Dodaj do ulubionych

Architektura tłem dla reklamy - Monika Bogdanowska

24.03.05, 16:49
Załączam ciekawy artykuł z Krakowskiej GW.

Architektura tłem dla reklamy - pisze Monika Bogdanowska
Monika Bogdanowska 18-03-2005, ostatnia aktualizacja 18-03-2005 12:54

Listopad i marzec to bodaj najmniej łaskawe dla mieszkańców Krakowa miesiące.
Sezon adwentowo-wielkopostny nastraja do refleksji, bo właśnie w tym czasie
miasto wygląda wyjątkowo niekorzystnie. "Niekorzystnie" - to eufemizm, godny
raczej hollywoodzkiej gwiazdy. No więc prawdę powiedziawszy - Kraków
wygląda "koszmarnie"

Miasta nie przysnuwa błękitna mgiełka, tuszująca hałaśliwą arogancję szyldów,
nie ma zielonkawej koronki młodych liści, brak słonecznych refleksów
wydobywających bogactwo form architektonicznych... Kraków zawalony jest za to
hałdami surrealistycznego czarnego śniegu, brudny, odrapany, zaniedbany.
Krakowianie tonący po kostki w topniejącej solno-wodnej mazi mogliby sobie
darować estetyczne rozważania, albowiem - jak się okazuje - fatalna aparycja
jednego z najpiękniejszych przecież miast Polski wtedy właśnie szczególnie
przygnębia.

Nie takie to proste...

Mnie zaś do refleksji nakłonił bezpośrednio artykuł Janusza Majcherka. Autor
stwierdza, że kiepski wygląd Krakowa poza obrzeżami Plant jest w głównej
mierze wynikiem wieloletnich zaniedbań (zgoda!), niskich czynszów
niegwarantujących możliwości remontowania domostw (zgoda!) oraz dewastacji
dokonywanych często przez samych mieszkańców (także zgoda) - ergo: braku
pieniędzy. Remedium byłoby uwolnienie czynszów, wprowadzenie do kamienic
bogatszych ludzi, a wtedy - rzec można, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki - właściciele zaczną domy remontować i stopniowo miasto odzyska
wspaniały wygląd.

Daj Boże, co mówię bez cienia ironii, oby to było takie proste. Sprawa jest
znacznie bardziej, niestety, złożona, a proste pomysły na skomplikowane
problemy jakoś się nie bardzo sprawdzają w praktyce. Jeden powie przecież, że
fatalny wygląd Krakowa jest wynikiem prowincjonalizmu, drugi, że winne jest
zaściankowe myślenie konserwatorskiego lobby, a ktoś trzeci przywali prosto
między oczy tutejszemu biznesowi za rzucanie kłód pod nogi potencjalnym
zachodnim inwestorom. Masoni i cykliści wyjdą bez szwanku, choć Żydów się
raczej nie oszczędzi, bo dewastują Kazimierz - Polak, wiadomo, by tego nie
zrobił!

Nadchodzą lata sześćdziesiąte

Otóż brak pieniędzy bywa - podkreślam: bywa - przyczyną niszczenia zabytku,
ale stare konserwatorskie powiedzonko mówi, że nic nie konserwuje tak jak
właśnie ich brak i jest to jeden z istotnych paradoksów naszej profesji. To
właśnie słynny brak środków zabezpiecza najlepiej przed zniszczeniem będącym
nie wynikiem upływu czasu czy dewastacji, ale zachłanności. W państwach,
które posiadały duże możliwości finansowe, historyczne obszary miast zrównano
z ziemią już w latach sześćdziesiątych. Dajmy przykład: w 1966 roku rada
miejska Liverpoolu przeznaczyła do wyburzenia... siedemdziesiąt osiem tysięcy
(tak!) obiektów stanowiących architektoniczny trzon miasta. W tym bowiem
czasie miasta brytyjskie współzawodniczyły w niszczeniu - proszę o zwrócenie
uwagi na to sformułowanie - dziedzictwa budowlanego, ulegając architektom i
planistom, którzy roztaczali przed oszołomionymi urzędnikami "akwarelowe
wizje oświetlonego słońcem betonowego świata, zaludnionego przez barwne
postacie, żyjące pod błękitnym niebem". Co powstrzymało ten proces? Recesja.
Recesja, nie doktryny konserwatorskie, sprawiła, że ocalał średniowieczny
rynek Chester, choć reszta miasta całkowicie zmieniła swoje oblicze. Kraków
przetrwał, choć nie zapominajmy, że w tym czasie na zagładę skazano
najbardziej urokliwe jego obszary, enklawy sielskiego życia i zielni -
dzielnice podmiejskie z ich ogrodami, łąkami, łanami zbóż, które poszły pod
zabudowę blokowiskową.

Otóż mam podstawy sądzić, że dla historycznego dziedzictwa budowlanego
Krakowa lata sześćdziesiątych, niestety, właśnie nadeszły - wraz z pieniędzmi
i zachłannością inwestorów.

Tło dla szyldów

Nieruchomość w mieście takim jak Kraków jest potencjalnym źródłem szybkiego
pomnożenia kapitału. Tu mamy dwie możliwości: albo najemca jest biedny, albo
dysponuje dużymi pieniędzmi. W pierwszym przypadku postawi sobie ścianki
działowe i będzie za przepierzeniem prowadzić jakąś dochodową działalność
(znam nawet jeden gabinet lekarski tak urządzony). Dzięki szybkim
prowizorycznym rozwiązaniom wykorzystane zostaną też "bezużyteczne"
przejazdowe sienie dawnych pałaców, wiodące nie na ciche już podwórka, lecz w
rejwach pośpiesznie urządzanych kawiarnianych ogródków, których jazgot
skutecznie zmusi nielicznych już mieszkańców do emigracji, a w efekcie
spowoduje zwolnienie kolejnych lokali.

Poza Plantami, gdzie wyszynki są mniej opłacalne, w kamienicy mieszkalnej
znajdą się: cztery biura, dwie szkoły, trzy lokale usługowe, pub i siłownia w
piwnicy, a na fasadzie jeszcze jakieś miejsce na reklamę. Jest oczywiste, że
każda z tych instytucji ma prawo dokonywać dowolnych przeróbek wnętrz oraz,
co istotne dla naszych rozważań, dekorować w sposób dowolny fasadę budynku
informacjami na temat form i zakresu swej działalności. Tym samym dzieło
architektury staje się tłem, stelażem dla szyldów i reklam. W tym wszystkim
nikt sobie nie będzie głowy zawracać remontami! Tynki z fasady się sypią,
sztukaterie już odpadły, część najemców wymieniła okna na plastikowe, a
właściciel spożywczego pomalował pół parteru na seledynowo. Proszę o
uzasadnienie, że taką sytuację spowodował brak pieniędzy.

Byle jak

Warto podkreślić, że szybkim zyskom sprzyja totalna bylejakość aranżacji i
wykonania. Z prawdziwym smutkiem patrzę na ładną neorenesansową kamienicę
przy ulicy Grabowskiego, gdzie właśnie ukończono remont. Właściciel wyrzucił
pieniądze w błoto, zatrudniając do remontu fasady partaczy. Jeśli ktoś chce
zobaczyć, jak wygląda brudna cegła przenizana jakimiś podbarwionymi
impregnatami, która dzięki takiej "konserwacji" za lat parę złuszczy się do
cna, zapraszam do uważnego obejrzenia tejże kamienicy. Podać więcej
przykładów? Nie brak pieniędzy tu winien, ale nieświadomość inwestorów
kierujących się zapewne też i potrzebą redukcji kosztów remontu, a przez to
zatrudniających pozbawionych skrupułów knociarzy.

Inaczej nieco wygląda sprawa, gdy starą kamienicę nabywa "faktycznie duża
kasa" i zaczyna ją "restaurować", często dyskretnie zwiększając powierzchnię
użytkową - wiemy jak. Pierwszym etapem jest wielkie patroszenie: z wnętrza
wylatują skuwane tynki, wypruwana stolarka, zrywane parkiety, stłuczone stare
kafle, kute balustrady - słowem, wszystko, co stanowi rzeczywistą wartość
budowlanego i rzemieślniczego dziedzictwa miasta. W ilu kamienicach
przetrwały jeszcze oryginalne piece, które stylem odpowiadały stylowi
budynku? Gdyby nie kilku zapaleńców-kolekcjonerów zbierających z gruzowisk
kafle, nawet nie wiedzielibyśmy, jak one wyglądały. Miejsce starego
wyposażenia zastąpią podwieszane sufity, regipsy, ytongi i halogeny, włoskie
gresy, szklane drzwi, okna zespolone i inne cuda - takusienieczkie jak
wszędzie indziej. Powstanie nowy biurowiec czy apartamentowiec, a jedynym
przejawem potrzeby zhumanizowania masowej produkcji z Praktikera będzie
potrzeba nadaniu mu ładnej poetyckiej nazwy. Wówczas pretensjonalność
wystroju jest wprost proporcjonalna do stopnia zadufania inwestora, któremu
tyle zależy na zachowaniu autentyzmu i estetyce wystroju co na zeszłorocznym
śniegu - byleby poszło pod najem i inwestycję zwracało. I choć obiekt taki
prezentuje się czysto na tle szarej łuszczącej się tynkami ulicy, na tym jego
walory się kończą. Faktycznie powinniśmy tu mówić o dewastacji, a zachwyty
nad "ładnością" zostawić ignorantom. Po raz kolejny pytam: co stan powyższy
ma wspólnego z brakiem pieniędzy?

Najłatwiej wyburzyć

Najtragiczniejszym jednakowoż obliczem zmian dokonujących się Krakowie - i to
Obserwuj wątek
    • lmalczewski Re: Architektura tłem dla reklamy - Monika Bogdan 24.03.05, 16:49
      Najłatwiej wyburzyć

      Najtragiczniejszym jednakowoż obliczem zmian dokonujących się Krakowie - i to w
      imię likwidacji pokrytych liszajami murów i przywracania estetyki miasta - są
      przykłady doprowadzania budynków do ruiny i późniejsze bezpardonowe wyburzenia.
      Przypomina mi się tu budynek z ulicy Lea, który niepostrzeżenie zniknął, bodaj
      czy nie w zeszłym roku. Przez parę lat okryty oplotką rusztowań, w którymś
      momencie okazał się jedynie wolno stojącą elewacją frontową, która niemal z
      dnia na dzień została wyburzona. Niech zgadnę: był w kiepskim stanie
      technicznym? Powie ktoś: "e tam, nic niewarta ruina, to nie zabytek". O tym
      akurat w tym miejscu dyskutować nie będę, przypominam tylko opcję u nas wciąż
      mało popularną: dziedzictwo budownictwa też winno podlegać ochronie, a fakt, że
      jakiś obiekt akurat teraz na liście zbytków nie figuruje, nie oznacza przecież,
      że za parę lat się tam nie znajdzie. Co więcej, może właśnie tak jak to być
      powinno, czyli razem z całą ulicą - wnętrzem architektonicznym, a nie jak jakiś
      zawieszony w próżni, pozbawiony otoczenia, rodzynek.

      Wracając do wyburzeń: podobnych przykładów mogę wymienić kilkanaście - tylko z
      ostatnich kilku lat i tylko z obszaru, w którym mieszkam. (Ostatni? Proszę
      bardzo: ulica Karmelickiej - kto ma oczy, niechaj patrzy.) Co dalej w miejscu
      wyburzenia? Będzie coś nowego? Czy takie samo "ładne" jak się w innych
      miejscach w Krakowie buduje? Dyskusje o "integracji starego z nowym",
      o "podjęciu dialogu" czy "twórczej ingerencji w zabytkową tkankę" są w tym
      kontekście bełkotem. A używanie zwrotu "remont konserwatorski" niech będzie
      dowodem skrajnej bezczelności. Mam pytanie: ile obiektów rocznie wyburza się w
      Krakowie i jak to zmienia oblicze historycznej części miasta? Obawiam się, że
      trudno będzie niedługo znaleźć jedną ulicę niezeszpeconą osiągnięciami
      współczesnych arcytektorów.

      Czy stan powyższy jest dowodem na brak pieniędzy?

      Bezczynność i ślepota

      Powyższe obserwacje dowodzą, że szpecenie Krakowa ma co najmniej kilka
      przyczyn, będących - śmiem twierdzić - rezultatem jednej przyczyny nadrzędnej:
      braku polityki miasta dotyczącej ochrony jego wartości architektonicznych, a co
      się z tym dalej wiąże - zwyczajnej dbałości o estetykę miasta.

      Działania poszczególnych służb przypominają w Krakowie walkę z wiatrakami
      totalnych niemożności egzekucji najprostszych przepisów (słynne a nieudane
      próby poskromienia szyldziarzy na Trakcie Królewskim). I tak doskonały plan
      modernizacji głównych ulic miasta, dzięki któremu ulice Karmelicka,
      Piłsudskiego i Zwierzyniecka odzyskały elegancki wygląd, został częściowo
      zniweczony przez brak dalszych dyrektyw i zwykłe bałaganiarstwo. Parę elewacji
      odnowiono z klasą, ale i tak ulica pogrążyła się w kakofonii reklamowych i
      kolorystycznych ekscesów.

