IP: *.dialog.net.pl / *.wroclaw.dialog.net.pl 06.09.02, 03:52
Jak "niemiecki adwokat" pomagał i pomaga Polsce?

Przez całe lata w mediach "częstowano" nas mitem o Niemczech jako
rzekomym "najlepszym adwokacie Polski" w Unii Europejskiej. Bronisław Geremek
jako minister spraw zagranicznych szumnie deklarował ex cathedra o rzekomym
cudzie pojednania między Polską a Niemcami. W rzeczywistości zaś między obu
krajami mamy nie cud, lecz "kicz pojednania" (określenie użyte przez
najbardziej znanego niemieckiego korespondenta w Polsce Klausa Bachmanna).
Nawet w znanej niemieckiej gazecie "Süddeutsche Zeitung" można było już
wiosną 2001 roku przeczytać stwierdzenia podważające słuszność rzekomego mitu
o dobrym niemieckim adwokacie spraw polskich. Pisano tam m.in.: "Polska miała
adwokata. Nazywał się on Niemcy, chciał wspierać Polskę na drodze do UE. Dziś
Polska ma oskarżyciela. Nazywa się on również Niemcy i wciąż jeszcze chce
przyjąć Polskę do UE - ale tylko na próbę. Od dawna wiadomo, że rząd
federalny chce wpuścić pracowników z nowych państw UE do Niemiec zasadniczo
dopiero po siedmioletnim okresie przejściowym. Teraz i minister gospodarki
Werner Müller ogłosił, że będzie domagał się też ograniczenia swobody
świadczenia i usług. (...) Minister nie kieruje się (...) faktami
ekonomicznymi, gdyż w takim wypadku musiałby wziąć pod uwagę kwitnące
interesy niemieckich usługodawców w Polsce". (Cyt. za "Gazetą Wyborczą" z 30
maja 2001 r.).
Wspomniany już Klaus Bachmann także nie ukrywał rosnących wątpliwości
dotyczących roli Niemiec jako "adwokata Polski", pisząc na
łamach "Frankfurter Rundschau": "W samej Polsce rola ta zaczyna budzić
podejrzenie, że służy jedynie potajemnie interesom Niemiec, również na
Zachodzie wzmacnia się poczucie, że rozszerzenie Unii jest wyłącznie
niemieckim pomysłem służącym niemieckim interesom". (Cyt. za "Forum" z 17
czerwca 2001 r.).

Od kilku lat coraz wyraźniej można dostrzec, jak wiele fałszów ukryto za
wcześniejszymi niemieckimi deklaracjami o przyjaźni i partnerstwie.
Najmocniej odczuwa to dwumilionowa rzesza Polaków w Niemczech ("2 miliony
nieobecnych", jak pisano kiedyś w "Rzeczpospolitej"). Jest ona skrajnie
dyskryminowana i pozbawiona praw mniejszościowych w odróżnieniu od wręcz
uprzywilejowanej mniejszości niemieckiej w Polsce (niemuszącej przestrzegać
progu wyborczego). Na dodatek liczni przedstawiciele mniejszości niemieckiej
w Polsce zaczęli sobie pozwalać na coraz mniej lojalne wystąpienia wobec
Polski. Nawet w "Rzeczpospolitej" z 29 czerwca 2001 r. (w tekście K.
Kołodziejczyk "Niepokojąca zmiana tonu") alarmowano, iż być może działaczy
mniejszości niemieckiej "zmęczył obowiązek lojalności wobec państwa, którego
są obywatelami". Nieuczciwe intencje niemieckiego "adwokata" wobec Polski
można było zaobserwować choćby przy sprawie skrajnie krzywdzącego, zaniżonego
kursu złotówki przy wypłacie odszkodowań dla byłych robotników przymusowych w
Niemczech. Nawet w "Trybunie" z 28 czerwca 2001 r. zdobyto się na
stwierdzenie: "To najniższy w historii kurs, po jakim przeliczono marki na
złotówki, najmniej korzystny dla poszkodowanych". Dopiero po rozlicznych
protestach polskich wyrównano straty poszkodowanych, choć po części z
polskich pieniędzy.
Właśnie w sprawach gospodarczych najsilniej pryska mit o rzekomej
niemieckiej "wspaniałomyślności" wobec Polski. Coraz bardziej widoczne jest
raczej realizowanie przez Niemcy w ramach UE wobec Polski polityki, która ma
nas sprowadzić do roli zależnego od Niemiec pariasa. Zgodnie z tym, co jakże
wymownie zaakcentował w odniesieniu do Polaków już na początku lat 90. w
bardzo szczerej wypowiedzi prezes Związku Przemysłu Niemieckiego Heinrich
Weiss, mówiąc: "Aby Polska stała się 'atrakcyjna i zachęcająca' dla
niemieckich inwestorów, musiałaby zacząć od spłacania odsetek od długów,
których nie płaci, przedstawić program oszczędzania oraz utrzymać ceny i
zarobki na niskim poziomie. Na zawsze". (Wypowiedź H. Weissa referuję za
korespondencją P. Cywińskiego z Bonn we "Wprost" z 12 kwietnia 1992 r.
pt. "Toast za Adenauera"). Piotr Cywiński skomentował tę dość szczególną
wypowiedź prominenta niemieckiej gospodarki: "Polska musiałaby na wieki
pozostać Europą 'b', by nie powiedzieć niewolniczym folwarkiem krajów
wysokorozwiniętych" (tamże).
