lmalczewski
24.03.05, 16:49
Załączam ciekawy artykuł z Krakowskiej GW.
Architektura tłem dla reklamy - pisze Monika Bogdanowska
Monika Bogdanowska 18-03-2005, ostatnia aktualizacja 18-03-2005 12:54
Listopad i marzec to bodaj najmniej łaskawe dla mieszkańców Krakowa miesiące.
Sezon adwentowo-wielkopostny nastraja do refleksji, bo właśnie w tym czasie
miasto wygląda wyjątkowo niekorzystnie. "Niekorzystnie" - to eufemizm, godny
raczej hollywoodzkiej gwiazdy. No więc prawdę powiedziawszy - Kraków
wygląda "koszmarnie"
Miasta nie przysnuwa błękitna mgiełka, tuszująca hałaśliwą arogancję szyldów,
nie ma zielonkawej koronki młodych liści, brak słonecznych refleksów
wydobywających bogactwo form architektonicznych... Kraków zawalony jest za to
hałdami surrealistycznego czarnego śniegu, brudny, odrapany, zaniedbany.
Krakowianie tonący po kostki w topniejącej solno-wodnej mazi mogliby sobie
darować estetyczne rozważania, albowiem - jak się okazuje - fatalna aparycja
jednego z najpiękniejszych przecież miast Polski wtedy właśnie szczególnie
przygnębia.
Nie takie to proste...
Mnie zaś do refleksji nakłonił bezpośrednio artykuł Janusza Majcherka. Autor
stwierdza, że kiepski wygląd Krakowa poza obrzeżami Plant jest w głównej
mierze wynikiem wieloletnich zaniedbań (zgoda!), niskich czynszów
niegwarantujących możliwości remontowania domostw (zgoda!) oraz dewastacji
dokonywanych często przez samych mieszkańców (także zgoda) - ergo: braku
pieniędzy. Remedium byłoby uwolnienie czynszów, wprowadzenie do kamienic
bogatszych ludzi, a wtedy - rzec można, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki - właściciele zaczną domy remontować i stopniowo miasto odzyska
wspaniały wygląd.
Daj Boże, co mówię bez cienia ironii, oby to było takie proste. Sprawa jest
znacznie bardziej, niestety, złożona, a proste pomysły na skomplikowane
problemy jakoś się nie bardzo sprawdzają w praktyce. Jeden powie przecież, że
fatalny wygląd Krakowa jest wynikiem prowincjonalizmu, drugi, że winne jest
zaściankowe myślenie konserwatorskiego lobby, a ktoś trzeci przywali prosto
między oczy tutejszemu biznesowi za rzucanie kłód pod nogi potencjalnym
zachodnim inwestorom. Masoni i cykliści wyjdą bez szwanku, choć Żydów się
raczej nie oszczędzi, bo dewastują Kazimierz - Polak, wiadomo, by tego nie
zrobił!
Nadchodzą lata sześćdziesiąte
Otóż brak pieniędzy bywa - podkreślam: bywa - przyczyną niszczenia zabytku,
ale stare konserwatorskie powiedzonko mówi, że nic nie konserwuje tak jak
właśnie ich brak i jest to jeden z istotnych paradoksów naszej profesji. To
właśnie słynny brak środków zabezpiecza najlepiej przed zniszczeniem będącym
nie wynikiem upływu czasu czy dewastacji, ale zachłanności. W państwach,
które posiadały duże możliwości finansowe, historyczne obszary miast zrównano
z ziemią już w latach sześćdziesiątych. Dajmy przykład: w 1966 roku rada
miejska Liverpoolu przeznaczyła do wyburzenia... siedemdziesiąt osiem tysięcy
(tak!) obiektów stanowiących architektoniczny trzon miasta. W tym bowiem
czasie miasta brytyjskie współzawodniczyły w niszczeniu - proszę o zwrócenie
uwagi na to sformułowanie - dziedzictwa budowlanego, ulegając architektom i
planistom, którzy roztaczali przed oszołomionymi urzędnikami "akwarelowe
wizje oświetlonego słońcem betonowego świata, zaludnionego przez barwne
postacie, żyjące pod błękitnym niebem". Co powstrzymało ten proces? Recesja.
Recesja, nie doktryny konserwatorskie, sprawiła, że ocalał średniowieczny
rynek Chester, choć reszta miasta całkowicie zmieniła swoje oblicze. Kraków
przetrwał, choć nie zapominajmy, że w tym czasie na zagładę skazano
najbardziej urokliwe jego obszary, enklawy sielskiego życia i zielni -
dzielnice podmiejskie z ich ogrodami, łąkami, łanami zbóż, które poszły pod
zabudowę blokowiskową.
Otóż mam podstawy sądzić, że dla historycznego dziedzictwa budowlanego
Krakowa lata sześćdziesiątych, niestety, właśnie nadeszły - wraz z pieniędzmi
i zachłannością inwestorów.