      Świetnym przykładem niech będzie jeden ze sztandarowych obiektów krakowskiej
      architektury dziewiętnastego wieku - Dom pod Pająkiem. Po wspaniale
      przeprowadzonej restauracji, w trakcie której wyeksponowano celowo wprowadzone
      przez architekta zróżnicowanie kolorystyki cegieł (tak aby dom wyglądał na
      przebudowany) czy tkwiące w elewacji kule armatnie, budynek pozostawiono do
      dyspozycji użytkowników. Co prawda, Teodor Talowski, znany ze swych
      ekscentrycznych pomysłów byłby może zachwycony widokiem talerza satelitarnego
      sterczącego z frontowego okna, ale parter budynku po prostu woła o pomstę do
      nieba - cały obklejony, obity, owinięty, przystrojony. Tłumaczyć to może nie
      tyle brak gustu, ile zwyczajny brak wzroku. W tym kontekście żałośni
      grafficiarze, którzy po paru piwkach mażą cokoły kamienic, naprawdę nie robią
      nic złego.

      Elementem sensownie opracowanej i realizowanej polityki miejskiej powinny być,
      z jednej strony, pewne ograniczenia dla użytkowników historycznych obszarów -
      nie wszystko wszędzie jest dozwolone (co i o ile się nie mylę, nie jest
      bynajmniej moją nowatorską koncepcją), a z drugiej strony, liczne ułatwienia i
      preferencje dla podejmujących się remontów historycznych budynków. Na przykład:
      sporą częścią kosztów odnowienia elewacji stanowią, jak wiadomo, rusztowania.
      Ich wynajęcie oraz tak zwane urządzenie placu budowy często pochłania połowę
      wydatków związanych z całym remontem. Jestem głęboko przekonana, że gdyby
      miasto ułatwiło procedury związane z ustawianiem rusztowań (słynna "zajętość
      chodnika" z horrendalnymi opłatami, którą miasto często płaci samo sobie), z
      zezwoleniami na prowadzenie robót czy wreszcie obniżyło pewne opłaty, więcej
      właścicieli decydowałoby się na remonty. Dalej: każdy, kto chce remontować
      elewację od strony ulicy, musi załatwić wiele formalności, dlaczego więc,
      pytam, przy tej okazji nie dostaje instrukcji dotyczących sugerowanych na danym
      obszarze kolorów elewacji. Nie tylko o budynki historyczne tu chodzi.
      Kolorystyczne dewiacje, objawiające się masowym stosowaniem kanarkowej żółtej,
      zgniło-jagodowo fioletowej czy zabielonej chirurgicznej zieleni, równie
      fatalnie wyglądają na współczesnych blokach. Ich stosowanie nie tylko wystawia
      złą ocenę z kolorystycznej wrażliwości decydentom, ale - co gorsza -
      nieodwracalnie spowoduje u najmłodszych kolorystyczną ślepotę.

      Po prostu - jest źle

      Nie ma więc, jak widać, prostej zależności pomiędzy pieniędzmi a wyglądem i
      szpeceniem miasta. Jest natomiast prosta zależność pomiędzy brakiem i
      egzekwowaniem przepisów wprowadzanych dla wspólnego dobra a skalą arogancji,
      dewastacji i sytuacją totalnego bezhołowia. Myślę, że gdyby istniał przepis
      dotyczący ochrony panoramy miasta, nie tylko pozbylibyśmy się koszmarnych
      billboardów przysłaniających ją od strony głównych tras wjazdowych, ale też
      kogoś pociągnięto by do odpowiedzialności prawnej za ustawienie masztów przy
      alei Focha, co jest skandalem absolutnie nieprzeciętnym.

      Nie będzie w tym artykule dobrych przykładów i pocieszającego zakończenia. Nie
      temu ma on służyć. Jest źle i pora najwyższa zacząć działać. Ale przedtem
      trzeba usiąść, porozmawiać, ułożyć plan i po prostu zacząć go realizować.

      W artykule posłużyłam się cytatem z książki: D. Latham, "Creative Re- use of
      Buildings", wyd. Donhead 2000

      Monika Bogdanowska
      • allgau Re: Architektura tłem dla reklamy - Monika Bogdan 25.03.05, 09:08
        hm, upada kolejny mit "kulturalnego Krakowa", wszędzie wkrada się
        barbarzyństwo, no i owa elita tego miasta, słynny "Krakówek" jakoś nie reaguje,
        chyba zbyt rozleniwiły ich państwowe dotacje na wybrane zabytki....
        • lmalczewski Re: Architektura tłem dla reklamy - Monika Bogdan 25.03.05, 09:22
          Przytoczyłem ten artykuł nie dlatego, że ten tekst dotyczy Krakowa, tylko
          dlatego że to o czym pisze Pani Bogdanowska opisuje sytuację która ma miejsce w
          KAŻDYM mieście w Polsce. Także w Warszawie. Gdyby zmienić nazwę miejscowości to
          można tam wstawić także Poznań, Wrocław, Gdańsk, Katowice, Olsztyn i Pcim Dolny.
          • fima Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 25.03.05, 11:27
            lmalczewski napisał:
            > Przytoczyłem ten artykuł nie dlatego, że ten tekst dotyczy Krakowa,... Gdyby
            >zmienić nazwę miejscowości to można tam wstawić także Poznań, Wrocław, Gdańsk,
            >Katowice, Olsztyn i Pcim Dolny

            I właśnie to słusznie zaszokowało ALLGAU, że i w Krakowie już jak w Pcimiu czy
            Warszawie. Ogólniej rzecz ujmując, Jego/Jej refleksja dotyczy faktu smutnej
            kulturowej unifikacji społeczeństwa, którego żadne lokalne grupy nie mogą się
            wynosić nad inne (albo być niżej cenione) tylko z racji pomieszkiwania tam czy
            gdzie indziej. Jedynym świadkiem ich dawniejszego kulturowego zróżnicowania czy
            poczucia odrębności pozostają jeszcze stare mury, a i te wszędzie równie
            zacięcie niszczone.
            Trudno odmówić autorce artykułu trafności spostrzeżeń i myśli, ale przecież to
            tylko jeden z głosów "wołających na puszczy".
            • lmalczewski Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 29.03.05, 17:15
              Jeżeli chcecie przeczytać coś szokującego to polecam artykuł Pana Skoczylasa
              będący odpowiedzią na tekst Pani Bogdanowskiej.