Jak wygląda rzekoma szczególna "życzliwość" niemiecka wobec Polaków, mogli
się szczególnie dobitnie przekonać konsekwentnie wypierani z Niemiec
właściciele polskich firm budowlanych. Nawet w "Gazecie Wyborczej"
przyznawano (w tekście Marka Wielgo z 12 maja 2000 r.), że na skutek
restrykcyjnych posunięć władz niemieckich liczba firma polskich w Niemczech
od 1992 r. spadła z 1.400 do 500, a ich obroty zmniejszyły się z 2,5 do 1,5
mld marek. Według tego tekstu, polscy przedsiębiorcy w Niemczech podczas
obrad w Kolonii stwierdzili, że jeśli będą musieli opuścić rynek niemiecki,
to w dużej mierze będzie to "zasługą polskiego rządu". Krytykują nieudolność
i brak zdecydowania przedstawicieli polskich władz w obronie interesów
polskich firm, uderzonych przez niemieckie restrykcje. Jak pisał M.
Wielgo: "Na liście 'osiągnięć' naszego rządu jest też i takie - do tej pory
kanclerz Gerhard Schroeder nie odpowiedział na pismo premiera Buzka z 28
kwietnia 1999 r.". Oto jak Niemcy traktowali rząd RP, i jak wielki jest
wzajemny "cud pojednania".
Ten sam temat podjął Marek Michałowski w korespondencji z Kolonii w
artykule "Sprawa wagi państwowej" ("Życie" z 9 maja 2001 r.). Michałowski w
obszernym tekście dowiódł na licznych przykładach skrajnych wręcz zaniedbań
polskich władz, a zwłaszcza Ministerstwa Gospodarki, nierobiącego nic dla
wsparcia polskich przedsiębiorców w walce z niemieckim protekcjonizmem.
Pisząc o dramatycznym pogarszaniu się sytuacji polskich firm (w kwietniu 2001
r. zatrudnienie polskich pracowników w Niemczech spadło o 2.300 osób), red.
Michałowski stwierdza: "Udzielenie wszelkiej możliwej pomocy polskim firmom
działającym w Niemczech jest sprawą wielkiej wagi z jednego zasadniczego
powodu. Otóż to, jak polskich przedsiębiorców traktować będą Niemcy, może
stać się później normą dla innych krajów stowarzyszonych w Unii Europejskiej.
Jeśli pozwolimy Niemcom wypchnąć Polaków ze swego rynku, inni za parę lat w
ogóle nas do siebie nie wpuszczą. Dlatego polskie władze powinny dołożyć
wszelkich starań, aby rozbroić jak najwięcej min na niemieckim froncie".
Redaktor Michałowski przytacza następnie wypowiedzi innych na ten
temat: "Należy to zrobić, tym bardziej, że mamy z Niemcami ujemny bilans
handlowy, sięgający 8 mld marek, umożliwiający Niemcom tworzenie do 200
tysięcy miejsc pracy. Wyrzucenie polskich firm z RFN pogorszy i tak nie
najlepszą sytuację naszej gospodarki. To nie jest tylko nasz partykularny
interes. To sprawa wagi państwowej" - twierdzi Andrzej Duda [prezydent
Stowarzyszenia Polskich Przedsiębiorców Usługowych RFN - przyp. J.R.N.].
Niemcy sekują Polaków nie tylko w budownictwie, ale i w różnych innych
dziedzinach gospodarki, by przypomnieć choćby jaskrawe utrudnienia wobec
polskich przewoźników. W nieoskarżanej jakoś dotąd
o "ksenofobię" "Rzeczpospolitej" z 11 czerwca 2001 r. Krzysztof Grzegrzółka
pisał: "Dotychczas, aby uzyskać zezwolenia na przewozy wewnątrz UE,
wystarczyła decyzja polskiego ministerstwa transportu. Od stycznia tego roku
Niemcy przestali jednak honorować te zezwolenia i dodatkowo żądają wiz od
kierowców polskich". Według autora, dotychczas w państwach UE wystarczała
decyzja Komisji UE, która dopuszcza naszych przewoźników do tamtejszego
rynku. Teraz okazuje się, że postanowienia "europejskiego rządu" nie są
wiążące dla władz Niemiec. Dlaczego?
Bo stanowimy zbyt silną konkurencję dla Niemców. Jak pisze
Grzegrzółka: "Polacy mają w krajach UE opinię dobrych przewoźników, dysponują
nowoczesnym taborem, a ich usługi są tańsze od usług tamtejszych firm
transportowych".
Trudno zrozumieć,
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka