Gość: mm
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
23.05.06, 13:32
niestety z żalem musze poinformowac ze WERNIKS zszedł na psy :-(((
tę knajpkę odkryliśmy w zeszłym roku, akurat taki traf, szukaliśmy jakiegoś
fajnego miejsca, był wieczór i jednej z bram na Chmielnej wypatrzyliśmy
migoczące światełka. werniks właśnie sie otworzył, to był pierwszy dzień ich
pracy, takiej dla klietnów, poprzedniego dnia otworzyli sie "dla znajomych
królika".
nie było jeszcze menu, a do wyboru z "ustnego menu" były bodaj 3 dania.
zamówiliśmy dania, w ramach "czekadła" dostaliśmy jakieś krakersiki na słono i
ostro, pod piwo super. już nie pamiętam co jedliśmy, ale oboje się
rozpływaliśmy. M. jadł jakiś gulasz po belgijsku, to na pewno. kelnerzy mili,
podchodzili pytali czy smakuje, mówili ze kucharz prosto z Belgii i tu dodał
to a tam tamto. faktycznie, jedzenie super! na koniec dostaliśmy jeszcze w
ramach deseru jakies ciasteczko przegryzkę. szczerze nie pamiętam co to było
ale miły to był gest.
obiecaliśmy sobie do werniksa wrócić. traf chciał że wrócilismy wczoraj.
mieliśmy rocznicę do świętowania, miejsce wydało sie super do tego celu, choć
widok na śmietniki nie zachwyca (rok temu na altance jakies pnącza były czy
coś... )
weszliśmy, menu już jest, niestety nadal nie mają terminala do kart (tknieci
przeczuciem spytaliśmy i szybciuto udaliśmy sie do pobliskiego bankomatu).
usiedliśmy, zamówiliśym piwo i zgłębiamy menu. ja miałam ochote na sałatke.
fitness - kurczak z pomarańczami i orzeszkami czy chrupiąca kaczka? spytałam
kelnera najpierw czy dałoby radę zamienić kurczaka na kaczke - bo te
pomarańcze kusiły a na kurczaka nie miałam ochoty. niestety nie dało sie.
dziwne bo niby czemu nie? ponoć kucharz jest nowy i sie dopiero uczy... hmmm
to powinno było dać nam do myslenia no ale...
czekamy, czekamy, czekamy...
przy pustym stole.
czekadełka nie pojawiły sie niestety ku naszemu rozczarowaniu na stole. za to
pojawiły sie sztućce - brudne! na moim nożu do ryb (nie wiadomo skad ten nóż,
bo zamówiłam w końcu sałatę z kaczką) smugi piękne na całej długosci, jakby
ktoś zamiast umyć wytarł go serwetką po poprzednim kliencie, M. dostał - z
niewiadomych przyczyn - do krewetek w curry nóz do steków. równie brudny,
czymś klejącym usmarowany więc latające pyłki topoli przylegały do niego dość
solidnie...
poprosiliśy kelnera o wymianę sztućcy. wymienił. juz na normalne :-)
po dobrej pół godzinie wreszcie dostalśmy jedzenie.
muszę najpierw powiedzeć że zanim zamówiłam sałatkę to spytałam co w niej
jest, bo w menu stało "sałatka z chrupiącą kaczką". Kelner powiedział że sama
sałatka to pomidory, ogórki, cebulka, dwa rodzaje sałaty - co brzmiało
przeciętnie ale ok.
co dostałam:
mise wielagchną na pół stołu a na jej dole kupkę sałaty - takiej maślanej,
najzwyklejszej w świecie, kilka półplasterków jabłka - skropione czymś, na tym
leżało kilka wiórków - bo nie nazwę tego kawałkami - ciemnego mięska. zakładam
że to kaczka była, ale chrupkość swą zawdzięczać mogła chyba tylko temu że
maleńkie kawałeczki wysuszone były na wiór zbyt długim chyba oczekiwaniem lub
podgrzewaniem po raz "enty". w "rogach" tejże sałatki leżały cztery kawałeczki
pomidorka, na mój gust była to połówka pomidora rozkrojona na 4. Bo nie były
to ćwiartki- pomidory jem ciągle w duzych ilosciach wiec wiem jak wygląda
ćwiartka pomidora nawet nieduzego...
za to M. otrzymał, na równie sporym tależy ładnie uformowany "kopiec" z ryżu.
wiecie jak w miseczkę nakłada sie ryź i ulepuje po czym jak babkę z piasku
odwraca i stawia "kopiec" na tależu? problem w tym, że ryż ten był twardy jak
gumowy odlew! nie dało sie go dźgnąć widelcem, pod nożem sie uginał ale nie
pękał... M. stwierdził ze najpewniej stał tak nawet kilka dni i go tylko
odgrzali w mikrofalówce. bo świezy nie był na pewno. wokół tego było bodaj 5
czy 7 krewetek polanych sosem o kolorze curry, który według menu miał być
"wzbogacony jabłkiem" - ale jak, tego M. już nie odkrył.
M. ogólnie ugodowy nie wytrzymał, poprosił kelnerkę i zaprezentował jej gumową
kopułkę z ryżu. w pierwszym momencie myślałam że specjalnie za bardzo tego
noża nie przyciska więc wzielam nóż i spróbowałam, pod sporym naciskiem ryz
tylko się ugiął... aż wręczyłam nóż kelnerce żeby spróbowała... jej zdziwienie
było chyba szczere... potem pokazałam moją sałatkę z sałaty...
pani stwierdziła że jej przykro i czego w związku z tym oczekujemy? spytała
czy zabrać dania i że mogą przygotować je raz jeszcze... hmm ten ryż po
kolejnym odgrzaniu już by pewnie nie dał się niczym ruszyć, a kaczka stała by
sie nie tylko chrupiąca ale wręcz... nie do schrupania, wieć podziękowaliśmy z
żalem (bo głód nasz już zżerał po dobrych 40 minutach od złozenia
zamówienia...) zapłaciliśmy za piwo i poszliśmy gdzie indziej...
swoją drogą - do orchidei, gdzie jedzenie było pierwsza klasa, szybkie,
smaczne, kelnerzy mili i "na miejscu" choc nie narzucający się.
Werniks niestety spisaliśmy na straty :-(