              miasta.gazeta.pl/krakow/1,35797,2621419.html
              • allgau Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 30.03.05, 13:26
                tekst tego Skoczylasa przerażajacy, czyli takze w krakowie ta głupawka ma się
                dobrze, jednak PRL popaprał ludziom w głowach, wszelkie atakowanie inwestorów
                jest nie na miejscu, plan to cos złego i zdrożnego itp., itd. Czy tego faceta
                zatrudnia GW? Porażajace, osobiście poczyniłem obserwacje w krakowie podobnego
                rodzaju jak Bogdanowska i szczerrze nad tym boleję, to jeszcze jakis czas temu
                była wyspa dobrego smaku id bałosci o zabytki, mogła być wzorem dla reszty
                kraju, ale już coraz bardziej nie jest, przykre...
                • mmero Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 01.04.05, 21:15
                  Jeśli tylko mój tekst moze spowodować, choc w minimalnym stopniu, "zwarcie
                  szeregów" i kontestację wobec straszliwego zamętu jaki dokonuje sie w
                  przestrzeni publicznej to będzie dobrze. Dziękuje za wyrazy poparcia. Wiem
                  oczywiscie, ze osób zaniepokojonych narastającym chaosem i dominantą pieniadza
                  oraz, co tu dużo mówć; zwykłą próżnością, jest więcej. Problem w tym,
                  że "kolekcjonerzy pocztówek", jak się nas tu nazywa, są grupą raczej cichą i
                  nieagresywną.
                  Jako osoba o wykształceniu artsytycznym mogę pisać przede wszystkim o estetyce
                  i konserwatorskich imponderabiliach ale co tu dużo mówić, prawda jest daleko
                  bardziej ponura: ATRAKCYJNE INWESTYCYJNIE HISTORYCZNE OBSZARY POLSKICH MIAST
                  SPRZEDAWNE SĄ NA KAWAŁKI - I TO JEST JEDYNA RACJA NIEBYTU NAJRÓŻNIEJSZYCH
                  REGULACJI PRAWNYCH Z USTAWĄ O ZAGOSPODAROWNIU PRZESTRZENNYM WŁĄCZNIE. Nie mamy
                  na ten stan rzeczy żadnego wpływu i prędko mieć nie będziemy. W międzyczasie
                  rządzić będzie właśnie bezhołowie i tani populizm domagajacy się zamiany tych
                  terenów w obszary - zgódźmy się - dość jednak taniej i niewymyślnej rozrywki.
                  Dowiedziałam się ostatnio - mam nadzieję, ze to tylko podła plotka - we
                  Wrocławiu wysprzedaje się wszytskie zabytkowe elemnty wyposażenia kamienic
                  (kafle, parkiety, stolarkę) a następnie budynki albo się wyburza albo w oparciu
                  o "facadicism" remontuje. Czy to w ogóle jest mozliwe???
                  Mam bardzo wiele szacunku i sympatii do Warszawy, również ze względu na ludzi.
                  Tak niezwykle wzruszjace są pojedyncze już budynki historyczne "które
                  pamiętają", ceglane wykruszone mury, czy ściany ze śladami po uderzeniach
                  odprysków bomb - to zupełnie inny niż w Krakowie wymiar autentyzmu i dowód
                  historii. Niszczenie ich, przebudowywanie, nadbudowywanie jest dla mnie
                  osobiscie, użyję eufemizmu: dowodem skrajnej arogancji.
                  Cóż, skoro jest źle moze miejmy nadzieję, że będzie lepiej?
                  pozdrawiam
                  monika bogdanowska
                  • lmalczewski Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 04.04.05, 12:13
                    Cieszę się, że zajrzała Pani na nasze forum. Dziękuję Pani także za tekst,
                    który dość dokładnie oddaje moją ocenę tego co ma miejsce w polskich miastach.
                    Czy jesteśmy grupą cichą i nieagresywną? Zapewne tak, bo zazwyczaj większość z
                    nas to ludzie wrażliwi, nie zmienia to jednak faktu, że nieagresywność nie musi
                    się wiązać z brakiem skuteczności, a taka musi mieć miejsce przy tak słabym
                    zorganizowaniu naszego środowiska i naszych sympatyków. W Warszawie w czasie
                    Festiwalu Nauki, podczas wykładów dotyczących historii sztuki na UW, ze względu
                    na tłok, nie można było dostać się na salę wykładową. Podobnie jest podczas
                    prezentacji książek Pana Majewskiego a w wycieczce po warszawskiej Pradze z
                    Panem Sujeckim uczestniczyło około 100 osób. W większości młodych ludzi.
                    Potencjał więc istnieje - teraz czas na zorganizowanie. Miejmy nadzieję, że w
                    oparciu o jakąś już istniejącą strukturę.

                    Pozdrawiam
                    groups.yahoo.com/group/zamkipolskie/
                  • allgau Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 04.04.05, 16:28
                    Również dziękuję Pani za list, a tym samym wizytę na naszym forum (to ciekawe,
                    ale np. na forum krakowskim nie znalazłem forum tematycznego o zabytkach.
                    przypadek Wrocławia nie jest odosobniony, barbarzyństwo zatacza szerokie kręgi
                    i wykorzystuje powszechny niedowład służb konserwatroskich, wyposażenie
                    autentycznych secesyjnych kamienic Bydgoszczy ( kilkanaście z nich gruntownie
                    wyremontowano, ale niesttey dla wciąż mieszkajacych w nich meneli )jest
                    sprzedawane niemieckim handlarzom staroci. Tu w Warszawie jest nas troche, i
                    kilka organizacji, ale przeciwnik jest jeszcze bardziej cwany i znacznie
                    silniejszy niż w krakowie, bo tu wciąż trwa "boom inwestycyjny",a wobec
                    blokady w postaci gruntów o nieokreśłonym statusie prawnym, każda odzyskana
                    kamienica staje się łakomym kąskiem jako parcela wolna od urzędników.
                    Pozostaje tylko do usuniećia kłopot w postaci stojącego na niej autentycznego
                    budynku choć dizęi gospdoarce komunalnej przez ostatnie 50 lat wymagającym z
                    reguły kapitalnego remontu...
                    trzymam kciuki za dalsze Pani równei udane akcje publicystyczne, pozdrowienia
                    dla krakowa od nas z Warszawy! Ratujmy zabytki!
                    • lmalczewski Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 19.04.05, 15:56
                      Ta tematyka jest na forum krakowskiej Gazety umieszczona w dziale Architektura.
                      • lmalczewski odpowiedź Pawła Szewczyka 25.04.05, 12:29
                        Jest odpowiedź na tekst Skoczylasa. Pozwalam sobie przytoczyć:

                        "Jaki Kraków? O magistrackim pomyślunku pisze Paweł Szewczyk"
                        Paweł Szewczyk 22-04-2005

                        "Czoła myślą nie skażone..." - śpiewał Wojciech Młynarski. Z dużym
                        zainteresowaniem przeczytałem artykuły Moniki Bogdanowskiej pt.: "Architektura
                        tłem dla reklamy" i Jerzego Skoczylasa pt.: "Więcej szacunku dla maluczkich"
                        ("Gazeta w Krakowie", 18 i 25 III 2005). Tak jak mogę się prawie w całości
                        podpisać pod artykułem Moniki Bogdanowskiej, tak tekst Jerzego Skoczylasa
                        wywołał moje zdumienie. Jak na tekst satyryczny cieniutki, jak na poważną
                        polemikę żenujący.

