Gość: Magdalena Piłat
IP: *.dsl.anhm01.pacbell.net
27.10.03, 22:24
Lądujemy w Barcelonie późno, jest po 22, ale jak się okazuje już po chwili,
późno jest może w Polsce. Tu życie dopiero nabiera tempa. Obładowani bagażami
wyruszamy na poszukiwanie noclegu. Książkowy przewodnik kieruje nas na
Ramblas, najbardziej znaną ulicę tego miasta. Po przejściu mniej więcej jej
połowy jesteśmy tak zmęczeni, że lądujemy w hotelu za 75 euro za noc (a
szukaliśmy schroniska za góra 30). Padamy na łóżka...
Następnego dnia rano zjadamy hotelowe śniadanko (mój narzeczony domaga się
szynki, ale musimy zadowolić się rogalem z dżemem i kakao). Ruszamy na podbój
Costa Brava, pociąg wiezie nas do Blanes. Miasteczko mnie rozczarowuje.
Mnóstwo roznegliżowanych Niemców i Polaków, głośna muzyka disco i tatuaże
robione henną na ulicznym straganiku. Rozbijamy namiot na kempingu gdzie
biorą nas za Francuzów. To jedyny w tej chwili namiot, reszta to przyczepy i
bungalowy a w nich całe rodziny z psami, kotami i Bóg raczy wiedzieć, czym
jeszcze. Nawet telewizory wzięli...
Idziemy na plażę, pogoda jak na Hiszpanię niezbyt rewelacyjna. Od jutra
poszukamy pracy.
Kolejny dzień wita nas deszczem a miła Holenderka odmawia nam zatrudnienia w
swoim małym barze. Boi się, podobno są kontrole a my tak bez papierów. Bardzo
nas to zniechęca, więc idziemy na plażę. Jutro pojedziemy do Lloret de Mar,
może tam się poszczęści. Kemping w Lloret ma basen a jest tańszy od tego w
Blanes. Jesteśmy dumni! Pracownik kempingu na motorze podwozi nasze bagaże na
miejsce i mówi, że trochę późno przyjechaliśmy, ale praca się znajdzie. Nie
dziś to jutro. Rozbijamy namiot i trochę się dziwimy, wokół słychać tylko
język polski. Po godzinie wiemy już, kto z Krakowa a kto z Gdańska. Wiemy
też, kto jest szczęściarzem i ma już pracę a kto jej szuka (zdecydowana
większość z około 10 namiotów, które nam sąsiadują). Co gorsza konkurencji do
pracy przybywa. Minimum dwa namioty dziennie. Praca, okazuje się, jest. Można
robić w tak zwanej propagandzie. Stoisz pod dyskoteką i namawiasz na wejście.
Przyjmują Polaków bardzo chętnie i równie chętnie zwalniają ich po jednej lub
dwóch nocach pracy (pracuje się do drugiej, trzeciej nad ranem). W ten sposób
mają tanią, a wręcz darmową siłę roboczą i zero konsekwencji, bo "jeśli nie
pasuje, idź na policję, będziesz jedynym, któremu się oberwie". My
postanawiamy poszukać w knajpkach, w końcu znam hiszpański... Kiepsko nam
jednak idzie, nigdzie nie potrzebują personelu. Na kempingu widać pewną
hierarchię. Są lenie, którzy właściwie pracy nie szukają. Mają pieniądze i
chcą się zabawić. Są przymierający głodem (euro topnieje, niektórzy przenoszą
się z namiotami do lasu) i wytrwali, którzy całymi dniami wypytują o pracę.
Rekordzista, który zna cztery języki i z największym zapałem poszukuje
zarobku zostaje wynagrodzony. Dostaje pracę w fastfoodzie za 20 euro dziennie
plus cola i hamburger. Wszyscy mu zazdroszczą a my po raz pierwszy
zastanawiamy się, czy to ma sens i czy naprawdę chce nam się chować dumę do
kieszeni i zasuwać za marne jak na tamte warunki "eurogrosze". Jeśli odejmie
się koszt kempingu i jedzenia nie zbije się tu kokosów. Może jesteśmy
leniami, ale już nie szukamy pracy. Jedziemy zwiedzać Barcelonę. Jest boska!
Myśl o powrocie coraz częściej chodzi nam po głowach, w końcu podejmujemy
decyzję: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. I tu zaczynają się schody.
Agencja nie chce nam przebookować biletu. Polskojęzyczni mieszkańcy kempingu
podejmują za nas decyzję. Wracamy stopem (a bagaże powiększyły się o prezenty
dla mam, babć i co lepszych cioć). Sobotnim przedpołudniem dostajemy ostatnie
rady: omijać duże miasta, kupić dobrą mapę, za żadne skarby nie wjeżdżać do
Szwajcarii, (bo nie biorą, można stać i dziesięć godzin). Równo w południe
wyruszamy. Początki są zabawne, stoimy na drodze prowadzącej w głąb Hiszpanii
z kartką z napisem France. Mili ludzie wyprowadzają nas z błędu. Zmieniamy
miejsce, obłażą mnie mrówki. Płaczę, że chcę do domu (zapłaczę jeszcze wiele
razy w ciągu najbliższych czterech dni). Jeszcze tego samego dnia jesteśmy we
Francji, noc spędzamy na stacji paliw niedaleko Montpellier. Śpimy na ławce.
Wstajemy o szóstej rano i machamy dalej. Po czterech godzinach jedziemy
boskim Mercedesem (skórzane siedzenia) z równie boskim Szwajcarem. Opowiada o
tym jak mieszkał w USA z plemieniem Indian. Wysiadamy pod Lyonem i już po pół
godzinie jedziemy Fordem z młodą Niemką o hiszpańskim imieniu Ines. Jest
bardzo miła i ma chłopaka, który urodził się w Olsztynie, gdzie oboje
studiujemy. Jaki ten świat mały...Zjeżdżamy z autostrady, bo Ines jak na
Niemkę przystało jest oszczędna a Francuzi lekko przesadzają z opłatami za
przejazd. Chcemy dołożyć się na paliwo, ale Ines woli, aby zafundować jej
obiad w małej wioseczce. Przez chwilę boimy się o fundusze. Na szczęście
wybiera tylko sałatę za 2 euro (wegetarianka). Obiad popijamy pyszną, zimną
wodą, podczas gdy sąsiad ze stolika obok zabija muchy (cztery trupy na
stoliku). Jedziemy dalej, za kierownicę siada mój narzeczony. Już wkrótce
jesteśmy w Niemczech, kierujemy się do Norymbergii, gdzie mieszka Ines. Po
dziesięciu godzinach drogi jesteśmy prawie u celu. Zatrzymujemy się na
parkingu przy autostradzie a wtedy staje się coś, czego nikt się nie
spodziewał. Samochód zaczyna się palić, spod maski wydobywa się ogień.
Uciekamy, bo Ines krzyczy, że auto na pewno wybuchnie (za dużo amerykańskich
filmów się naoglądała). Kiedy palą się już przednie siedzenia zdajemy sobie
sprawę, że spalą się nam paszporty. Mój narzeczony, niczym Superman wskakuje
do środka,ratuje paszporty, moje ciuchy i...właściwie nic poza tym.
Przyjeżdża straż pożarna, policja i karetka. Wszyscy są bardzo mili, ale nikt
nie chce nas podwieźć do Norymbergi. Jest pierwsza nad ranem. Ratuje nas miły
Niemiec, który ładuje resztki naszego bagażu do swojego Golfa. Przed trzecią
jesteśmy na miejscu, nocujemy u Ines. W południe następnego dnia pociągiem za
70 euro każde(zapożyczam się u narzeczonego) jedziemy do Polski. Wracamy w
roli rodzinnych bohaterów.
PS: W tym roku zamierzamy stopem pojechać na Gibraltar. Nie będziemy szukać
pracy. Poszukamy jej po wejściu do Unii.
© Magdalena Piłat