Tło dla szyldów
Nieruchomość w mieście takim jak Kraków jest potencjalnym źródłem szybkiego
pomnożenia kapitału. Tu mamy dwie możliwości: albo najemca jest biedny, albo
dysponuje dużymi pieniędzmi. W pierwszym przypadku postawi sobie ścianki
działowe i będzie za przepierzeniem prowadzić jakąś dochodową działalność
(znam nawet jeden gabinet lekarski tak urządzony). Dzięki szybkim
prowizorycznym rozwiązaniom wykorzystane zostaną też "bezużyteczne"
przejazdowe sienie dawnych pałaców, wiodące nie na ciche już podwórka, lecz w
rejwach pośpiesznie urządzanych kawiarnianych ogródków, których jazgot
skutecznie zmusi nielicznych już mieszkańców do emigracji, a w efekcie
spowoduje zwolnienie kolejnych lokali.
Poza Plantami, gdzie wyszynki są mniej opłacalne, w kamienicy mieszkalnej
znajdą się: cztery biura, dwie szkoły, trzy lokale usługowe, pub i siłownia w
piwnicy, a na fasadzie jeszcze jakieś miejsce na reklamę. Jest oczywiste, że
każda z tych instytucji ma prawo dokonywać dowolnych przeróbek wnętrz oraz,
co istotne dla naszych rozważań, dekorować w sposób dowolny fasadę budynku
informacjami na temat form i zakresu swej działalności. Tym samym dzieło
architektury staje się tłem, stelażem dla szyldów i reklam. W tym wszystkim
nikt sobie nie będzie głowy zawracać remontami! Tynki z fasady się sypią,
sztukaterie już odpadły, część najemców wymieniła okna na plastikowe, a
właściciel spożywczego pomalował pół parteru na seledynowo. Proszę o
uzasadnienie, że taką sytuację spowodował brak pieniędzy.
Byle jak
Warto podkreślić, że szybkim zyskom sprzyja totalna bylejakość aranżacji i
wykonania. Z prawdziwym smutkiem patrzę na ładną neorenesansową kamienicę
przy ulicy Grabowskiego, gdzie właśnie ukończono remont. Właściciel wyrzucił
pieniądze w błoto, zatrudniając do remontu fasady partaczy. Jeśli ktoś chce
zobaczyć, jak wygląda brudna cegła przenizana jakimiś podbarwionymi
impregnatami, która dzięki takiej "konserwacji" za lat parę złuszczy się do
cna, zapraszam do uważnego obejrzenia tejże kamienicy. Podać więcej
przykładów? Nie brak pieniędzy tu winien, ale nieświadomość inwestorów
kierujących się zapewne też i potrzebą redukcji kosztów remontu, a przez to
zatrudniających pozbawionych skrupułów knociarzy.
Inaczej nieco wygląda sprawa, gdy starą kamienicę nabywa "faktycznie duża
kasa" i zaczyna ją "restaurować", często dyskretnie zwiększając powierzchnię
użytkową - wiemy jak. Pierwszym etapem jest wielkie patroszenie: z wnętrza
wylatują skuwane tynki, wypruwana stolarka, zrywane parkiety, stłuczone stare
kafle, kute balustrady - słowem, wszystko, co stanowi rzeczywistą wartość
budowlanego i rzemieślniczego dziedzictwa miasta. W ilu kamienicach
przetrwały jeszcze oryginalne piece, które stylem odpowiadały stylowi
budynku? Gdyby nie kilku zapaleńców-kolekcjonerów zbierających z gruzowisk
kafle, nawet nie wiedzielibyśmy, jak one wyglądały. Miejsce starego
wyposażenia zastąpią podwieszane sufity, regipsy, ytongi i halogeny, włoskie
gresy, szklane drzwi, okna zespolone i inne cuda - takusienieczkie jak
wszędzie indziej. Powstanie nowy biurowiec czy apartamentowiec, a jedynym
przejawem potrzeby zhumanizowania masowej produkcji z Praktikera będzie
potrzeba nadaniu mu ładnej poetyckiej nazwy. Wówczas pretensjonalność
wystroju jest wprost proporcjonalna do stopnia zadufania inwestora, któremu
tyle zależy na zachowaniu autentyzmu i estetyce wystroju co na zeszłorocznym
śniegu - byleby poszło pod najem i inwestycję zwracało. I choć obiekt taki
prezentuje się czysto na tle szarej łuszczącej się tynkami ulicy, na tym jego
walory się kończą. Faktycznie powinniśmy tu mówić o dewastacji, a zachwyty
nad "ładnością" zostawić ignorantom. Po raz kolejny pytam: co stan powyższy
ma wspólnego z brakiem pieniędzy?
Najłatwiej wyburzyć
Najtragiczniejszym jednakowoż obliczem zmian dokonujących się Krakowie - i to