                        Wizja Krakowa roztaczana przez autora jest oszałamiająca. Miasto, gdzie
                        wszystko jest przystosowane do wymagań rowerzystów, drogi gładkie jak stół,
                        gdzie ten, kto ma pieniądze, może za nie wystawić dowolną szpetotę i gdzie
                        każdy właściciel może dowolnie "upiększyć" swoją własność.

                        "Jak na razie zły gust nie jest karalny i mam nadzieję, że tak już zostanie",
                        oraz "Wolę brak gustu od braku taktu" - pisze autor. De gustibus non est
                        disputandum, ale należy dziękować Opatrzności, że z takim gustem autor nie jest
                        decydentem w sprawach architektury i plastyki, gdyż sama myśl o realizacji jego
                        wizji Krakowa przyprawia o zawrót głowy. Skoro, jak pisze Jerzy Skoczylas -
                        "zburzyć cały kwartał i zbudować w tym miejscu nowoczesne miniosiedle z
                        zielenią i różnymi bajerami" - to może, aby w tym mieście dobrze się czuli
                        zwykli ludzie, wrócimy do koncepcji budowy na Błoniach osiedla
                        mieszkaniowego? "Niech się mury pną do góry" i wszyscy będą szczęśliwi. Tak? Na
                        cholerę komu w środku miasta

                        takie duże pastwisko!

                        "Kraków to nie dzieło sztuki" - być może dla Jerzego Skoczylasa - dla mnie jest
                        właśnie takim dziełem i nie chcę, aby każdy, kto tylko ma pieniądze, mógł
                        budować nowe lub przerabiać zabytkowe budynki wyłącznie według swoich upodobań.

                        W jednej z krakowskich gazet z początku XX w. zamieszczono inserat: "Wynajmę na
                        wakacje dom z widokiem na kopiec Kościuszki, niedaleko kościoła św.
                        Bronisławy". Nie chcę, aby mój prawnuk idąc na kopiec Kościuszki, miał świetny
                        widok na supertor saneczkowy czy wieżowiec któregoś z banków. Śmiem twierdzić,
                        że w czasie II wojny światowej zostało w Krakowie zniszczonych mniej budynków
                        niż w okresie powojennym pod patronatem wydziału architektury.

                        Wracając jeszcze do artykułu Jerzego Skoczylasa. Wydaje się, że wobec ogromu
                        krzywd, jakich doznali maluczcy, tytuł powinien brzmieć bardziej pryncypialnie.
                        Tytuł: "Ty, która skrzywdziłaś człowieka prostego...", wyraziłby dobitniej
                        nieludzki wręcz stosunek Moniki Bogdanowskiej do niewyrafinowanego estetycznie
                        sklepikarza.

                        Ja nie zauważyłem u Autorki tekstu braku szacunku dla maluczkich, raczej
                        pretensje za beztroskę do osób odpowiedzialnych za wygląd Krakowa.

                        I trzeba przyznać, że niektóre pociągnięcia magistrackie, czy też ich brak,
                        budzą pewne zdumienie. Pierwszy, to fakt o którym pisała Monika Bogdanowska -
                        zaśmiecenie reklamowo-szyldowe Traktu Królewskiego (co nie oznacza, że reszta
                        miasta jest od tego wolna). To, co się tam dzieje, nie woła, ale

                        wyje o pomstę do nieba.

                        Turysta, który się na Trakcie znajdzie, nie ma szans wykonania zdjęcia, które
                        pozwoliłoby przekazać piękno znajdującej się tam architektury. Najlepszym tego
                        przykładem jest ulica Floriańska. Obojętne, czy chcemy sfotografować w
                        perspektywie ulicy kościół Mariacki, czy Bramę Floriańską, na pierwszym planie
                        zawsze mamy "cud" reklamy i szyldy - na im dłuższych wysięgnikach, tym lepiej.
                        Mówi się o tym w Krakowie od lat, lecz nic z tego nie wynika. Zachodzi więc
                        pytanie: czy miejski plastyk nic nie może, czy też nie chce? A można się
                        reklamować inaczej. Najlepszym przykładem są sklepy: Souvenir, Lacosta i
                        Marlboro Classic na ulicy Grodzkiej przy samym Rynku. Miło, płasko, elegancko.

                        Remonty fasad kamienic. Wszystkie remonty fasad kamienic w obrębie Starego
                        Miasta, do strefy C włącznie, zwolnić z opłat za "zajęcie chodnika", w
                        przypadku gdy inwestor podejmie się go zgodnie z wytycznymi konserwatora
                        zabytków, architekta miejskiego czy też miejskiego plastyka. Przy zgodnym
                        działaniu tych trzech osób (urzędów), byłaby możliwość zapanowania nad
                        inwestorskim chciejstwem, a i miasto miałoby szansę uzyskać w miarę sensowny
                        wygląd. Ale tu potrzebna jest dobra wola i wspólna koncepcja urzędów co do
                        wyglądu Krakowa.

