tusia224
14.02.08, 14:03
Mój mąż dostał w listopadzie na urodziny 3-miesięcznego Goldena. Prezent był
zupełnie nieprzemyślany, nie chcieliśmy psa, ale cóż - zakochaliśmy się w nim
od pierwszego wejrzenia. Ja jeszcze wtedy nie pracowałam mogłam więc poświęcać
mu swój czas. Codzienne spacery, zabawy, karmienie, ogólnie cały obowiązek
jego wychowania spadł na mnie. Dodam, że mamy jeszcze dwa koty... W końcu
jednak i ja znalazłam pracę. Pies zostawał sam w domu od 7 do 19. Zaczął
wszystko niszczyć. Jak tylko zapomniałam wynieść śmieci walały się po całym
domu, łóżku. Poszarpał nam nową tapetę i firanę w jadalni, nauczył się
otwierać drzwi od pokojów i wyszarpywać z nich co się tylko dało. Za każdym
razem jak wracałam do domu (miałam tą "przyjemność", że wracałam przed mężem)
chciało mi się płakać, bo chowałam wszystko co mogłam a on i tak zawsze coś
wynalazł i zniszczył. Dodam, że pies dwa razy mnie wywrócił, bo tak strasznie
ciągnął (raz miałam skręconą kostkę). Używanie klikiera i innych rad
zaczerpniętych z książek nie skutkowało.Nie wspomnę o bałaganie jaki robił w
całym mieszkaniu - wiecznie obślinione kafelki w kuchni, zwałkowany dywan,
kłęby sierści itp. itd. Nie słuchał się nas wcale. W sumie to rozumiałam go -
nudził się. Niestety mieszkamy w bloku, w małym 2-pokojowym mieszkaniu piesek
nie miał więc dostępu do ogrodu ani innego wybiegu. Zaczęłam namawiać męża do
oddania psa. Nie tylko ze względu na to, że ja miałam dość i nie dawałam już
rady (on tego nie rozumiał, bo wychowaniem psa się nie zajmował), ale przede
wszystkim dla jego dobra. Powiedział, że zgadza się na oddanie, ale nie chce w
tym uczestniczyć, mam się tym zająć sama. Zwlekałam ile mogłam. Obiecał, że
weźmie go na szkolenie. Nie zrobił tego. W końcu po tym jak po raz kolejny
załatwił swoją potrzebę na łóżku nie wytrzymałam. Dałam ogłoszenie o oddaniu
psa. Zaraz na drugi dzień odezwała sie rodzinka z domem i ogromna działką,
chętna do przygarnięcia psiaka. Mąż niby na to przystał. Oddaliśmy go za
darmo. Ma teraz dobrze. Jesteśmy w kontakcie z nowymi właścicielami. Maksio
mieszka z małym chłopcem, którego wręcz ubóstwia. Przesłali nam zdjęcia
przeszczęśliwego psiaka tarzającego się na trawie w ogrodzie. Niby wszystko
ok, ale mąż nie potrafi mi tego zapomnieć. Mówi, że oddałam jego psa...
Pomimo, że to niby była nasza wspólna decyzja. Nie rozumie ile sił kosztowało
mnie jego wychowanie, ile pieniędzy kosztowały codziennie kupowane
puszki.Jesteśmy młodym małżeństwem, dopiero na dorobku. Utrzymanie tego
potwora wynosiło nas ponad 200zł miesięcznie!!! Dla niego piesek był kochaną
zabaweczką do pogłaskania po ciężkim dniu pracy. Nie potrafi zrozumieć, że
męczył się cały dzień w domu, że teraz jest w siódmym niebie, że jest młody i
szybko przyzwyczai się do nowej sytuacji. Zaczynam mieć wyrzuty i zastanawiam
się czy dla świętego spokoju nie kupić mu innego psa...