złe stopnie"
> Tak ze rozne sa poglady na kwestie oceniania.
Poglądy oczywiście mogą być różne, ale jest też pewna dość jednolita
wiedza, która powinna być ich podbudową. Wiedza ta mówi, że dzieci
w początkowej fazie rozwoju dojrzewają w bardzo różnym tempie. Dotyczy to
zarówno dojrzewania emocjonalnego jak i dojrzewania intelektualnego,
pozwalającego wspinać się na kolejne szczeble przyswojeń treści coraz
bardziej abstrakcyjnych. Myśle, że nikogo już nie dziwi fakt róznego
tempa dojrzewania fizycznego. Nikt poważny nie będzie twierdził, że
dziewczynka, u której pierwsza miesiączka pojawiła się w wieku 15 lat
będzie miała w sobie mniej kobiecości niż ta, u której pojawiła się ona
już w dziesiątym roku życia. Podobnie nikt już nie kwestionuje męskości
mężczyzny, u którego pierwszy zarost musiał być zgolony dopiero w wojsku.
Dlaczego więc tak trudno mam pogodzić się z faktem, że dojrzewanie
emocjonalne i intelektualne także zachodzi w różnym tempie, co w
ostatecznym rozrachunku wcale nie przesądza o różnej jakości osiągniętej
w końcu dojrzałości? Dlaczego tak bardzo dziwią nas wybitne jednostki,
które wcale nie wykazywały swej "wybitnosci" w początkowej fazie
nauki? Myślę, że dzieje się tak dlatego, że tych "wybitych" wybitnych
jednostek jest w sumie niewiele. Może rzeczywiście niewiele się ich rodzi.
Ale jest też inne wytłumaczenie. Mówi ono o tym, że wprawdzie samo tempo
rozwoju nie musi przesądzać bezpośrednio o docelowym efekcie, ale może
bardzo przesadzać w sposób pośredni. Będzie tak wówczas, gdy dziecko
dojrzewające wolniej, wcześnie zaszufladkujemy do gorszej kategorii -
jeszcze w trakcie jego rozwoju - gdy przygnieciemy je psychicznie,
pozbawimy przynależnego poczucia wartości, pozbawimy
szans pokonywania kolejnych szczebli edukacyjnych w tempie dla niego
właściwym.
Brak oceny wartościującej w nauczaniu początkowym miał być
czynnikiem pomagającym dziecku dojrzeć we właściwym dla niego tempie
bez szufladkowania go w oczach nauczycieli, rówieśników, rodziców i
przede wszyskim w oczach jego samego. Nie jest to na pewno czynnik
doskonały - nawet bez ocen, pewne trudności np. w głośnym czytaniu czy
bystrym odpowiadaniu na bardziej abstrakcyjne pytania muszą zostać
dostrzeżone przez rówieśników. Zadaniem mądrego nauczyciela jest
jednak nie dopuścić, by były one podstawą do społecznych osądów wartości
dziecka. Wystawianie ocen wartościujacym jest działaniem w dokładnie
odwrotnym kierunku. Zadaniem mądrego nauczyciela - we współpracy z
rodzicami i psychologiem - jest też prawidłowo ocenić czy inne niż
statystyczne tempo dojrzewania dziecka jest wynikiem zaniedbań
edukacyjnych - przeszłych i bieżących - czy jest jego cechą osobniczą,
czy może jest śladem świadczącym o ograniczeniach o charakterze
trwałym, a nie rozwojowym. Temu zadaniu także ocena wartościująca
może źle służyć. Jest czynnikiem znieczulającym nauczyciela na
indywidualne problemy dziecka, przenoszącym ciężar zainteresowania
na bezosobowe efekty jego pracy.
Wracając do poczatku polemiki: moja wyłożona wyżej wiedza skłania
mnie rzeczywiście do poglądu odmiennego, niż zaprezentowany przez Ewkę.
Mam nadzieję, że jeśli Cię nie przekonałem, to przynajmniej
wiarygodnie uzasadniłem swoje racje?
Sprawa ma oczywiście drugie dno. Chodzi o to, czy nauczyciel pracujący
w trzydziestoosobowej klasie, klasie o bardzo zróżnicowanej dojrzałości
emocjonalnej, jest w stanie właściwie pracować z oceną niewartościującą?
To już jednak zupełnie inne pytanie, pytanie w ramach akcji
"Szkoła z kasą" :-(
Pozdrawiam serdecznie
Marek.Pawlowski@fuw.edu.pl