                        Kolejny postulat Moniki Bogdanowskiej - ochrona panoramy miasta. Ten postulat
                        należałoby wcielić jak najszybciej w życie. Gdyby taka ochrona istniała, nie
                        powstałyby w istniejących lokalizacjach takie "piękności" jak hotele Radisson i
                        Sheraton. Dzięki wybudowaniu tego ostatniego klonkra i zniszczeniu budynku
                        XVIII-wiecznego browaru, który znajdował się w rejestrze zabytków,

                        straciliśmy bezpowrotnie

                        jeden z piękniejszych widoków. Widok na Rynek z zakola Wisły od strony Dębnik.
                        Z tego miejsca, lub z mostu Dębnickiego, każda przechodząca tam wycieczka
                        robiła zdjęcia. Teraz stojąc na moście, widzimy zza Sheratona tylko szczyty
                        wież Ratusza i kościoła Mariackiego. Skoro jesteśmy w okolicach Wawelu, słów
                        kilka o smętnej inwestycji na rogu placu na Groblach i Podzamcza. Widok tej
                        realizacji z mostu Dębnickiego dostarcza niezapomnianych wrażeń. Czegoś tak
                        niewkomponowanego w otaczającą zabudowę dawno nie widziałem. Specjalny Darwin
                        Architektoniczny dla firmy "Lewicki Łatak", za umiejętność projektowania
                        wyłącznie za pomocą przykładnicy i ekierki, względnie Auto-CAD-a zubożonego o
                        funkcje rysowania krzywych. "Szukaliśmy najlepszej kompozycji w linii gzymsów i
                        kalenic - takiej, która harmonijnie połączy się z sąsiednimi domami." - mówi
                        Kazimierz Łatak. Jeśli to, co widzimy, jest "harmonijne", domyślam się, że
                        słowo "harmonijny" jest pochodnym od harmonijki ustnej. Harmonijka co prawda
                        czasem zafałszuje, ale gra, a przecież tylko o to chodzi. "Czy płaskie linie
                        tarasu będą się komponować z załamaniami sąsiednich kamienic i Wawelem? To się -
                        naszym zdaniem - nie wyklucza" (również Kazimierz Łatak). Nic nie mówiąca
                        wypowiedź, godna pytii; pomijam tu litościwie fakt, że taras jest szczytem
                        tandety i bezguścia, jak i to, że jego dach przewyższa szczyt sąsiedniej
                        kamienicy. Ta realizacja to właśnie wynik zarówno tak pożądanej przez p.
                        Skoczylasa postawy, aby "przepisy i postawa urzędników były bardziej przyjazne
                        dla inwestycji", jak i braku nadzoru konserwatorskiego. Teraz, gdy mamy
                        już "bramę dla placu Na Groblach", oraz udało się "stworzyć nową dostępną
                        przestrzeń", należy oczekiwać, że stanie tam śliczniutki, nowy pawilon
                        handlowy. Najlepiej z blachy falistej. (Cytaty tyczące hotelu i placu Na
                        Groblach wzięte z: miasta.gazeta.pl/krakow/1,35798,2626049.html?
                        v=0&f=410).

                        Również z powodu braku tego planu grozi Krakowowi

                        kolejna "fenomenalna" budowla

                        - inwestycja Portico Development przy ul. Karmelickiej. Budowla koszmarna,
                        absolutnie niepasująca do istniejącej zabudowy. Żądnym wrażeń "estetycznych"
                        polecam odwiedzenie stron: www.portico.com.pl/frameset.htm;
                        www.apollorida.com.pl/main/main.php?id=11&id02=10&poziom=3;
                        www.apollorida.com.pl/main/main.php?id=24&id02=14&poziom=3.
                        Z wizualizacji widać, że wysokość projektowanej inwestycji będzie równa lub
                        wyższa od szczytu przylegającej kamienicy. Co z tego wynika? To, że kolejna
                        superinwestycja po zrealizowaniu zeszpeci i zdominuje całą okolicę! Nie od
                        rzeczy byłoby przypomnieć, że najbliższym sąsiadem przyszłego "cudeńka" jest
                        Miejska Biblioteka Publiczna, która powstała w dawnym budynku koszar
                        Samodzielnej Kompanii Łączności. Powstała ona niemałym nakładem środków, i to
                        nie z kies
                        • lmalczewski Re: odpowiedź Pawła Szewczyka 25.04.05, 12:30
                          Powstała ona niemałym nakładem środków, i to nie z kieszeni jakiegoś urzędnika,
                          ale z naszych podatków. I dlatego ci wszyscy, którzy z niej korzystają i
                          korzystać będą, mają prawo upomnieć się o to, aby dalej tam panowała (względna)
                          cisza, i oto, by w trakcie korzystania ze zbiorów bibliotecznych nie musieli
                          korzystać z ciemnych okularów. Bo tak przeszklona budowla będzie nieustającym
                          źródłem potężnych odblasków. Ciekaw jestem również, jak wyglądają (jeśli
                          istnieją) ekspertyzy dotyczące: poziomu hałasu generowanego przez ten kompleks
                          i jego uciążliwości dla mieszkańców, jak i zwiększenia natężenia ruchu kołowego
                          w kwartale: Karmelicka, Rajska, Dolnych Młynów, Aleje. Bo już dziś, aby
                          przejechać w zwykły dzień z Garbarskiej w Rajską, trzeba niejednokrotnie
                          stracić wiele czasu. O tym, że dzięki zrealizowaniu tej inwestycji spadnie
                          poziom hałasu i zmniejszy się ruch kołowy, już gdzieś słyszałem. Za takie więc
                          ekspertyzy serdecznie dziękuję.

                          Specjalny zespołowy Darwin "widokowy" z trzema brylantami dla wszystkich,
                          którzy się przyczynili do realizacji w istniejącej formie oświetlenia stadionu
                          Cracovii. Kolejna wspaniała panorama z widokiem na Wawel z Błoń spaprana do
                          nieprzytomności. I tu dochodzimy do "clou programu". Co z planem ustawy "o
                          ochronie przestrzeni publicznej"? O tym, że urząd miejski pracuje nad nim,
                          można było przeczytać w artykule "Palec Boży" ("Tygodnik Powszechny"
                          32/2002) .Oby słowa Zbigniewa Beiersdorfa z powyższego artykułu nie okazały się
                          proroczymi. Poprzez akceptowanie reklam i bylejakości na Rynku Kraków

                          stracił to, co najcenniejsze:

                          klimat, nastrój, image. Znęcano się nad naszą wrażliwością i związanymi z
                          miastem emocjami. Myślenie według zasad dzikiej ekonomii przyniosło same
                          straty. Zdegradowany Kraków przestał być atrakcją dla zagranicznych turystów".

                          Beiersdorf twierdzi, że akceptując reklamy, władze zaszkodziły wszystkim
                          interesom miasta, w tym i ekonomicznym. "Wystarczyłoby się przyjrzeć, jak są
                          rządzone inne miasta wpisane na listę dziedzictwa kulturowego ludzkości".
                          Beiersdorf ostrzega, że w przypadku nierespektowania przyjętych reguł miastu
                          grozi skreślenie z tej listy. "A to byłoby dla Krakowa ciosem".

                          Czemu planu ustawy brak? Indolencja czy urzędnicza impotencja? Osobiście
                          skłaniam się ku tezie, że niemożność opracowania planu wynika ze światowego
                          spisku masonów, fryzjerów i cyklistów, jak również z działania mrocznych sił,
                          które "z wrogich nam pozycji ideologicznych", torpedują poczynania krakowskich
                          urzędników.

