wysoka góra

16.07.05, 20:47
Mieszkam na wysokiej górze. Nie wiem jak długo, ale nie czuję
znużenia ogarniającą mnie pustką i całkowitym brakiem znajomych. Nie ma tu
nawet jednej osoby, do której mógłbym się odezwać.
Chyba zapomniałem języka mowy.
Rozmawiam sam ze sobą i powiem wam, że odpowiada mi ten styl życia.
Przed nikim nie musieć się tłumaczyć, nie otwierać buzi i nie niszczyć
wszechogarniającej mnie harmonii. Burzyciel stereotypów ze mnie… Człowiek nie
jest samotną wyspą. Ależ bzdura wierutna! Dopóki sami przed sobą nie
otworzymy naszych myśli i nie uwolnimy się od wpływu innych ludzi, nie możemy
nawet próbować tłumaczyć, jak bardzo dobrze może nam być z samym sobą. Ktoś
powie, że mam kiełbie we łbie, ale czy ów mędrzec zna mnie choć trochę? Czy
gdyby mógł spędzić trochę czasu, nie zafascynowałaby go moja postać? Ktoś,
kto wznosi się ponad przeciętność miliardów ludzi, spędzających każdą chwilę
z innymi homo sapiens?
Tak, brzmi to egoistycznie. Nie bierze się to jednak z wyobcowania,
lub z nudy, dzięki której człowiek zaczyna fiksować. Wręcz przeciwnie! Ja po
prostu wiem więcej od was!I żyję jak chcę. Na mojej górze. Pośród
wyimaginowanych burz, które szaleją nad moją głową. Mam również świadomość
mojej wyższości, ale tylko takiej, dzięki której doszedłem bardzo daleko. Aż
tutaj. Tak, to moja wędrówka przyprowadziła mnie w to dziwne miejsce. Bo jak
można znaleźć się na odludziu w dzisiejszych czasach… Wszędzie pełno ludu i
ciężko wyzwolić się z pod ich wpływu. Jak widać mnie się to jednak udało.
Myślicie może, że brak mi doświadczenia. Nie żyłem jak wy, więc buzia
na kłódkę i nie potępiaj nas obrzydliwcze, alienie i prostaku. Jeśli tak
jest, to niestety mylicie się… Nie jestem znowu taki młody i wiele mam już za
sobą. Przeżyłem wszystko to, co stanowi o prawdziwym człowieku. Ha! Istota
człowieczeństwa!
Kochałeś? Kochałem, ale odeszła. Wcześniej szeptała, że to już na wieki, że
nie mogłaby z nikim innym…Mogła… Widać moja żona jest człowiekiem małej wiary…
No właśnie… Wierzyłeś? Wierzyłem, ale przestałem. Umarła większość moich
znajomych. A to rak, a to samobójstwo, do kompletu jeszcze utonięcie i upadek
z wysoka. Chciałoby się krzyknąć: wróć śmierci ze starości! Ale nie. Zginęli,
dobrze. Nikt jednak nie może ode mnie wymagać bym ślepo wierzył w Boga, który
krzywdzi mnie i moich najbliższych. I nie chcę słuchać głosów wierzących.
Podobno to kwestia indywidualna. Kwestia wiary rzecz jasna.
Co jeszcze… Co jeszcze wywyższa mnie do miana istoty ludzkiej… Myślę? Myślę!
Całkiem sporo i to mnie niszczy. Może po prostu nie umiem się myślami
posługiwać, a może jestem głupi. Tak czy siak nic mi te moje paranoje nie
pomogły.
Starałem się również zaufać całej populacji ludzkiej, ale jakoś nie
wyszło. Egoizm proszę państwa. Za każdym razem, kiedy ktoś się do mnie
odezwał, już wiedziałem, że oto cholerny egoista na mojej drodze. Odejdzie
jak inni. Sprawdzałem czy to prawda. 99% przypadków potwierdzało moją teorię.
Szlachetny pozostały 1% był niszczony przez większość. Honor zamiera.
Krzyczałem więc jak wszyscy: giń zarazo!
I to chyba już wszystko. Ileż można znieść? Jak długo można obserwować głód
na świecie, wojny prowadzone dla zysku materialnego, śmierć naszych „braci”.
Ja nie mogę.
Przesadzam? Może! Po prostu nie umiem być znieczulicą społeczną. Moja główna
wada…

Więc mieszkam na mojej górze. Każde niepowodzenie oddalało mnie od
świata ludzi i cicho łechtało moją wyobraźnię… Możesz żyć inaczej- mówiło…
Możesz być sam ze sobą. Myśleć, o czym zechcesz. Wierzyć, w co zechcesz i z
nikim już więcej nie wchodzić w te zabawne interakcje.
Przekraczałem ścieżki, łąki, doliny, jary, rowy, pola. I dotarłem aż tutaj.
Myślę to wszystko. Wymyślam to wszystko. Zmyślam to wszystko.
Jestem zapewne w waszych oczach śmieszny, ale jeśli jest mi źle, to niech
mnie piorun trzaś..........................................................
Pełna wersja