                          Sądzę, że byłoby pożądane, aby o przyczynach niemożności powstania planu
                          wypowiedział się publicznie Prezydent Jacek Majchrowski lub jego rzecznik
                          prasowy Marcin Helbin.

                          Jedno z praw Parkinsona mówi: "Każdy awansuje tak długo, aż osiągnie swój
                          stopień niekompetencji". Zastanawiającym jest, czy magistraccy urzędnicy
                          stopień ten już osiągnęli, czy też droga awansów jest przed nimi otwarta.

                          Wszystkim tym, którzy "zasłużyli się Krakowowi", jak i tym, którzy na to
                          usilnie pracują, życzę zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!

                          PS Wojciech Młynarski śpiewał również: "Co by tu jeszcze spieprzyć panowie..."

                          Paweł Szewczyk

                          miasta.gazeta.pl/krakow/1,35812,2669725.html
                      • rosewood Re: Więc i w Krakowie ta zaraza? O tempora... 25.04.05, 19:54
                        Poleca Pan, a zajrzał choć? PRzykładowwe tematy: TBS Budrem, SM Staszica,
                        Developerzy etc. W Krakowie nikt mało kto interesuje się zabytkami...
                        Założyłam z rozpaczy grupę "Zabytki Krakowa" ale nikt specjalnie się nią nie
                        interesuje.
                        • a.morro w Krakowie obrona trwa 03.10.05, 14:12
                          Przytaczam ciekawy artykuł. Dotyczy Krakowa ale niektóre tematy wątków są dość
                          znajome:

                          "Bunkier z pawim piórkiem, czyli o logice (krakowskich) architektów słów kilka
                          pisze Paweł Szewczyk" 29-09-2005

                          Architektura to część sztuki i życia, bez której trudno się obejść i o którą
                          ocieramy się codziennie. Jednak patrząc na to, co dzieje się w Krakowie,
                          szczególnie w części zabytkowej, trzeba przyznać, że wielu przypadkach mamy do
                          czynienia z "paraarchitekturą". Architekt, który powinien posiadać dobry gust i
                          smak, a także starać się "edukować" inwestora, stał się podobny do krawca
                          piątej kategorii z okolic Pipidówki.

                          Jest dziura (działka), to walnie łatę, może i paskudną, ważne, że praca została
                          wykonana i jest kolejna realizacja w dorobku.

                          Jednym z takich tworów "paraarchitektonicznych" jest "dzieło" Biura Projektów
                          Lewicki-Łatak, o którym pisałem między innymi w artykule: "O magistrackim
                          pomyślunku".

                          Wówczas żaden z twórców nie zabrał głosu. Potem jednak efektem felietonu red.
                          Michała Olszewskiego - "Znowu brzydka budowa pod Wawelem" ("GW" z 16 sierpnia
                          br.) jest list Pana Kazimierza Łataka, który tak po prawdzie nie wiadomo czego
                          dotyczy i czemu służy. Ni to obrona, ni to spychotechnika, polegająca na
                          nieudolnym uzasadnianiu bytu zaprojektowanego "tworu". Powoływanie się, lecz
                          Boże broń nie zasłanianie czyimś nazwiskiem przypomina słynne "nie chcem, ale
                          muszem".

                          O "harmonijności" i wkomponowywania się realizacji Panów Lewickiego i Łataka w
                          otaczającą zabudowę już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Mogę natomiast
                          powiedzieć jedno, i sądzę, że nie jestem w swojej opinii odosobniony.
                          Realizacja ta jest gniotem i pozostanie nim do śmierci technicznej. Sposób zaś
                          obrony projektu, polegający na przedstawianiu gorszych realizacji, przypomina
                          trochę leczenie trądu dżumą. Chyba że mamy do czynienia z nowym trendem w
                          architekturze. Wybieramy projekt zdecydowanie zły, i robimy swój ciut lepszy.
                          Tyle tylko, że z faktu, że coś jest mniej złe, nie wynika, że automatycznie
                          staje się dobre.

                          Chciałbym również rozwiać obawy Pana Kazimierza Łataka wyrażone w zdaniu: "Nie
                          zamierzamy także padać ofiarą ocen, które dotyczą sąsiedniego hotelu - a z
                          powodu sąsiedztwa obciążają nas". Ocena jakiegoś obiektu nie jest zaraźliwa i
                          nie przenosi się automatycznie na wszystkie inne znajdujące się w okolicy.
                          Skoro zarzuty są podnoszone, znaczy to, że są ku temu powody.

                          Mija się z rzeczywistością autor listu, pisząc, że: "Budynek nie łamie także
                          żadnej z najważniejszych osi widokowych". Aby się o tym przekonać, wystarczy
                          spojrzeć w kierunku ul. Podzamcze i Wawelu od strony Dębnik. Stamtąd też w
                          całej krasie podziwiać można prowincjonalny kurniko-inspekt, o którym
                          czytamy: "prostopadłościenna bryła ze stali, betonu i szkła musi bronić się
                          wewnątrz leśnego wnętrza samymi tylko proporcjami".

                          Tutaj zaś prosiłbym Pana Kazimierza Łataka o wyjaśnienie nurtującej mnie
                          wątpliwości. Przed czym ma się bronić rzeczony kiosk, skoro brak "leśnego
                          wnętrza"? Przed powietrzem i ptakami? Chyba że koncepcja przewiduje obsadzenie
                          urokliwego tworu młodnikiem, wówczas jednak stracimy walor widokowy. Tak więc,
                          jak widać, w świetle przytoczonego cytatu brak jakiejkolwiek logicznej
                          przesłanki, która uzasadniałaby istnienie tego strupa.

                          Ciekaw jestem, jakież to te najlepsze proporcje obronne. Osobiście preferuję
                          jako najlepsze proporcje 90-60-90 cm, a za fatalne uważam 60-90-120 cm.

                          Jednak we wszystkim można znaleźć coś ku pokrzepieniu serc. W tym wypadku są to
                          nieco infantylne stwierdzenia, że: "Fasadę (...) od strony pl. Na Groblach
                          zasłaniają wysokie - a z czasem jeszcze wyższe - drzewa" oraz: "Proszę pomyśleć
                          o zieleni, która z czasem pokryje budynek". Domniemuję przeto, iż sami autorzy
                          nie są do końca zachwyceni swoim dzieckiem i pragną, aby zniknęło ono z oczu PT
                          Publiczności. Jednak sama zieleń jako listek figowy niczego nie załatwi. Czemu?
                          Bo jeszcze żadnej maszkarze makijaż nigdy nie dodał urody; mógł ją uczynić co
                          najwyżej mniej szpetną.

                          Chciałbym z tego miejsca życzyć zarówno architektom, jak i mieszkańcom Krakowa,
                          aby już nigdy, w żadnej pracowni nie powstał projekt architektonicznego
                          Quasimodo.

                          * * *

                          W komentarzach do artykułu "Znów brzydka budowa pod Wawelem", głos zabrać
                          raczył Pan dr inż. architekt Wojciech Wicher, człowiek kompetentny, o
                          fenomenalnych skojarzeniach i aparacie pojęciowym na poziomie Oxfordu i
                          Harvardu razem wziętych (forum gazeta.pl). Jego wypowiedź jest tak kuriozalna,
                          że warto się nad nią choć przez chwilę z troską pochylić. Jako osoba absolutnie
                          do tego niepredysponowana postaram się wyjaśnić miałkość rozumowania architekta
                          i pedagoga w jednej osobie.

                          Już sama forma wypowiedzi świadczy, że tylko Pan adiunkt (plus wszyscy
                          architekci) posiedli trudną sztukę rozróżniania tego, co ładne, a co brzydkie.
                          A prawo to daje im dyplom ukończenia architektury. Pomysł, aby na zadany temat
                          mogli się wypowiadać tylko przedstawiciele tego zawodu, jest tak paranoidalny,
                          że wart szerszego upowszechnienia. I tak, o jakości butów będą się tylko
                          wypowiadać szewcy, samochody będą sprzedawane wyłącznie mechanikom, a prawo do
                          zakwestionowania nieświeżej potrawy w restauracji będzie mieć tylko osoba
                          posiadająca dyplom technikum gastronomicznego.

                          Dziwnym również jest kwalifikowanie wrażliwości ludzkiej w zależności od
                          miejsca zamieszkania. Rozumiem z tego, że kandydaci na architekturę, którzy
                          urodzili się, i na dodatek mieszkali, w blokowiskach, będą dyskwalifikowani
                          jako pozbawieni dobrego smaku i zmysłu estetycznego; są z gruntu jednostkami
                          zdegenerowanymi i - co gorsza - z odciskami płyt szalunkowych na mózgu.
                          Natomiast ci, którzy mieszkali w dworkach szlacheckich, względnie willach i
                          kamienicach projektowanych przez architektów uznanych na wydziale architektury,
                          mogą liczyć na dodatkowe punkty.

                          Zgodnie z zaleceniem Pana doktora oglądnąłem Wawel, lecz w jego otoczeniu nie
                          zauważyłem dobrej współczesnej architektury. Tak zwane "dzieło" już w marcu
                          spowodowało u mnie długotrwałą czkawkę. Samo słowo "dzieło" jest tu dane
                          zdecydowanie na wyrost. Mogę się z nim zgodzić, tłumacząc go wyłącznie jako -
                          "wynik, rezultat pracy lub działania". Bo, moim zdaniem, żaden obronny esej
                          nie jest w stanie dowieść prawdziwości tezy, że jest to "dzieło wybitne". A z
                          faktu: "że to właśnie Ci architekci wielokrotnie już swoimi poprzednimi
                          projektami i realizacjami udowodnili, że tworzą architekturę najwyższych lotów:
                          współczesną, mądrą, wysmakowaną", nie wynika nic ponad to, iż dotychczas mieli
                          projekty udane. Jednakże wyciąganie z tych faktów wniosku, że każdy następny
                          projekt będzie równie dobry, jest li tylko chciejstwem. Każdemu może zdarzyć
                          się "wypadek przy pracy". Ale sztuką jest przyznać się do tego, że wypadek
                          nastąpił.

                          O hotelu zaś, choć "stało się", pisać trzeba. Pisze Pan: "Przede wszystkim
                          dobrze się stało, że to powstało". Ja zaś, w swoim prymitywizmie, uważam, że
                          bardzo źle, że toto powstało. Źle się stało, że konserwator "klepnął" ten
                          projekt, bo podpisując go, dał placet na krzewienie bylejakości. Byłoby
                          zdecydowanie lepiej, gdyby przed złożeniem swojego podpisu, klepnął się choć po
                          ręce. Nie wiem, i nie chcę wiedzieć, jakie kanony Pańskiego wysublimowanego
                          gustu doprowadziły do konkluzji, że to: "materiał godny uwagi i zaprezentowania
                          go bez kompleksów". Niemniej gust Pański szczerze podziwiam, choć nie
                          zazdroszczę.

                          Fascynujące jest również przekonanie autora, że każdy z czytelników prasy jest
                          średnio kwalifikowanym głąbem, który każde napisane słowo traktuje jak
                          wyrocznię. Zdecydowana większość ludzi umie samodzielnie myśleć i nie trzeba im
                          fundować kursów uwrażliwiających. Natomiast koniecznym wydaje się wdrożenie
                          pilotażowego programu uświadamiającego zacofanej ludności meandry
                          dialogu "współczesnej formy architektonicznej z zabytkowym otoczeniem". Sąd
                          • a.morro Re: w Krakowie obrona trwa 03.10.05, 14:13
                            cd:
                            Sądzę, że nie od rzeczy będzie tu sięgnięcie do słynnego, nieco tu
                            strawestowanego szkolnego pytania: "Co architekt chciał przez to powiedzieć?".
                            I tak, do każdego projektu architekt wyda książkę, w której przedstawi swoje
                            przesłanie dla potomności. Co projekcik, to książeczka. Tom pierwszy: "Co
                            chciałem powiedzieć, kładąc cegły na blat". Pycha!

                            Mnie zaś zawsze wydawało się, że sztuka (architektura) ma się bronić sama.
                            Jeśli zaczyna się gorączkowe poszukiwanie ideologii, aby uzasadnić jej
                            istnienie, oznacza to, że mamy do czynienia nie ze sztuką, lecz z kiczem.

                            Cóż powiedzieć na koniec? Omawiana bunkrowata realizacja przy placu Na
                            Groblach, jej obrona przez współautora projektu, jak i obrona autorów przez
                            wykładowcę P.K. wpisują się znakomicie w nurt twórczości zapomnianego już dziś
                            dolnobawarskiego pisarza i architekta, barona von Dupersztangla. Posiadał on
                            jedną, ale za to fenomenalną umiejętność - za co się zabrał, to spaprał!
                            • a.morro Re: w Krakowie obrona trwa 03.10.05, 14:16
                              a tutaj link do tego artykułu
                              miasta.gazeta.pl/krakow/1,35812,2943855.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka